Wiedeń 36

Zrozumiałem na czym polega urok tego miejsca: eleganckie, historyczne wnętrza, bogaty wybór słodkich przekąsek, deserów czy całych zestawów śniadaniowych, do tego prosecco albo szampan i kawy do wyboru, bezszelestna i miła obsługa. Siedzieliśmy tam oczarowani splendorem i wcale nie spieszyło nam się z opuszczeniem tego lokalu. B. zadbała o każdy najmniejszy szczegół tego dnia, co było niesamowitą wygodą, bo zwykle to ja jestem tym, który musi wszystko organizować. Myślałem, że w Wiedniu robiłem już wszystko i dzień spędzę na powtórnym oglądaniu dobrze znanych mi miejsc i odwiedzaniu oklepanych atrakcji. Po śniadaniu B. zabrała mnie na Schwedenplatz skąd odpływał nasz statek na rejs po Dunaju. Mieliśmy niesamowitego farta z pogodą, świeciło słońce, było ponad 20 stopni, biegałem w krótkich spodenkach i cieszyłem się na tą przejażdżkę jak dziecko. Żeby dodać sobie humoru B. zamówiła nam kolejną porcję prosecco i campari z sokiem, bo kto powiedział, że o 11 nie można pić alkoholu? Siedzieliśmy sobie we dwójkę na pokładzie statku, leniwie wystawiając nasze ciała na miło prażące słońce, sączyliśmy drinki i cieszyliśmy się oczy widokami Wiednia. B. wydaje się rozumieć, że nigdy nie wrócę już do firmy tudzież wcale nie próbuje mnie przekonywać, do zmiany decyzji. Zdaje sobie sprawę z mojej sytuacji i rozumie, że w niektóre rzeczy nie ma co brnąć na siłę, by móc sobie jeszcze spokojnie spojrzeć w twarz.

W stolicy Austrii mnóstwo Polaków, na każdym kroku słyszałem nasz fenomenalnie pięknie brzmiący, szeleszczący język albo swojską kurwę. Żaden inny język nie jest dla mnie tak kolorowy jak właśnie polski, pełen chrząstkich, twardych, szeleszczących, hardych zgłosek a potem tylu tych miękkich ś ć ń psi wsi ci przez co cały pięknie szeleści i tak jakoś rytmicznie pięknie gra.
B. od dziecka marzyła o wizycie na Praterze, choć alkohol szumiał mi trochę w głowie a z nieba zaczął lać się lekko uciążliwy żar chętnie przystałem, by spełnić jej dziecięcy sen. Stare konie wgramoliły się na Wielki Młyn robiąc sobie przy tym całą masę pamiątkowych zdjęć. Następny w kolejce był lunch i nieśmiertelny wienersschnitzel i to był już ukłon w moją stronę. Miłym spacerkiem udaliśmy się w kierunku Ratusza, ogrodów, Opery i Miejskiego Parku zataczając piękne koło wokół wiedeńskiej starówki by na koniec wylądować w moim ulubionym barze na happy hour. Niestety mój ulubiony kelner wydaje się już tam nie pracować, za to wymieniono go na młodszy i optycznie atrakcyjniejszy model, co zauważyła nawet B. Przed powrotem na dworzec, weszliśmy jeszcze nieopodal na pizzę, gdzie jeszcze tydzień temu biesiadowałem z M. Przed wyjściem B. wbiła się do łazienki, ogarnąć się i przebrać przed czekającą nas podróżą pociągiem. W drodze powrotnej mieliśmy ciekawe towarzystwo w przedziale: ojca z córką. On mocno starszy, brodaty i wąsaty, o czarno-siwych, mocno kręconych włosach, krzaczastych brwiach, z olbrzymim odstającym brzuchem tzw. typ niedomyty trącający smrodkiem. Ona, typowa szara myszka, bez makijażu, w krótko ostrzyżonych jasno blond włosach, ubrana jakby w przypadkowe rzeczy. Oboje spali w łóżkach na dole i do końca myślałem, że to ojciec z córką, gdyby nad ranem Rumcajsowi śmierdziogębie nie zachciało się amorów i nie wśliznął się kobiecie do łóżka ładując jej język do ust. Odgłosy mlaskania roznosiły się echem po całym naszym przedziale. Widać niektórzy lubią na brudaska, co mnie akurat zawsze odrzucało.

Suma sumarum, oboje z B. wróciliśmy do Berna bardzo szczęśliwi i rozentuzjazmowani, ona za parę dni wylatuje na Dominikanę ale po powrocie obiecaliśmy wybrać się w podobnym stylu do Nicei.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz