Ostatni – Nina in Manila

Ten wyjazd był pewnego rodzaju pożegnaniem z Filipinami, w takiej formie, bo nie wiem czy jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Opuszczając hotelowy pokój pomyślałem na głos „dziękuję i żegnam”, przed oczami mignęła mi masa wciąż jeszcze wtedy bardzo żywych i niesamowicie upojnych kosmatych wspomnień.

Przez niecały tydzień leniwie odpoczywałem na przyhotelowym basenie wlewając w siebie gin z tonikiem raz po raz chłodząc ciało w rześkiej wodzie.
W drodze do stolicy Filipin trochę obawiałem się zbliżającego się tajfunu Nina, ale na szczęście jego efekty nie były nadto dotkliwe. Padało mocno w dniu przylotu, ale nazajutrz po południu wyszło słońce i nawet nie było zbyt parno jak zwykle bywa o tej porze roku w tej części świata. Cieszę się że udało mi się odwiedzić Corregidor, Tagaytay, zobaczyć Intramuros, poznać całą masę niesamowicie fajnych ludzi. Takiego zastrzyku wrażeń i doznań nie gwarantuje żadne europejskie miasto, nawet Belgrad czy Berlin. Codziennie chodziłem wyczerpany i wyssany po wielu intensywnych godzinach spędzonych w zaciuszu hotelowego pokoju.

Trochę za wcześnie pojawiłem się na lotnisku Aquino, w 3 min nadałem bagaż i byłem wolny a do odlotu pozostały prawie 3 godziny. W gąszczu krętych korytarzy znalazłem lounge Qatar Airways, który zaraz na wejściu nie przypadł mi do gustu. Wyglądał raczej obskurnie, chociaż może to rzecz gustu, taka tania elegancja nawet nie z IKEI, meble sprawiały wrażenie jakby ktoś poustawiał je tutaj przypadkiem, pstrokate ściany, gdzieniegdzie dyndające świąteczne ozdoby, ponure światło. Przy barze do wyboru zimne napoje, zimne przekąski, zimne warzywa i owoce, lód w kostkach i przebrane ciastka i jakieś resztki alkoholu w pootwieranych butelkach – wszystko wyglądało jakby było stare i nieświeże. Tylko klimatyzacja hulała bezbłędnie. Leciałem ubrany w sam t-shirt i po 5 min dostałem gęsiej skórki i potwornych dreszczy. Na dodatek z powodu późnej pory zachciało mi się spać, ale w takiej temperaturze zaśnięcie byłoby nie lada wyczynem, chyba że z powodu hipotermii. Klnąc pod nosem, że ubrałem się jak fircyk, bo wszystkie ubrania z długim rękawem, szalik i kurtkę zostawiłam w głównym bagażu szybko opuściłem lokal.

Wszystko wydawało się sprzyjać by ta podróż pozostała wyjątkowa i niezapomniana – od Sofitela dostałem obszerny apartament z olbrzymim tarasem oraz mega wielkim i przytulnym orgazmodromem, z Dohy wracałem Dreamlinerem, którym lot zawsze chodził mi po głowie ale nigdy nie było okazji, na dodatek w biznes klasie spotkałem polską stewardesę, z którą całkiem milej minęła powrotna droga do Szwajcarii.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz