Wigilijna jazda na popku

Co za święta…We Wrocławiu spędziłem bite 10 dni składając wizyty znajomym, spędzając czas z rodziną, robiąc zakupy i nawiązując nowe znajomości.
Okres świąt zwykle jakoś rozbija mnie psychicznie, niby chodzi o to żeby spędzić ten czas z rodziną w świątecznej atmosferze, to brakuje mi wentylu bezpieczeństwa by w każdej chwili swobodnie móc wyrwać się z tej szopki: znajomi zwykle nie mają czasu, sklepy i bary są pozamykane, każdy z trzech dni kręci się wokół jedzenia, picia i oglądania telewizji chyba, że jak mój brat nie posiada się telewizora – nic tylko strzelić sobie w łeb. Matka doprowadza mnie do białej gorączki bzdurnymi opowieściami z życia serialowych bohaterów, sąsiadek z osiedla przeplatanymi pytaniami czy jestem głodny i czy zjem kolejnego kotleta albo kawałek ciasta. Z uporem maniaczki poszukuje też nowego mieszkania… Odkąd zaoferowałem im pożyczkę, aby mogli rozważyć przeprowadzkę do bardziej komfortowego mieszkania z ogródkiem, prędko podchwyciła temat i teraz nic tylko przegląda oferty mieszkań i przybiega do mnie albo ojca za każdym razem, kiedy coś wpadnie jej w oko. Jej zasadniczy problem to brak realizmu a ja dostaje teraz za swoje, bo sam podsunąłem jej ten pomysł: ”Choć przejrzymy oferty na internecie, a może pojeździmy trochę po mieście zobaczyć co się teraz buduje” dzwonią mi uszach – kompletnie jej odbiło na tym punkcie.
Nie wiem co jest grane, ale ostatnio mam niesamowity fart i przyciągam samych atletycznych byczków tudzież małoletnich napalonych boykow. I żadne nie okazuje się potem jednorazowym tourne, bo odpędzić się wprost od nich nie mogę i zupełnie nie rozumiem, czemu oni wszyscy pchają się drzwiami i oknami, czy to efekt wow czy może zasługa biżuterii nazębnej a może robią to z litości… Fenomen jakiś. Nim zasiadłem przy wigilijnym stole zdążyłem rozegrać kilka gościnnych meczy z pilotem Virgin Atliantic, który o 1. w nocy zapragnął wypić wspólnie filiżankę herbaty po długim locie z Auckland, jeden z wiejskim wytatuowanym typkiem o groźnym i surowym spojrzeniu, który niespodziewanie okazał się miłym i ułożonym człowiekiem, z którego biło jakby dobro i jeden z mistrzem badmintona, który wpadł chyba po uszy. Stąd właśnie przeżyłem święta na spokojnie głównie dzięki meczom ze zwierzakami, bo facet, który krzyczy w nocy nie warczy w dzień.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz