Sydney

Zdarza mi się, w nowym miejscu czuć się tak, że od razu mógłbym tam zamieszkać. Tak jest z Sydney.
Sydney jest miastem pięknym i młodym. Ta młodość wylewa się z każdego fragmentu miasta, ze sposobu, w jaki ludzie chodzą po mieście, ze sposobu ubierania się, (wszędzie na mieście widać ludzi w klapkach), ze stylu życia.
Wszystko jest możliwe, wszystko jest w zasięgu ręki. Chcąc podkreślić swoją wyjątkowość nie ma praktycznie żadnych sztywnych reguł zachowań: ludzie są nieprawdopodobnie bezpośredni. Sydney jest miastem typowo hedonistycznym, ilość klubów, dyskotek i barów jest nieprawdopodobna. Australijczycy mają do siebie cudowny dystans i stąd lubią żartować sami z siebie, co nie jest cechą, z której słyną Polacy. Do klubów, restauracji można pójść w sandałkach, w klapkach, w czym się chce. Najważniejsze, żeby się dobrze bawić. „G’day!” to typowe zawołanie miasta. „Cheers!” zamiast „dziękuję”. Ich pogoda ducha, bezpośredniość jest tak zaraźliwa, że można wszystko wybaczyć: jak nie lubić narodu, który chwali się tym, że jako jedyny w historii ludzkości ma premiera skonsumowanego przez rekiny. Jednocześnie jest i druga strona Sydney – konserwatywna, ze spokojną okolicą niedużych szeregowych domków o charakterystycznym wyglądzie, z balkonami przyozdobionymi metalowymi barierkami, o wzorach przypominających wiktoriańskie koronki.
Bez wątpienia zaczynam najwspanialszy, najszczęśliwszy, najbardziej intensywny i najpiękniejszy tydzień mojego życia.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australia, podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz