Dzień wcześniej od rana miała być plaża, dlatego wstaliśmy wcześniej żeby spokojnie napić się kawy, zjeść lekko słodkie pieczywo drożdżowe i bez pośpiechu dojechać do San Foca zanim pojawią się tam spragnione słońca tłumy turystów. Niestety wyjątkowo tego dnia popsuła się pogoda, było ciepło ale byle jak, całe niebo zachmurzone, wiało, co jakiś czas nawet kropił deszcz. Zdecydowanie nie był to dzień na beztroskie plażowanie.
Droga do Tivoli zajęła nam dobre 5 godzin, z krótką przerwą na kawę i focaccię na autostradzie. Nie wiem jak Włosi to robią, ale ich jedzenie smakuje mi nawet na przy-autostradowych parkingach, wszystko świeże, chrupiące, apetycznie wyglądające i smaczne. Oczami jadłem wszystko na widok wszystkich tych smakołyków.
Villę Hadriana odwiedziliśmy jeszcze tego samego popołudnia, słońce mocno przypiekało, pomimo tego zwiedzanie starożytnych ruin nie było męczarnią. To samo następnego dnia w Villi d’este. Niby 30 kresek a przechadzanie się wśród tych wszystkich ogrodów i fontann było przyjemnością. Poza tym znów nie było tłumów, na terenie renesansowego pałacu byliśmy praktycznie sami co we Włoszech o tej porze roku było sytuacją prawdziwie niecodzienną.
Razem z M. zakochaliśmy się w Sirmione. Wakacje nad jeziorem Garda zawsze kojarzyły mi się z masową turystką, namiotem albo przyczepą kempingową, tłumami Rosjan i Niemców oraz bylejakością. Takie drugie Rimini albo inne Cesenatico. Nie wiem skąd wzięła się u mnie ta opinia, ale tkwiła we mnie na tyle długo, że jak ognia unikałem tego regionu Włoch, nie chcąc narażać się na przykre doświadczenia.
Wjazd samochodem do centrum starego miasta był przygodą samą w sobie, wąskie jednokierunkowe ulice, manewrowanie olbrzymim autem pomiędzy witrynami sklepów oraz tłumami przechodniów i turystów, których tutaj akurat nie brakowało. Zona a Traffico Limitato dała nam do wiwatu. M najpierw się śmiał, potem widziałem jak rzędnie mu mina, zaczął przeklinać pod nosem a gdy w końcu udało nam się zaparkować auto przy hotelowym garażu, zarzekał się, że był to pierwszy i ostatni raz kiedy zgodził się przedzierać przez uliczki tego miasteczka.
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.