Po powrocie z Lecce poleciałem na kilka dni do Wrocławia. Mało z kim udało mi się spotkać, bo najbliżsi znajomi i przyjaciele powyjeżdżali akurat na urlopy, ale wcale mnie to nie zniechęciło. Wreszcie udało mi się odebrać nowy paszport, bo w starym po 3 latach skończyły mi się wolne strony, zrobić podstawowe badania, które stwierdziły u mnie martwicę trzustki, podpisać listę obecności w znajomych barach.
Po 13 latach nie chcący wpadłem na pana P. i w przypływie dobrego nastroju zaproponowałem mu koleżeńską kawę. W pierwszej chwili pomyślałem, że odmówi i trochę byłem na siebie zły, bo znowu poczułem się jak tamten małolat, który się narzucał.
Taki mój trup w szafie, o którym wołałbym zapomnieć, rzadko wspominam a jeśli już to nawet miło…
Szybko jednak odgoniłem te myśli.
Spotkaliśmy się przy Bulwarze i w ekspresowym tempie opowiedzieliśmy sobie ostatnie 13 lat życia. Nie udało mi się uniknąć porównań i ocen: bardzo się nie zmienił, ani fizycznie, ani w podejściu do życia – w przeszłości zawsze miałem szczęście do płytkich, nieodpowiedzialnych i niedojrzałych facetów. 50 lat na karku w branży robi jednak swoje – urok pozostał ten sam, przestał tylko działać i teraz co najwyżej tylko śmieszy, choć jemu się wydaje się, że czas stanął w miejscu.
