Bohol – to nie miś i nie małpka, czyli spotkanie z tarsierem.

Dwie godziny promem od Cebu znajduje się wyspa Bohol. Jedno z tych miejsc na Filipinach, które najczęściej decydują się odwiedzić zarówno lokalni, jak i zagraniczni turyści. Wszystkich ich bez wyjątku przyciąga tam naturalne piękno okolicy, doskonała baza wypadowa do nurkowania czy snoreklingu oraz całkiem spory wybór miejsc, które można przy okazji zobaczyć. Wybrałem się tam w czwartkowy poranek, za 200 peso kupiłem bilet i niewygodne miejsce na promie, bo siedzenia okazały się bardzo wąskie – miejsca na czyjeś długie nogi mocno ograniczone. Płynąłem taki ściśnięty próbując nawet zasnąć zmęczony nocnym maratonem, ale ból kolan dawał mi się we znaki. Codziennie mnóstwo turystów przybywa do największego na wyspie miasta Tagbilaran skąd odbierają ich przewodnicy i wsadzają do vanów i autobusów, żeby obwozić ich po wszystkich atrakcjach wyspy. Jako że mam coś z królowej angielskiej i nie cierpię, kiedy ktoś ciągle wola siku, bo ma pęcherz wielkości orzeszka, jeszcze inny, że jest głodny, spóźnia się na zbiórkę, gubi telefon albo aparat, dzieci dra mordą albo grają w komputerowe gry wydające nieludzkie dźwięki wykupiłem sobie wycieczkę prywatną. Mój przewodnik nie ukrywał radości, bo oprowadzanie grup po wyspie to logistyczna udręka i wieczne ścigania się z innymi grupami. Poza tym podobało mi się, gdy nazywał mnie przy innych sir Peter.

Podczas lunchu ma statku na Loboc siedziałem obok chłopaka, który okazał się Szwajcarem pracującym od 1,5 roku w Szanghaju dla Jaeger Le-Coultre i uprawiający unikatowy zawód …zegarmistrza. Gdy wyszło na jaw, że mieszkam w Bernie i jestem szczęśliwym posiadaczem Tag Heuera z serii Monaco od razu rozmowa nabrała innego tonu, połowę czasu trwania przejażdżki po rzece przegadaliśmy o zegarkach, a następne o Szwajcarii i życiu expata w Chinach. Widać było po nim jak bardzo tęskni do domu i dawno niewidzianych miejsc, jak bardzo brakuje mu nart oraz serów, bo te osiągalne w Szanghaju mają bardzo ograniczony asortyment, pytał mnie o miejsca, bary, restauracje, czy nadal istnieją i o ceny po uwolnieniu kursu franka. Na koniec nawet wymieniliśmy się wizytówkami i nie wyczułem w tym geście przesadnej kurtuazji.

Sanktuarium motyli, dzięki atrakcjom miało najlepszy PR z jakim się spotkałem. Zwiedzałem podobną atrakcję w Kuala Lumpur, ale tylko tutaj wpadli na pomysł przezabawnych zdjęć z motylami w roli głównej: motyle na nosie, na głowie, motyle skrzydła uczepione do pleców, początkowo nie bawiło mnie że przewodnik robi ze mnie debila, każe mi pozować albo kładzie mi te wszystkie paskudztwa na różnych częściach ciała, ale jak zobaczyłem później zdjęcia to oniemiałem z zachwytu jak dzieciak.

Trawiaste garby, czyli Czekoladowe Wzgórza mieniły się odcieniami brązu, ale żeby dosięgnąć tego widoku musiałem najpierw pokonać ponad 240 schodów, przecisnąć się przez hordy turystów by w końcu dotrzeć do punktu widokowego, spocony i prawie bez tchu z rozdygotanymi jak galareta nogami.

Do Cebu dotarłem prawie o 20. gdy było już bardzo ciemno, żeby przypieczętować tak miło spędzony dzień zaprosiłem do siebie przypadkowo zapoznanego miłego i przystojnego kolegę z branży BPO i po dwóch rundach zawodów sportowych w szabelkowaniu zasnąłem jak kamień.

To coś ma wielkie oczy, długi ogon i jest wielkości pięści, brązowe, aksamitne futerko i nazywają to tarsier pod polską nazwą wyrak upiór. Oczy to coś ma tak duże jak mózg, żyje przede wszystkim w nocy, żywi się owadami i jest bardzo skoczne – może pokonywać nawet 6 metrów przemieszczając się z drzewa na drzewo, w dzień śpi, albo przynajmniej drzemie przytulone do gałęzi. Można je spotkać na filipińskiej wyspie Bohol. Takie cudaka jeszcze nie widziałem.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Bohol – to nie miś i nie małpka, czyli spotkanie z tarsierem.

  1. ~sotion pisze:

    widzialem zdjecia i filmik z tym zwierzatkiem, cudak 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s