Manila

Trasę z lotniska Aquino do Sofitelu znam już na pamięć, na terminalu przylotów, z dużą walizką i zimową kurtką przewieszoną przez ramię, z trudem przedzierałem się przez tłumy ludzi oczekujących na przylot swoich krewnych, raz po raz ocierając pot z czoła. Była prawie północ a temperatura sięgała 30 stopni. Od raz widać, że to święta i że wszyscy Filipińczycy zjeżdżają do domu odwiedzić swoje rodziny i krewnych aby wspólnie spędzić te kilka dni razem. Na Grab Taxi nie starczyło mi cierpliwości, przede mną stało kilka osób i nic nie wskazywało żeby miało się to szybko zmienić. Machnąłem ręką i zaraz podjechał do mnie inny wolny kierowca, zapłaciłem 7 dolarów więcej, ale po chwili byłem już w drodze do Pasay.
To moje kolejne, już trzecie z kolei święta w Manili i znowu bardzo się cieszę, że tutaj jestem, że ominęły mnie święta w domu, cały ten zgiełk, szaleństwo zakupowe, kolejki, obżarstwo do granic możliwości i zima za oknem. Trochę to okrutne, ale nic na to nie poradzę, że tak właśnie czuję.
Przyleciałem tutaj znowu sam, bądź co bądź nie mogłem narzekać na brak towarzystwa. Po tylu wizytach w tym kraju prawie do perfekcji opanowałem już sztukę zawierania szybkich, łatwych i niezobowiązujących znajomości.
W wigilię zapoznałem parę sympatycznych Polaków z Pomorza odwiedzających Filipiny w drodze do Tajlandii. Spontanicznie spotkaliśmy się w hotelowym loungu i w wigilię wlewaliśmy w siebie kolejne lampki białego wina uskuteczniając wesołe historie. Zamiast karpia tego dnia było sushi i wcale nad tym faktem nie ubolewałem.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz