Wroclaw – Rzym – Walencja: o pracy i byciu dobrym

Powrót do biura może nie był traumatyczny, spodziewałem się najgorszego a zawalony zostałem jedynie mailami i sprawami, które jakby czekały na mój powrót – spiąłem się i w ciągu 2 tygodni udało mi się wrócić na prostą bez bólu cierpienia, łez, nieprzespanych nocy czy długiego przesiadywania w biurze. Moja prawie 2 miesięczna nieobecność popieściła moje ego, bo okazałem się niezastąpiony, a wielu kolegów z biura witało mnie słowami „nareszcie jesteś”. Trudny okres pokazał jak niestabilnie działa mój dział i jak niekompetentna jest moja szefowa, przez cały okres nie odpisywała na maile, czasem tylko przesyłała je dalej nie robiąc sobie za nic, od kogo przychodziły albo, czego dotyczyły. Jej strategią był tumiwisizm i czekanie na mój powrót.
Właśnie minął 6. rok mojej pracy w tej firmie, po raz kolejny przeszedłem przez proces ewaluacji, która zakończył się bardzo pomyślnie nie tylko w wymiarze satysfakcji osobistej, ale i finansowej, gdy ujrzałem 5 cyfrową premię, która wpłynęła na moje konto. Świętowanie sukcesów w pojedynkę jest smutne, dlatego zaprosiłem M. na kolację, podczas której sprzedałem mu plan wspólnego wyjazdu do Ameryki Południowej.

Zastanawiam się, co dalej zawodowo. Pracę mam dobrą, ale chciałbym robić coś więcej, ostatnie o czym marzę to by po 10 latach odejść z firmy i wciąż być na tym samym stanowisku. Kto będzie chciał przyjąć kolesia, który przez 10 lat przesiąkł kulturą organizacyjną jednego pracodawcy? Ostatnio znalazłem dwie ciekawe oferty pracy, jedną z banku drugą z organizacji międzynarodowej z siedziba w Rzymie i tknęło mnie, żeby spróbować rekrutacji.

Odkąd A. w dziwnych, jeśli nie banalnych okolicznościach zostawił chłopak widzę jak rozpaczliwie potrzebuje towarzystwa. Nie jest to jeszcze desperacja, ale dostrzegam jak bardzo źle znosi rolę niczyjej i jak bardzo doskwiera jej życie samej. Walentynki spędziłem we Wrocławiu, dlatego ten wieczór zarezerwowany był dla niej. Po mimo kryzysu, o którym tyle się niby wkoło mówi restauracje na wrocławskim rynku pękały w szwach od natłoku gości, trudno było znaleźć wolne miejsce w którymś z popularnych miejsc, ale chłopaki w Akropolis mnie nie zawiedli i zaoferowali nam stolik, gdy tylko stanęliśmy w progu restauracji. Usłyszałem kiedyś, że ten mój przywilej to głownie zasługa moich napiwków i chyba to prawda. Wcześniej zaprosiłem A na szampana do Sofitela gdzie znowu musiałem słuchać jej opowieści o taksówkarzach, którzy wioząc ją do mnie do hotelu myślą, że mają do czynienia z panienką do towarzystwa. Barman zabawiał nas najpierw rozmową raz po raz polewając szybko działających bąbelków, by potem nieoczekiwanie przyłączyć się do wspólnego biesiadowania a na koniec wylądować w moim pokoju hotelowym i to bez ubrania z twarzą między nogami… Czyń dobro a dobro do ciebie wróci. Nie wiem ile razy zapaliła mi się tego wieczoru w głowie wielka czerwona lampa z napisem ja pierdole, ale ignorowałem te ostrzeżenia ciekawy, jak rozwinie się sytuacja. Skutki można było przewidzieć a kaca moralniaka mam do dziś. Głupi jestem: niby zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich decyzji i potrafię wyczuć, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, i tak pakuję się w tak absurdalne sytuacje jak jakiś nabuzowany hormonami nastolatek. Ironia losu, że nawet nie było warto, bo ideał okazał się bardzo zwykły i pospolity…

Kolacja z M&M w Przystani była jednym w tych na zawsze zapamiętanych wieczorów, gdzie mogliśmy frywolnie poruszać dowolne obszary życia seksualnego i małżeńskiego.

