wyprawa na stary szczyt

Po starówce w Cusco mogłem chodzić godzinami, jest to tak bardzo urokliwe miasto i zdecydowanie godne polecenia w Peru… W nocy nawet gwiaździste niebo wydaje się być tu szczególne – jak wielkie, nisko zawieszone lampiony.

Bardzo wczesnym rankiem pojechaliśmy autem do Ollantaytambo. Po mimo zabójczo wczesnej dla nas pory droga z Cuzco do Ollantaytambo okazała się bardzo widowiskowa – mijaliśmy zielone doliny, których dna otoczone są niezwykle stromymi wzniesieniami. Kilka razy prosiłem kierowcę, aby się zatrzymał abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Ollantaytambo to malutka wioska w dolinie, z której bardzo nowoczesnym i czystym pociągiem odjechaliśmy w stronę Machu Picchu. Zatrzymaliśmy się tylko raz, na stacji skąd rozpoczynała się trasa Inca Trail.

Inca Trail do Machu Picchu zwana jest również Camino Inca i składa się z trzech tras: jednodniowej, standardowej i Mollepata. W zależności od trasy każda przechodzi przez kilka rodzajów środowisk Andów: alpejską tundrę, czy las chmurowy. Po drodze ciągnie się niezliczona ilość tuneli ponadto na szlaku zwiedza się wiele Inkaskich ruin a końcową stację stanowi Brama Słońca na Machu Picchu. Dwie dłuższe trasy wymagają wejście do ponad 4200 m n.p.m., co niewprawionych prowadzi do choroby wysokościowej. Po ilości osób, które wysiadły z pociągu widać, że ten parudniowy trekking cieszy się dużym powodzeniem wśród odwiedzających to miejsce przyjezdnych. Słyszałem jednak, że już na 3 dzień większość ma dość, entuzjazm znika i każdy marzy o powrocie do cywilizacji.
Osobiście nie czułem potrzeby udawadniania przed samym sobą że taki sposób zdobywania Maccu Pichu mi nie odpowiada – ja to po prostu wiem że na wędrówki z plecakiem, spanie w namiotach, kuchnie polową, załatwienie potrzeb i mycie się w lesie, picie wody z kałuży jestem zbyt wygodny i za delikatny, za bardzo cenię czystą, świeżą pościel, dostęp do prysznica oraz hotelowego baru serwującego koktajle z lodem i parasolkami niż możliwość przeżycie survivalowej przygody.

Po 3 godzinach dotarliśmy do stacji Machu Picchu. Pociąg wjechał na malutką stację, zabudowaną ciasno przylegającymi budynkami, która wyglądała jak tunel. Miasteczko jest bardzo małe, zagnieżdżone między stromymi wzgórzami. Budynki ściśnione jeden na drugim, same hostele, restauracje, bary i kafejki internetowe, wszystko wokół małego placyku z wielką postacią Indianina. Nasza przewodniczka zjawiała się po kwadransie, gdy już zaczynaliśmy się martwić, że chyba utknęliśmy w czarnej dupie u progu naszego upragnionego celu.
Svetlana zorganizowała nam bilety na autobus, którym jeszcze kolejny kwadrans musieliśmy wjeżdżać usypaną żwirem drogą wzdłuż bardzo stromego wzniesienia…
Machu Picchu jest: cudownie zielone, położone na niedostępnym szczycie góry niczym gniazdo jastrzębia. Niesamowite wrażenie robi maksymalne wykorzystanie rzeźby terenu i łączenie murów z istniejącymi wcześniej skałami. Nad twierdzą górują z Wayna Picchu i Machu Picchu, których z wiadomych powodów nie planowaliśmy zdobywać… Twierdza zachowana jest w doskonałym stanie, budynki mają ściany i sklepienia dachów, którym brakuje tylko oryginalnego pokrycia strzechą. Miejsce poraża swoją niezwykłością i pięknem. W 4 godziny przeszliśmy je wzdłuż i wszerz by potem położyć się w cieniu kamiennych murów i na trawie zjeść przyniesiony przez Svetlane w plecaku lunch. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie, do 14 bezchmurne błękitne niebo, wiec, gdy wspinaliśmy się po kolejnych poziomach kląłem pod nosem, że targałem za sobą kurtkę i pusta butelkę wody, której nigdzie nie mogłem wyrzucić, bo nigdzie nie znajdowałem koszy na śmieci. Dopiero po południu niespodziewanie nadeszły chmury i mgły, które otuliły sąsiednie szczyty i przyniosły ulewny bardzo deszcz, w którego strugach wracaliśmy do autobusu. Gdy lunął na dobre byliśmy już na dole popijając lokalne piwo i dzieląc się wrażeniami. Machu Picchu to była nasza wisienka na torcie pobytu w Peru. Zjechaliśmy do miasteczka i do późnego popołudnia czekaliśmy na pociąg powrotny do Ollantaytambo, w którym obaj usnęliśmy jak dzieci, gdy tylko ruszył ze stacji.

Drugiego dnia przed powrotem do Limy pojechaliśmy na wzgórze górujące nad Cuzco – Saksaywaman (dla nas sexy women) żeby podziwiać kompleks inkaskich kamiennych murów – niestety jak dla mnie bez rewelacji. Za to faktycznie widok na miasto z góry był spektakularny i niezapomniany.
Tak samo jak nasz przewodnik, urodzony w lesie Indianin, który opowiadając nam o odwiedzanych miejscach sprawiał wrażenie nieobecnego, jakby od lat coś palił…

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz