Na 20. wyciągnąłem M. na kolacje do Vincents.
Pod tym względem kulinarnym dogadujemy się ze sobą bez słów. Amore podobnie jak ja, wyda każde pieniądze na dobre jedzenie, a im bardziej wytworne i wyjątkowe miejsce tym lepiej dla niego. Dzięki niemu zaliczyłem kilka wyjątkowych kolacji w różnych częściach świata zaliczając kulinarny sufit i gdyby policzyć wszystko to, co zjedliśmy uzbierałoby się na porządnej klasy nowe auto.
Restauracja znajdowała się na tej samej ulicy, co nasz hotel, dlatego postanowiliśmy dotrzeć tam pieszo. Wieczór był przyjemny, nie padało, więc akurat taki spacer był dobry na zaostrzenie apetytu. Wnętrze restauracji przypominało Garego Danko, nim dostaliśmy nasz stolik usiedliśmy na moment w barze na lampkę prosecco. Wśród gości nie brakowało nowobogackich przaśnych Rosjan w towarzystwie pięknych i wytwornych pań, ale głównie dominowali Angole i Niemcy. Na ścianach dostrzegliśmy zdjęcia z Kwaśniewskim, Cameronem, Królową Elżbietą, którzy przed nami odwiedzili to miejsce. M. był przeszczęśliwy tak bardzo mu się tutaj podobało. Na przystawki wzięliśmy homara w awokado, szynkę parmeńską i ostrygi, a potem kaczkę, której przygotowywanie było prawdziwym kulinarnym show odbywającym się wprost przy naszym stoliku. M. cieszył się jak dziecko a pozostali goście z zazdrości łypali oczami w naszą stronę. Pękła butelka chardonnay, na koniec dostaliśmy deskę serów i grappę. Trzymając się za brzuchy wróciliśmy późno w nocy do hotelu.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.