Tydzień temu odszedł Zero, byłem akurat z K. w Rzymie kiedy drżącym głosem zatelefonował do mnie M., że musi jechać do weterynarza uśpić kota. Nie było mnie wtedy przy M. dlatego przez następne kilka dni nosiłem w sobie wyrzuty sumienia. Gdybym był w Rzymie sam, na pewno skróciłbym swój pobyt i wrócił do Berna. Po powrocie do Szwajcarii poczucie winy i podły nastrój wciąż się utrzymywały. M. przekonywał mnie, że nic się takiego nie stało, tłumaczył, że dobrze mu zrobiło pożegnać się ze swoim pupilem sam na sam. Wcale lepiej się przez to nie czułem. Kiedy wspomniał, że obawia się trochę zbliżającego się długiego weekendu, zaproponowałem spędzić ten czas poza domem. W ten sposób próbowałem zagłuszyć w sobie nieprzerwane poczucie winy. M. o dziwo nie protestował, chętnie przystał na mój pomysł i dał się wyciągnąć na kilka dni do Wiednia.
Przyleciałem tam dzień przed nim, miałem jeszcze swoje plany do zrealizowania, ale od soboty czas spędzaliśmy już razem. W południe odebrałem M. ze stacji i zawiozłem do Radissona, po czym poszliśmy w miasto. Okres upałów nareszcie minął, ma nadzieję że bezpowrotnie, na zewnątrz panowało przyjemne 20 stopni w cieniu. Spacerowaliśmy godzinami odwiedzając nasze ulubione miejsca, kręciliśmy się bez celu po urokliwych uliczkach starego miasta, uległem nawet chwili impulsywnych zakupów odzieży. Na kolację poszliśmy do restauracji Zum Leupold, którą regularnie odwiedzamy bedąc w Wiedniu. Taki nasz mały rytuał w tym mieście.
M. zapragnął odwiedzić Albertinę i choć nie miałem na to zbytniej ochoty zagryzłem wargi i mu towarzyszyłem. Spędziliśmy ze sobą bite 3 dni i noce, nadarzyła się okazja by wymienić myśli dotyczące ostatnich wydarzeń, porozmawiać o przyszłości i podzielić się obawiami. M. znowu mnie namawia żebym gdzieś pojechał, odkrył nieznane, mocno egzotyczne miejsce i wrócił z głową pełną nowych pomysłów. Sam nie wiem czy mam ochotę gdzieś jeszcze jeździć, ale nie byłbym sobą gdybym wieczorem nie zasiadł przed komputerem i zaczął szukać informacji o połączeniach z Wyspami Palawan.
About saberblog
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii
podróże i oznaczony tagami
amore,
Austria,
podróże. Dodaj zakładkę do
bezpośredniego odnośnika.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.