Jeszcze wczoraj do samego końca dnia siedziałem nad komputerem próbując pozamykać przed urlopem wszystkie tematy. Nie było szans żeby wyjść wcześniej z biura, na spokojnie ogarnąć temat pakowania. Na dodatek na głowę zwalił mi się jeszcze J i wieczór wcześniej musiałem zabawiać go w knajpie przy wrocławskim rynku.
Przygotowując wieczorem walizkę przypomniały się emocje jakie towarzyszyły mi kiedyś, gdy wracałem do domu późno z pracy z widmem konieczności pakowania się na kolejny daleki wyjazd. Przez cały czas myślałem tylko o tym czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem i nie raz zasiadałem przed komputerem wysłać ostatniego maila, bo akurat coś mi się przypomniało. Spałem może 3 godziny
W Zurychu piękne słońce, na lotnisku samoloty lądowały i startowały bez opóźnień. Lot w klasie cargo do najbardziej luksusowych nie należał, ale wciąż mogłem wybrać sobie siedzenie, wejść pierwszy na pokład, dostałem nawet voucher na darmowe wifi i pudełko ekstra czekoladek na dzień dobry. Potem było już trochę jakby mniej luksusowo, ale nie siedział koło mnie żaden rzygający bachor tylko Amerykanka irackiego pochodzenia, która okazała się całkiem sympatyczną współtowarzyszką podróży.
Tym razem hotel wybierała K, zatrzymaliśmy się w Marinie w Marriocie w apartamencie na 42. piętrze. Nazwa hotelu kojarzy się dobrze, ale szału nie ma. Przyjechaliśmy tutaj głównie żeby się bawić więc ważne że każdy ma swój pokój, osobną łazienkę i że jest czysto, a najważniejsze, że do Barrasti mamy przez ulicę.

Czytam i czuje spokój i luz Twój. Ja już miesiąc wcześniej byłabym spakowana zgodnie z uprzednio zrobioną listą. Witaj, ciesze się, że jesteś. Pisz mi Basia