Weekendowy wypad na wyspę

Jeszcze przed całym zamieszaniem w biurze, szefowa zgodziła się żebym ten tydzień pracował zdalnie z Polski. Potrzebowałem pójść do dentysty, odwiedzić znajomych, M nie miał nic, przeciwko, bo sam zajęty jest przygotowywaniem się do swojego pierwszego wielkiego sprawdzianu z picia wina, poza tym dużo pracuje. Kupiłem sobie, więc bilet do Wrocławia…, tyle że przez Maltę, no bo tak jakoś słońca mi się zachciało.
A. bardzo się ucieszyła z mojego pomysłu, bo to ostatnie tygodnie przed jej wyjazdem do Szkocji, teraz już nie pracuje, więc mogliśmy spędzać ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę.

W sobotę spotkaliśmy się w barze Jubilee w Valletcie na sambuce z Bailey’sem skąd najpierw poszliśmy na kolację a potem pojechaliśmy do Spinola Bay na imprezę organizowaną przez jej znajomych Hiszpanów. Impreza dopiero, co zaczynała się rozkręcać, kiedy przyjechaliśmy przynosząc w prezencie dary: butelkę ginu i zapasem toniku. Ledwo weszliśmy za nami wbił się dziki tłumy małych i grubych rozkrzyczanych Hiszpanów i Hiszpanek, z którymi przypadkiem stojąc centralnie w korytarzu na trasie ich przejścia, musiałem wymienić obowiązkowe podwójne cmoknięcia. Nie powiem, ale było to mile.
Impreza miała się bardzo dobrze, gdyby nie to że z A. byliśmy tam najstarsi, średnia wieku 20-24 lata, ale ja nie narzekałem, bo rozbawieni i roztańczeni gorący latynoscy chłopcy, kręcący ponętnie biodrami w takt hiszpańskich przebojów, dostarczali nam niechcąco dodatkowych wrażeń estetycznych.
Kiedyś na podobnych imprezach w międzynarodowym towarzystwie zawsze czułem się nieswojo, mówiąc tylko trochę po angielsku, teraz za to kpiliśmy trochę z Hiszpanek, które prócz znajomości języka Cervantesa nie potrafiły wydukać słowa w obcym języku, podczas gdy oboje z A, brylowaliśmy przeskakując swobodnie z angielskiego na polski czy włoski.
Hiszpanie komentowali to monosylabicznie, wykrzykując głównie wow. Większość przyjechała na Maltę uczyć się angielskiego, ale chyba mało chodzili na zajęcia zbyt pochłonięci nocnym imprezowaniem, bo po angielsku potrafili jedynie przeklinać. Nie zrażali się nawet tym, że przebywając na okrągło w określonym kręgu kulturowym i mówiąc nieustannie w swoim ojczystym języku z trudem przyjdzie im nauczyć się angielskiego.
Przepaść, jaka dzieli mnie od tego pokolenia dała o sobie znać bardzo szybko, kiedy jedna panna dywagowała przez ponad pół godziny gdzie i jaki tatuaż chciałaby sobie zrobić. Od szyi przez plecy wokół bioder kończąc na tyłku coś, że życie to ciągła przygoda itp. Kiedy zapytała mnie o zdanie byłem już pijany, powiedziałem że jest głupia że w ogóle się nad czymś takim zastanawia. Jej przyjaźni chyba sobie nie zaskarbiłem.
Ok 2 w nocy pojechaliśmy do Paceville, nieskutecznie próbując wbić się na dyskotekę, na której śmierdziało, by na koniec wylądować na kurczaku z kawałkami pizzy a potem, późno nad ranem na rzęsach wtoczyć się do swojego pokoju.
Lokalny koloryt olał ciepłym moczem zarówno spotkanie ze mną, jak i możliwość rozegrania towarzyskiego meczu. Trzeciej szansy nie daję więc nasze drogi tym razem rozeszły się definitywnie.

A. zapoznała sobie nowego latynoskiego amigo, z którym to wspólnie zaplanowała bardzo wykwintny żart, który niestety nie doszedł do skutku. W niedzielę za to siedząc w restauracji z K. i P. miałem dosłownie kilka minut żeby zobaczyć i poznać go osobiście, nawet dostałem od niego bukiet frezji tzn. przyniósł je A. a ja myślałem że są dla mnie.

W związku z tym, że znajomi amigo mówią tylko po hiszpańsku, nie czuliśmy się bardzo komfortowo w ich towarzystwie. Zatem postanowiliśmy, że oni będą mówić do nas po angielsku, a A do nich po hiszpańsku. Jej hiszpański przy ich angielskim jest wręcz wyśmienity, więc łatwo można sobie wyobrazić, jaki jest ich poziom.
Siedzieliśmy na plaży, amigo przytulał A, a jego kolega mówi: You are so swiss!

Dostało mi się trochę za moje niewybredne teksty, ale chyba sobie zasłużyłem po wczorajszym wyskoku. Ja i mój niewyparzony język…
Chociaż kogoś strasznie lubię i potrafię śmiać się z siebie to czasem też… z innych z góry zakładając, że wszystkich muszą śmieszyć moje żarty i że są zawsze w wysymulowanym guście, i że nikt nie powinien czuć się nimi urażony. Niestety…, kiedy moje dziwne żarty idą w złą stronę, trzeba mi to powiedzieć od razu i wprost, się nie obrażę, inaczej się nie zatrzymam, a choć rozum mam to czasem jestem prostolinijny w obsłudze…Mnie trzeba huknąć, bo inaczej nie łapię.

