Pod względem rozrywkowo towarzyskim Rio rzuciło mnie na kolana. Poznałem jednego weterana ze Stanów, który najpierw nieświadomie zarzucił mnie portfolio swoich zdjęć prezentujących każdą część jego muskularnego ciała, by potem spotkać się kilka razy przy barze na szklaneczce carpirini. Początkowo nawet mnie fascynował, ale jak to bywa z Afroamerykanami wymiana kilku zdań, parę skrajnych opinii i człowiek wie z kim ma do czynienia. Nie przepadam za głupio mądrymi ludźmi, używających wyszukanych słów i mających zdanie na każdy temat od fizyki jądrowej po podatki w Indiach.
Znieczuliłem się lekko drinkiem i chyba tylko dlatego dotarłem do końca jego wywodów.
Para Irlandczyków podróżujących po Peru i Brazylii, wpadliśmy na siebie podczas wycieczki na Corcovado i niemal od razu znaleźliśmy wspólny język, parę wspólnych zdjęć, wspólna degustacja cachacy a przy tym bardzo dużo śmiechu przez całe popołudnie.
Przewinęło się jeszcze pare osób, ktokolwiek przegląda video z monitoringu w JW Marriott wie wszystko. Potwierdza się, że brak lepszej znajomości języka wcale nie przeszkadza w nawiązywaniu daleko posuniętch kontaktów. Jak widzę kogoś kto ma taakie ciało to w dupie mam duszę. Sprawdziło się znane powiedzenie: money is the best lubricant.
