Na przestrzeni 10 lat odkąd się znamy, pierwszy raz zdarzyło się, że byliśmy spakowani i gotowi do wyjścia na pół godziny przed czasem. Zwykle jest tak, że M. gramoli się i guzdrze, potem przy wyjściu jeszcze o czymś superważnym sobie przypomina, że w konsekwencji na dworzec musimy biec a dopiero w pociągu okazuje się, że i tak czegoś zapomniał. A dziś proszę – 8.30 a my obaj jesteśmy gotowi do wyjścia. Chwile naszego upojenia spektakularnym sukcesem zepsuł brat M., który niespodziewanie zadzwonił przekazać, że miał jakiś złowieszczy sen i żebyśmy zrezygnowali z urlopu. Na rodzinę zawsze można liczyć…
Dziś jakby wszyscy się zmówili by o tej samej porze jechać do Zurychu. Na widok tłumów na peronie zdecydowaliśmy przesiąść się do pierwszej klasy bo inaczej musielibyśmy tłuc się ponad godzinę na stojąco.
M. specjalnie nie jadł dziś śniadania, żeby przed odlotem bez ograniczeń delektować się ofertą kulinarną loungu dla pasażerów First class, wypił dwie lampki różowego szampana, dwie lampki białego wina, wciągnął trzydaniowy zestaw menu a gdy tylko wsiedliśmy na poklad samolotu zaczął cały rytuał od początku dorzucając sobie talerz serów.
12 godzin lotu spędzonych leniwie w komfortowych warunkach minęło bardzo szybko. M. spał jak mops zmęczony szampanem, mnie przed przylotem do Los Angeles udało się zdrzemnąć raptem godzinkę. Gdy dotarliśmy do hotelu było po 17. Walcząc z sennością zmusiliśmy się pójść na spacer. Tylko co można robić w LAX? No właśnie niewiele, prócz McDonaldsów, Carl’s Junirów i Burger Kingów nie ma tu za wiele do oglądania…
About saberblog
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii
podróże i oznaczony tagami
amore,
podróże,
USA. Dodaj zakładkę do
bezpośredniego odnośnika.