autem po Astanie – ciąg dalszy

Im dłużej przejeżdżaliśmy przez Astanę wiedziałam już, że „coś takiego” nie mogłoby powstać nigdzie indziej. By zrealizować projekt, który stworzył prezydent potrzeba było niewielkiego miasta, zajmującego stosunkowo niewielką powierzchnię, mającego w koło mnóstwo terenów do zagospodarowania.

Głównym celem Nazarbajewa bylo stworzenie miasta, które stałoby się wizytówką całego kraju, jego chlubą i największą atrakcją. Każdy architekt zgodzi się z tym, iż znacznie łatwiej piękny budynek wybudować od podstaw niż dostać za zadanie zrobienia „cudu” z czegoś co powstało dziesiątki lat wcześniej i niekoniecznie jest w dobrym stanie. Co więcej taki niczym nieograniczony architekt, który dysponuje ogromnymi przestrzeniami, o zapleczu finansowym nie wspominając, w takim „nowym mieście” zaprojektować może nie tylko piękne, nowoczesne budynki, ale i ogrody, place, osiedla mieszkalne.

Trzeba przyznać, iż miasto budowane jest z wielkim rozmachem. Przez zaledwie kilkanaście lat z małego miasteczka, niczym niewyróżniającego się zmieniło się w piękne, nowoczesne miasto; czyste, zadbane, atrakcyjne. Ciągle powstające bloki mieszkalne są ładne, istniejące wcześniej odmalowane.

Astana robi ogromne wrażenie na odwiedzających ją turystach, jednak nie ma co się temu dziwić, przeznaczono ogromny budżet na ten cel i stoi za tym praca ogromnej rzeszy ludzi. Na tym chyba prezydentowi zależało – przybysz ma w stolicy Kazachstanu patrzeć zachwycony na otaczające go niebosiężne obiekty ze szkła i stali o nowoczesnej konstrukcji i urzekającej linii.

Obok ładnych osiedli mieszkalnych widać również przepiękny Pałac Pokoju, pełniący funkcję siedziby prezydenta, niczym nie ustępujący tym opisanym w baśniach „Tysiąca i jednej nocy”. Wszędzie niesamowita ilość fontann, mieniących się we wszystkich kolorach tęczy. Na środku ogromnego placu, otoczonego zewsząd ogromnymi biurowcami i trawnikami z równiutko przystrzyżoną trawką i kwietnikami, stoi Bayterek Tower, czyli wielka kula, mieniąca się jak drzewko bożonarodzeniowe. Jest to pewnego rodzaju znak rozpoznawczy stolicy, miejsce z którego roztacza się widok na całe miasto, a główną atrakcją samej „kuli” jest księga z odciśniętą na niej dłonią prezydenta, z którą każdy odwiedzający ochoczo robi sobie zdjęcie.

Jej nietypowy kształt ma nawiązywać do kazachskiej ludowej opowieści o drzewie życia, podtrzymującym niebo, w którego szczelinie jajo złożył mityczny ptak szczęścia. Tak powstać miało słońce. Taras widokowy znajduje się w złotej kuli, mającej symbolizować jajko. Wieżę rozpoznałem od razu – znajduje się na odwrocie narodowych banknotów.

Jakby tego było mało kolejnym pomysłem mającym na celu uatrakcyjnienie stolicy było postawienie w odległości kilkuset metrów od pałacu ….. piramidy o skomplikowanej symbolice i pompatycznej nazwie. Piramida Pokoju i Pojednania – składa się ze szklanych trójkątów umieszczonych na pięciu kondygnacjach, tworzących ogromną piramidę. Budowla powstała z okazji Kongresu Liderów Religii Światowych i Tradycyjnych i choć nie ma tu widocznych żadnych symboli religijnych, piramida przez niektórych nazywana jest świątynią pradawnego Kultu Słońca. Kolejne piętra przepełnione są symboliką – w piwnicach znajduje się ciemny Teatr Operowy z wizerunkiem słońca na suficie. Wyżej – sala kongresowa z ogromnym “słonecznym” stołem pośrodku. Najwyższa kondygnacja jest całkowicie przeszklona, co pozwala na bezpośredni kontakt ze Słońcem.

Oglądając atrakcje miasta miałem wrażenie że odwiedzam kraj dyktatorski, wszystkie najważniejsze budowle, obiekty, mosty, uniwersytety, muzea nosiły nazwę obecnego prezydenta. Pieniądze które wpompowano w całą inwestycję są niesamowite i niektórzy uważają, że całe miasto to tylko kolejna jego fanaberia.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kazachstan, podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz