Wiedeń 36

Po wejściu do wagonu okazało się, że B zadbała oto, by nasze łóżka znajdowały się na górze. Stamtąd mogliśmy swobodnie sterować oświetleniem w całym przedziale sypialnym, jak i dysponować olbrzymią, wysoko zawieszoną nad drzwiami półką, na której swobodnie dało rozłożyć się nasze plecaki, buty, ciuchy, rzeczy do przebrania i wszystkie inne szpargaly. B. wyprawiona w tego typu podróżach pościeliła moje łóżko jako pierwsze, następnie zajęła się swoim, po czym zaczęła wyciągać z plecaka wszystkie dodatkowe przedmioty, które zabrała ze sobą z domu: zatyczki do uszu, opaskę na oczy, ręcznik, opaskę z uchwytem na latarkę, spray zabijajacy zarazki i przykry zapach przechrzczony na „sperm killer”, balsam kokosowy do ciała, skarpety do spania i budzik!
Po paru minutach od odjazdu ze stacji do przedziału wszedł bardzo przystojny pan konduktor i na nas zamurowało. Na szczęście tylko na chwilę, bo zaraz oboje z B. załapaliśmy klimat i zaczęliśmy biednego konduktora na zmianę podrywać. B. znowu mnie zaskoczyła wyciągając z torby dwie małe butelczki wina, które według jej zapewnień miały być tymi ostatnimi przed grzecznym pójściem spać. Nasz przedział lekko przerażał, składał się z dwóch, trzy piętrowych, metalowych łóżek-pryczy przerobionych na dwie dwójki. Konduktor wspomniał, że od Buchs będziemy mieli współpasażerów i wtedy zrobiło się nam jakby mniej do śmiechu, ale z drugiej strony, kto by się takimi szczegółami przejmował.
W Buchs mieliśmy kilkunastominutową przerwę, B. wyszła na papierosa a ja wybiegłem zaraz za nią rozprostować nogi. W oddali zobaczyliśmy sylwetki, dwóch par starych zramolałych Szwajcarów, lat sto niebezpiecznie zbliżających się w naszym kierunku. B. początkowo zaśmiała się na ich widok, ale po sekundzie oznajmiła, że to są chyba nasi… Dziadek z brzuchem, stary, siwy, brodaty i wąsaty, zaniedbany, śmierdział jakby dopiero co wrócił z pola a za nim babuszka z siwymi włosami i paprochami na głowie, gadająca do siebie i wyglądająca równie odpychająco jak on.
Całe szczęście, że miałem zatyczki do uszu, bo w nocy oboje równo chrapali a B. im wtórowała, ale nie żebym się czepiał. Przespałem spokojnie całą noc. Trochę się wierciłem, bo łóżko było za krótkie, nie mogłem do końca rozprostować nóg, nie uderzając przy tym głową o brzeg półki. B zbudziła się pierwsza, było po 6, zeszła po ciuchu po drabince ze swojego łóżka i zniknęła za drzwiami korytarza. Gdy wróciła, kazała mi szybko biec do toalety dla niepełnosprawnych, bo ta była naprawdę duża, jasna i przede wszystkim czysta, z czego chętnie skorzystałem. B. obadała patent z łazienką dla niepełnosprawnych już wcześniej, podczas gdy wszyscy inni tłoczyli się w kolejce do łazienek po przeciwległym krańcu wagonu.

Punkt 7.40 dojechalismy do stacji Wiedeń HB. Wskoczyłem w spodenki, spakowałem resztę rzeczy do plecaka, na dworcu kupiliśmy sobie po kubku świeżego, warzywnego soku o wdzięcznej nazwie „wake up juice” po czym metrem pojechaliśmy w kierunku Herrengasse. Na pierwszy rzut poszło Cafe Central. Tyle razy byłem w Wiedniu, mój Radisson jest rzut berem, ale jakoś nigdy nie uśmiechało mi się stawać tam w długaśnej kolejce, by zjeść śniadania a’la Sissy. Byliśmy tam przed 8, większość stolików była prawie pusta, z uznaniem przyjąłem więc pomysł B. by zjeść tam nasze sobotnie śniadanie.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s