24 godziny w San Francisco

Guat Hong zatrzymała się w tym samym hotelu co ja na Fishermen’s Wharf co po przyjeździe okazało się totalna wtopą, bo recepcja, hol, siłownia i spa oraz całe najwyższe piętro w Radissonie były akurat w remoncie, do tego zwalili się tutaj geriatrycy ze statku wycieczkowego i gdzie nie spojrzeć panował niezły kocioł. Postanowiliśmy zostawić tylko nasze walizki i uciec od całego tego zamieszania. Pogoda nas rozpieszczała, świeciło słońce, niebo było bezchmurne, panowało przyjemne 25 stopni. Poszliśmy do portu na cream chowder i ostrygi. Próbowałem zagadywać Guat Hong jeszcze o Kristi, ale za każdym razem kiedy rozmowa niebezpiecznie zbliżała się do tego tematu widziałem jak drzy jej podbródek a do oczy napływają łzy, dlatego przestałem. Głośnym cable car zjechaliśmy do kolorowego Chinatown, pokazałem jej Huntington Park nocą i garaż, który kiedyś malowałem, od Powell szliśmy pieszo w kierunku strzelistego Embarcadero a potem kolejnych przystani aż dotarliśmy do Pier 39. Na ulicach mijaliśmy grupy bezdomnych i freakow, którzy na dobre wbili się w pejzaż miasta.

Po takim spacerze ledwo czuliśmy nogi, dlatego następnego dnia rano wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy w stronę Fortu Mason i Golden Gate Bridge. Guat Hong uwielbia jeść, praktycznie spożywa tylko jeden posiłek dziennie – zaczyna rano i kończy w nocy, jest jak chodzący przewód pokarmowy, ale jest też wdzięcznym kompanem przy zwiedzaniu knajp i restauracji. Widzę jak bardzo się przede mną otworzyła i jak inaczej postrzega niektóre tematy i osoby, z którymi współpracujemy.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz