Guat Hong zatrzymała się w tym samym hotelu co ja na Fishermen’s Wharf co po przyjeździe okazało się totalna wtopą, bo recepcja, hol, siłownia i spa oraz całe najwyższe piętro w Radissonie były akurat w remoncie, do tego zwalili się tutaj geriatrycy ze statku wycieczkowego i gdzie nie spojrzeć panował niezły kocioł. Postanowiliśmy zostawić tylko nasze walizki i uciec od całego tego zamieszania. Pogoda nas rozpieszczała, świeciło słońce, niebo było bezchmurne, panowało przyjemne 25 stopni. Poszliśmy do portu na cream chowder i ostrygi. Próbowałem zagadywać Guat Hong jeszcze o Kristi, ale za każdym razem kiedy rozmowa niebezpiecznie zbliżała się do tego tematu widziałem jak drzy jej podbródek a do oczy napływają łzy, dlatego przestałem. Głośnym cable car zjechaliśmy do kolorowego Chinatown, pokazałem jej Huntington Park nocą i garaż, który kiedyś malowałem, od Powell szliśmy pieszo w kierunku strzelistego Embarcadero a potem kolejnych przystani aż dotarliśmy do Pier 39. Na ulicach mijaliśmy grupy bezdomnych i freakow, którzy na dobre wbili się w pejzaż miasta.
Po takim spacerze ledwo czuliśmy nogi, dlatego następnego dnia rano wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy w stronę Fortu Mason i Golden Gate Bridge. Guat Hong uwielbia jeść, praktycznie spożywa tylko jeden posiłek dziennie – zaczyna rano i kończy w nocy, jest jak chodzący przewód pokarmowy, ale jest też wdzięcznym kompanem przy zwiedzaniu knajp i restauracji. Widzę jak bardzo się przede mną otworzyła i jak inaczej postrzega niektóre tematy i osoby, z którymi współpracujemy.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.