Wróciłem późno do hotelu i miałem się pakować, ale nie chciało mi się, bo byłem śpiący i znowu bolała mnie głowa. Nie spałem, potem wziąłem coldrex, bo myślałem, że może jakaś grypa mnie rozbiera, bo strasznie było mi zimno. Rano obudziłem się, łeb miałem cały czerwony (maltańskie słońce!!!) była 7 rano, miałem się pakować, ogarnąć, jechać do Gziry, z powrotem, zrobić coś z pracy i spanikowałem, że nie dam rady ze wszystkim, żołądek skręcił mi się w trąbkę i z góry założyłem, że amigo A. pewnie nie przyjdzie, bo będzie smacznie spał, A. zrozumie, jeśli napisze, że nie przyjadę, bo wczoraj długo imprezowaliśmy. Pech chciał, że amigo słowa dotrzymał i przyszedł a ja wyszedłem na dupka i złamasa.

Ale i tak weekend będę wspominał długo, pewnie z moich dowcipów A. też będzie się kiedyś śmiała, ale musi minąć trochę czasu, może jak skończymy 50 lat to wszystko to będzie wydawało się nam obojgu bardzo śmieszne.

Po Malcie był Wrocław, miałem cztery dni żeby nacieszyć się swoim rodzinnym miastem tak, aby starczyło do następnej wizyty, która właściwie nie wiem kiedy nastąpi. Odkąd przestałem jeździć na wizyty kontrolne do dentysty rzadziej znajduję powód by wrócić do domu. Kiedyś jak gdzieś wyjeżdżałem martwiłem się tylko o to, czy wziąłem majtki na zmianę i paczkę prezerwatyw, teraz dodatkowo musze pamiętać żeby zabrać okulary i sztuczną szczękę…
Czas mnie pociska i staje się staroświecki…

Moim ulubionym barem kawowo śniadaniowym stał się Friends w Sukiennicach. Małe, przytulne, klimatyczne, na uboczu, z ciepłą (dosłownie i w przenośni) obsługą, ale najważniejsze z bardzo dobrym wyborem zestawów śniadaniowych. Zżymam się płącąc 90 zł za śniadanie w Sofitelu, kiedy tutaj mam prawie to samo za 1/3 ceny. Ok czasami mam po dziurki w nosie wścibskich diw zaglądających tam niby to przypadkiem wylansować się, taksując wzrokiem z góry na dół, wzdłuż i wszerz innych gości. Prawie wszystkich można znaleźć na branżowym portalu promujących siebie za pomocą bardzo biologicznych zdjęć. No ale niech patrzą, niektórym zostaje już tylko patrzenie, a facet nawet najprzystojniejszy, który nie potrafi rezolutnie zagadać drugiego faceta jest raczej nudny i nadaje się, co najwyżej do pociśnięcia. Osobiście lubię wpadać tam na kawę, twarożek, jogurt i sok, nie pouchwalam się z obsługą, nie zaprzyjaźniam, nie zagaduję, nie robię maślanych oczu ani serca z jajecznicy czy tostów, ale zawsze zostawiam ogromne napiwki, przez co jestem tam zawsze mile widziany.
Podobnie jest z Przystania i Marina, mam gdzieś że większość obsługi widzi we mnie głównie dużego tipa, ale nie przeszkadza mi to, bo ile razy przekraczam próg restauracji znajdują dla mnie stolik, a potem dwoją się i troją, wchodząc głęboko w tyłek niemal w takt muzyki klasycznej, z ogromną ilością wazeliny.

Jestem na weekend w Belgradzie. Jest o wiele cieplej niż tydzień temu. Właściwie jest gorąco a ludzie tutaj chodzą w kurtkach. Poszedłem na Stare Miasto a w słońcu czułem jak się rozpływam. Zazdrościłem wszystkim wokół, że im jest zimno.

Wczoraj wieczorem strzeliłem dwa gole.
Czasami zastanawiam się, po co jestem z M. W końcu tak bardzo mnie denerwuje, wkurza mnie na okrągło, właściwie nieustannie. Czasami zastanawiam się, że chyba wolałbym być sam, tylko ja i inne piłkarzyki, byłbym wolny i szczęśliwszy i w ogóle robiłbym, co tylko bym chciał. Różne szalone i nieodpowiedzialne rzeczy bym robił. Ha! Byłbym zajebiście wyzwolony. Tylko, że on potem wyjeżdża na tydzień a ja zostaję sam i się nudzę. A więc wygląda na to, że największym wyzwaniem jest to, że jestem z nim, bycie miłym i ułożonym to są moje główne zadania. I się nie poddaję.

Rok, to jest jest czasem tak wiele, że nie chciałoby się tego przeżyć jeszcze raz a czasem tak mało, by pojąć, jak wiele, jak czasem zbyt wiele się pragnie. Myślę o ostatnim roku i myślę o wspólnie przeżytych siedmiu…
Nasza miłość jest jak drzewo. Coraz mocniejsza z upływem czasu.
Chciałbym, by był ze mną szczęśliwy, bo pamiętam, że na starcie obiecywałem mu wyścig, rywalizację, kto kogo bardziej kochać będzie.

Ścigamy się dalej.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s