Bolonia dzień za dniem

Codzienny spacer z domu do szkoly i z powrotem, kawa z ciastkiem na Piazza Santo Stefano, poranna wymiana uprzejmości z zaprzyjaźnioną właścicielką baru, lunch albo aperitivo na mieście zacząły na dobre wyznaczać rytm mojej codzienności, przeplatany paroma krótkimi wypadami do Rzymu, Rimini i San Marino. Polubiłem to miasto, swoją szkołę, grupę i nauczycieli, czas podczas zajęć zawsze mijał mi bardzo szybko i momentami żałowałem, że nie zdecydowałem się przyjechać tutaj na dłużej. Limit wszelakich kursów językowych w tym roku wyczerpałem, ale kto wie co wymyślę na jesień albo po nowym roku. Bolonia na pewno na długo utkwi mi w pamięci i chętnie kiedyś znowu tutaj wrócę.

W ostatni wieczór przed wyjazdem zaprosiłem swoich gospodarzy do restauracji. Początkowo się wzbraniali, proponując kolację w domu, ale że na samą myśl o kolejnych zielonych liściach sałaty, ryżu i szklance wody robiło mi się słabo, w końcu udało mi się ich przekonać – taki byłem zdeterminowany. Dzień wcześniej, niedaleko szkoły, przypadkiem natrafiłem na bardzo fajną neapolitańską restaurację serwującą owoce morza. Z ciekawości wstąpiłem tam na lunch, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo zamówiłem nie tylko danie główne, ale i deser i przystawki, bo wszystko wyglądało kusząco i smakowało przepysznie. Wracając z przedostatnich zajęć zamówiłem więc nam na wieczór stolik. Oboje Fernanda i Franco pracowali w czwartki do późna, niespodzianką okazało się, gdy na kolację przyszedł także ich syn i wspólnie spędziliśmy wyjątkowo udany wieczór. W ramach rewanżu Franco zabrał nas jeszcze do baru na drinka a potem do jeszcze innego i jeszcze innego i tak oto do domu wróciliśmy przeszło po 2. w nocy, lekko kiwając się, za to w szampańskich humorach. Muszę przyznać, że po tym wieczorze oboje bardzo zyskali w moich oczach a wszystkie wpadki poszły w niepamięć… Tylko poranek był już prawdziwym dniem świstaka… Zaspałem na zajęcia, pędząc do szkoły nie wiem jak o możliwe, ale pomyliłem ulice (cholerne arkady), nie zdążyłem zjeść śniadania w swoim ulubionym barze, na dodatek po drodze wszystkie bankomaty były nieczynne więc podczas zajęć burczało mi w brzuchu a jak biegłem do szkoły to okazało się, że zapomniałem wziąć kluczy od domu a Fernanda z Frankiem o 14. lecieli do córki do Paryża. Musiałem więc wyrwać się wcześniej z zajęć, biec do domu na łeb na szyję, w konsekwencji nie pożegnałam się ani ze swoją grupą, ani z nauczycielami, ani nawet nie odebrałem dyplomu. Do domu wpadłem z wywieszonym językiem, w ostatniej chwili kiedy moi gospodarze wyjeżdżali już na lotnisko. Buziaki przesłane w przelocie, pakowanie walizki i sam zaraz musiałem biec na dworzec, łapać pociąg do Ferrary. Niestety powrót do szkoły nie wchodził w grę, pieszo było z 30 minut a z walizką zajęłoby mi to z pewnie godzinę dlatego podarowałem to sobie i trochę było mi z tego powodu przykro, bo wyszedłem z kursu tak jakoś mało elegancko.

Ferrara okazała się bardzo inna od Bolonii, ale równie klimatyczna, wieczorem skutecznie się zrelaksowałem w brazylijskich rytmach i tak oto mój dzień dobiegł końca.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz