Manila i do domu

Namówiłem M. na bardzo krótką przejażdżkę po Manili. Pomyślałem że przy okazji krótkiej pobytu tutaj mógł zobaczyć przynajmniej Intra Muros, poza tym – moim zdaniem – miasto nie oferuje i tak niczego więcej. Wieczorem poszliśmy do Sunset Baru na kurczakowe satay i frytki, bo już od paru dni miałem olbrzymią ochotę zjeść coś niezdrowego, pikantnego i słonego. Tego wieczoru w Sofitelu trwał jakiś bal, cały hotel wypełniony był wystrojoną młodzieżą w pięknych, eleganckich wieczorowych strojach, dziewczyny przechadzały się stylowo ubrane, wytwornie umalowane, szykownie uczesane a zabawa trwała do białego rana, bo opuszczając pokój o 3 rano na imprezowe niedobitki natrafialiśmy jeszcze w holu, windzie i przy recepcji.

Fakt, że podczas naszej podróży na Filipiny zaplanowałem krotki pobyt w Manili nie był przypadkiem. Ile razy tam jeździłem zatrzymując się w Sofitelu w Pasay myślałem o tym jak bardzo chciałbym kiedyś zaprosić tutaj M. na śniadanie. Ten bufet! Cudo. Największy, najokazalszy, najlepszy w całej stolicy pozostawia niezatarte wspomnienia na lata. Nie pomyliłem się, bo gdy o poranku zeszliśmy do olbrzymiej jadalni M. zamiast usiąść, wypić spokojnie poranną kawę, wolał przez pół godziny spacerować pomiędzy stacjami stolami-wyspami oferujące dania z najdalszych kuchni świata. Dopiero jak zmęczył się robieniem zdjęć i udokumentowaniem tego miejsca dołączył do mnie do stolika. Nie miałem mu tego w ogóle za złe, bo dobrze pamiętałem jak sam zareagowałem odwiedzając i podziwiając to miejsce po raz pierwszy.

O tak wczesnej porze nie spodziewaliśmy się korków, jadąc na lotnisko zastanawialiśmy się nawet czy dobrze zrobiliśmy wyjeżdżając tam tak wcześnie. Przed Terminalem 1 tłoczył się tłum podróżnych. Aby wejść na teren lotniska należało okazać paszport i bilet. Przed wejściem do głównego holu wisiały olbrzymie monitory informujące pasażerów o statusie lotu i stanowisku odprawy biletowo-bagażowej. W pewnym momencie na ułamek sekundy zatrzymało mi się serce, bo przy naszym numerze lotu do Pekinu świecił się czerwony komunikat „closed”, tak jakby odprawa na nasz samolot była już zakończona. Nie widziałem co to mogło oznaczać, przez chwilę dosłownie zgłupiałem, nie rozumiejąc o co w tym wszystkim chodzi. Jak przedostaliśmy się przez kordon punktów bezpieczeństwa, na którym nota bene zatrzymali M. bo nie spodobał im się jego pojemnik od pianki do golenia w bagażu głównym, pobiegliśmy w kierunku stanowisk odpraw. Okazało się, że odprawa dopiero się zaczynała a całkiem uprzejma pani nie potrafiła wytłumaczyć co znaczy status „closed” migający na wszystkich wyświetlaczach.

M. podczas tego wyjazdu zrobił się lekko cięty na Chińczyków, po tym jak potraktowali go na lotnisku w Pekinie krzycząc na niego w niezrozumiałym języku i rzucając jego bagażami. Nie wspominając już o naszej wizycie w chińskiej restauracji na Times Square w Hongkongu, gdzie leciwa kobieta obsługująca nasz stolik dosłownie rzucała sztućcami, talerzami a zamaszyście nalewając herbaty rozlewała wodę po całej szerokości stołu.

Powrotna podróż samolotem ciągnęła się w nieskończoność. Najpierw ponad 4 godziny lotu z Manili do Pekinu, potem 3 godziny postoju i znowu 11 godzin do Zurychu.

Do Szwajcarii mieliśmy przylecieć wieczorem dlatego staraliśmy się nie przesypiać tej podróży, inaczej ryzykowalibyśmy brakiem snu po przylocie. Tyle tylko, że ile można oglądać głupich filmów, seriali i grać w gry komputerowe.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s