Podróżowanie wciąż mi się nie znudziło, wręcz przeciwnie czuję jeszcze większą potrzebę poznawania nowych miejsc do tego stopnia, że weekend spędzony w domu to dla mnie męka i weekend stracony. Nie wiem jak długo będzie trwał ten mój zachwyt i chęć wyrwania się z domu, bo ostatnio rozmawialiśmy z M o kupnie mieszkania. Niedaleko nas powstają piękne apartamentowce i pierwszy raz na widok budowy pomyślałem, że miło by było w nich zamieszkać. Z drugiej strony mam myśli, że ten pomysł musi jednak jeszcze poczekać, dojrzeć, gdy skończę z 40 lat i dopiero wtedy będę bardziej poważniej się nad tym zastanawiał.
Jeśli chodzi o rzucanie pomysłami M wydaje się nie znać umiaru, z łatwością przychodzi mu kupowanie rzeczy i wydawanie pieniędzy. Jego ostatnim genialnym pomysłem jest chęć otworzenia herbaciarni. Zanim zdążyłem się zorientować wykupił sobie kurs dla degustatorów herbat w Rzymie, po czym przyszedł do mnie szukając taniego biletu i noclegu. M byle gdzie spać nie może, dlatego polecieliśmy tam na weekend razem. Podczas gdy on zgłębiam tajniki parzenia herbaty ja pielęgnowałem włoskie dolce far niente szwendając się bez celu. W Rzymie było dużo ładniej i cieplej niż w Szwajcarii, dlatego korzystałem z dobrodziejstwa pieknej pogody ile się i całą sobotę spędziłem pomiędzy woskami uliczkami Wiecznego Miasta. Odwiedziłem kilka sklepów, zjadłem włoskie gelato i tyle. W planie wieczorem była wspólna kolacja, ale M późno skończył zajęcia, (o czym zapomniał mnie poinformować) a ja stałem i czekałem jak palant pod Panteonem aż zjawi się mój Romeo. Zadzwonił prawie godzinę później i szczerze miałem ochotę mu wykrzyczeć, co o nim myślę. Powstrzymałem się z trudem, wziąłem głęboki oddech i zabrałem na do Teatro Brancaccio wcześniej przypadkiem odkrywając przytulną restaurację na rogu ulicy. Kolorowo jaskrawe stroje, znane piosenki, przepych bogatych dekoracji, opaleni i ładnie zbudowani aktorzy – oglądaliśmy to przedstawienie z wypiekami na twarzy, co najmniej jakbyśmy oglądali przedstawienie na Broadwayu.

Kolejny przystanek Walencja. Mocne hiszpańskie słońce palmy i niebieskie niebo od razu lepiej się poczuliśmy. Gdyby tylko nie syf na ulicach, papiery i walające się puszki po piwie, które mąciły piękne widoki i nasz zachwyt. Jedyne wady to mnogość i rozmaitość straganów z tandetą i sami Hiszpanie – mali, przaśni, zarośnięci, sprawiający wrażenie nieodmytych śmierdzących papierosami i piwskiem, głośni i wiecznie drący mordy.
Pogoda, morze, miasto – bajka. Fontanna na każdym rogu, które w sezonie schładzają rozgrzane turystyczne dusze, będąc przy okazji idealnym tłem do zrobienia pamiątkowych zdjęć. Palmy dają poczucie egzotyki, hiszpański język sepleniący – sprawił, że czuliśmy się jak podczas podróży w nieznane.

Niespodziewanie odezwał się R z niepokojącą informacją. Nie mogłem spać po przeczytaniu jego maila, choć z drugiej strony powinienem być na to zawsze przygotowanym, w końcu konsekwencje stylu życia wcześniej czy później dopadają każdego. W środę mam nadzieję dowiedzieć się więcej. Dziwne uczucie, ale bez względu na wynik czuje się że wszystko mi właściwie obojętne.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz