Cieszę oczy tropikami, pięknymi widokami zatok, kolorem morza, bujną roślinnością i białym piaskiem na plaży. Wakacje tutaj to rzeczywiście doświadczenie na miarę pobytu w ziemskim raju.
M. wstaje wcześniej ode mnie i idzie biegać, podczas gdy ja śpię nieprzerwanie do 9. Potem któryś z nas robi poranna kawę (mamy dyżury), idziemy na śniadanie do Corassol a potem na plażę. Mamy już swoje ulubione miejsce z dala od rodzin z bachorami oraz Rosjan, bo jedni i drudzy działają nam na nerwy: bachory drą się wchodząc do morza, drą się kiedy się w nim bawią i drą się kiedy każe im się wyjść z wody, Rosjanie za to zachowują się jakby byli jedynymi gośćmi hotelu. Zawarliśmy przymierze z pewną parą Włochów i razem blokujemy leżaki, żeby ani jedni ani drudzy przypadkiem się koło nas nie rozłożyli. Na plaży czas odmierzają kolejki zamawianych koktajli albo lokalnego piwa. Przed 18. gdy zapada zmrok wracamy do pokoju, pijemy wino na tarasie a potem leniwie udajemy się na kolacje. Czasami w międzyczasie M. zalicza siłownię a ja leniuchuję, bo jestem już wystarczająco piękny i cudowny. Ile razy staje rano przed lustrem zastanawiam się gdzie podziały się pozostałe 7 cudów świata…

Boskości nie trzeba w żaden sposób poprawiać. Się jest. Albo się nie jest.