Nasz urlop zaplanowany mamy dość szczegółowo i realizujemy ten plan punkt po punkcie. Choć praktycznie co drugi dzień śpimy w innym miejscu więc bez przerwy rozpakowujemy się i pakujemy by zobaczyć nowe miejsca to znajdujemy czas na lenistwo. Obaj jesteśmy zdolni do poświęceń typu wczesna pobudka, ale tym razem wylegujemy się do 8.30 albo 9, potem leniwie jedzone śniadanie nim wyruszymy z hotelu. W Agrigento całe popołudnie spędziliśmy zwiedzają starożytne świątynie a raczej ich resztki, przejście z jednego końca kompleksu na drugi zajęło nam niecałą godzinę za to okraszone było przerwą na piwo i lody. Nie miałem nawet nic przeciwko, żeby później wracać tą samą drogą pod górę. Nasz GPS wariował kilka razy wpakowując nas w tak wąskie uliczki, że M. stracił cierpliwość i wyłączył dziadostwo.
Wieczorem w naszym hotelu o melodyjnie brzmiącej nazwie Baglio della Luna siedzieliśmy sobie bezczynnie z lampką czerwonego wina nim M. stwierdził, że chyba nie dotrwa do rana i chętnie by jednak coś zjadł. Pojechaliśmy więc niedaleko, do restauracji, którą znalazł na którymś z portali. Z zewnątrz miejsce prezentowało się bardzo obiecująco: widok na morze, elegancko nakryte stoły, nastrojowe światło, pięknie udekorowane wnętrze, ozdobione obrazami ściany, w tle ledwo słyszalna muzyka. Jedzenie dobre, obsługa tylko kiepska no i właściciel, który wyglądał na takiego typowego knura co to odziedziczył biznes po rodzicach, bo ani kultury ani polotu ani nawet dobrych chęci. M. gdy zobaczył jak filetuje mi rybę o mało nie zszedł na zawał, nie wytrzymało tego jego poczucie estetyki…

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.