Christchurch – dzień pierwszy

Najpierw 4 godziny pociągiem do Frankfurtu, potem 13 godzin w samolocie do Singapuru, czterogodzinny postój a potem jeszcze 10 godzin Singapore Airlines do Christchurch. Opatentowany przy okazji podróży do Australii patent na znośny jet-lag znowu się sprawdził. W drodze do Singapuru prawie nic nie jadłem prócz mini sałatkowej przystawki i kieliszka wina, samolot startował o 22. zaraz po starcie rozłożyłem łóżko, włożyłem stopery w uszy, nałożyłem klapki na oczy i poszedłem w kimono. Rano nie zjadłem śniadania, wziąłem łyk herbaty a potem przegłodziłem się w loungu na lotnisku Changi. Efekt zadziałał, bo gdy tylko wyruszyliśmy w ostatni odcinek podróży byłem głodny nie na żarty i bez żadnych wyrzutów wpakowałem w siebie najpierw chicken satay a potem talerz pierogów dim sum i kilka kieliszków wina a gdy dotarłem już do hotelu byłem znowu głodny, ale znowu przegłodziłem się do rana. Dzięki temu zabiegowi po przylocie do Nowej Zelandii przespałem prawie całą noc i nie czułem się niedobrze.

Uprzejmy kierowca zawiózł mnie z lotniska do Novotelu po drodze opowiadając albo pokazując co ciekawsze atrakcje miasta i okolic. Usłyszałem o dwóch trzęsieniach ziemi, które nawiedziły to miasto i pierwsze raz na oczy zobaczyłem widok zranionego miasta. Pierwsze wrażenie było jakby miasto dopiero co się zaczęło budować. Christchurch to jeden wielki plac budowy, miałem wrażenie, że sprowadzono tutaj wszystkie dźwigi Dubaju, by odbudować zniszczone kataklizmem miasto.

Dotąd Christchurch kojarzyło mi się z architekturą rodem z Wysp Brytyjskich, neogotycką katedrą, klimatycznymi pubami otwartymi do późna, malowniczą okolicą – swoistą bramą do krainy Hobbita czy innych elfów. Ślady trzęsienia ziemi widać na każdym kroku a nawet jeśli nie na pierwszy rzut oka to zaraz gdzieś znajduje się wiszące wycinki gazet albom zdjęcia miejsca z dnia katastrofy dokumentujące co wydarzyło się tutaj w 2011 roku. Miasto do tej pory nie podniosło się z tej tragedii. Z hotelowego tarasu oglądałem niegdyś okazały budynek katedry – dziś porozrzucane kamienie, taśmy i rusztowania, koparki, sterty gruzu i przerażająca wyrwa wewnątrz budynku – takiego widoku spodziewałbym się bardziej po Belgradzie albo innym bałkańskim mieście. Nawet statki z turystami przypływają tutaj rzadziej a mniejsza liczba odwiedzających turystów odbija się na życiu lokalnych ludzi i biznesu.


W hotelu Montreal spotkałem Polaka, który pracował tutaj jako barman. Przysiadłem przy barze, zamówiłem kieliszek rumu i postanowiłem posłuchać czyjejś historii. Narzekał trochę, że miasto jest przeraźliwie nudne, że po 17. wszystko jest już pozamykane nawet restauracje czy bary.

Niespodziewanie dostałem maila z agencji, w której dwukrotnie wcześniej próbowałem zarezerwować wycieczkę do Mt. Cook, udało im się skompletować grupę i jutro o 7.30 wyruszam zobaczyć jedną z najbardziej malowniczych tras tudystystycznych świata.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, podroze i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s