Wesele

V. i A. niespodziewanie zaprosili nas do Amsterdamu na swoje wesele. Kilka tygodni wcześniej V. konsultowała ze mną termin biorąc pod uwagę, że jestem w mega rozjazdach i że jest tylko kilka weekendów kiedy na pewno będę w Europie. Ewidentnie zależało jej żebyśmy obaj przyjechali co było strasznie miłe z jej strony i takie nieszwajcarskie. Skróciłem więc swój pobyt w Wiedniu i już w piątek wróciłem do Szwajcarii, by w sobotę wczesnym rankiem polecieć do Amsterdamu. M. w ostatniej chwili niestety nie mógł mi towarzyszyć, nie dostal urlopu, dlatego zamiast niego V. posadziła mnie przy stoliku z Axcellą, która niespodziewanie dostała zaproszenie na tę uroczystość.

Wesele zorganizowane było z niebywałym przepychem i rozmachem, prawie stu gości, ze Szwajcarii, Anglii, Macedonii, Dubaju i Stanów, ceremonia odbywała się po angielsku a słowa urzędnika tłumaczone były najpierw na szwajcarski niemiecki a potem macedoński. Na tę specjalną okazję V. wybrała urokliwe Muzeum Kanałów i wnętrza bardzo eleganckiego hotelu Amstel Intercontinental. Po uroczystości zaślubin wynajęta łódź malowniczymi kanałami przewiozła gości z muzeum do hotelowej mariny. Pogoda dopisywała bo nie było gorąco. Do Amsterdamu leciałem w spodenkach i tshircie, w Radissonie obiecali dać mi szybciej pokój żebym zdążył się przebrać i wypicować na ceremonię. Do muzeum pojechałem taksówką, Axcella czekała na mnie przed wejściem ewidentnie czymś poirytowana bo z daleka coś już do mnie wołała. Okazało się, że przyszła tutaj pieszo, w wygodnych klapkach z zamiarem dyskretnego przebrania szpilek po wejściu do muzeum. Pech chciał, że gdy tylko weszła do budynku od razu natrafiła na grupkę wyelegantowanych gości, którzy natychmiast zmierzyli wzrokiem jej dziwny strój a ona z wrażenia zapomniała się i głośno skomentowała zajście siarczystym oh fuck, po którym chciała juz tylko zapaść się pod ziemię.

W maju żenił się mój brat, porównując jego wesele z tym przyjęciem gdzie mąż panny młodej praktycznie dysponował kilkakrotnie większym budżetem, nie miał czego się wstydzić. Wszystko zorganizowane było z wielką klasą, dobrym smakiem i wyczuciem estetyki.

Jedynym udziwnieniem, które zapamiętałem to że, w trakcie wesela kilkakrotnie goście proszeni byli o przechodzenia z jednego pomieszczenia do innego: apero na tarasie, przejście do biblioteki, przemówienia, przejście do sali restauracyjnej, przejście na patio, zdjęcia, przejście do biblioteki i krojenie tortu, przejście do sali balowej, tańce, przejście do baru. Trochę było tego łażenia na szczęście kieliszki nawet na moment nie przestawały być puste.

W czasie uroczystości zaślubin wpadł mi w oko pochodzący z Kuby fotograf. Niewysoki, lekko łysiejący brunet, z błyskiem w oku i roztapiającym serca lód uśmiechem. Wypatrzyłem go w muzeum, wyzbyty nieśmiałości od razu go zagadałem uskuteczniając swoją gadkę wypracowanym latami urokiem osobistym, okraszając wspomnieniami z niedawnej podróży po Ameryce Południowej. Jakie było moje zdziwienie kiedy po chwili rozmowy popatrzył mi głęboko w oczy, dorzucił swój zniewalający uśmiech i stwierdził że według niego mamy ze sobą dużo więcej wspólnego po czym lekko zmrużył oko. Jakby od uderzenia piorunem poczułem jak bardziej roztapiam się w środku, jeden z członków zesztywniał a w głowie kombinowałem jakby tu dyskretnie zorganizować nam miłą schadzkę. Po chwili chłopak uśmiechnął się znowu i dokończył urwaną myśl: – … obaj pochodzimy z komunistycznego kraju.

Na przyjęciu spotkałem mnóstwo znajomych z dawnej pracy, prawie wszyscy pytali mnie o to samo: kiedy wrócę i był to istny miód na moje serce. Zabawa była przednia przez cały wieczór, razem z K. postanowiliśmy pokazać licznie przybyłym dzieciakom jak korzystać z automatycznej budki do robienia zdjęć ustawionej gdzieś w holu, przebraliśmy się w dostępne stroje, doczepiane wąsy, peruki i inne rzeczy i przybierając najdziwniejsze pozy oraz strojąc śmieszne miny strzeliliśmy sobie całą serię fotek a ta niezapomniana sesja zasiliła weselny album młodej pary.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s