rodzinne przepychanki

Tydzień we Włoszech i poczułem się jak na widokówce ze słonecznej Italii. Zapomniałem o blogu…

Urodziny M. obchodziliśmy w tym roku z lekkim poślizgiem, M. uparł się że wyprawi je jednak we Włoszech. Nie protestowałem wszak to jego urodziny, cieszyłem się, że na kolację pójdziemy gdzieś w Lecce, bo kuchnia włoska smakuje najlepiej we Włoszech. La Dogana we Lecce stanie się naszym stałym punktem odwiedzin podczas każdego naszego pobytu na południu. Odkąd M. poznał właścicieli, bardzo się polubili, miejscówka jest fantastyczna a jakość serwowanych dań nie ma sobie równych. Poza tym właściciel od lat zaopatruje lokalne restauracje w świeży towar, jadając u niego oszczędzamy na marży, którą naliczają sobie inne, podobne miejsca w okolicy. Na kolacji były ostrygi, małże, krewetki, przegrzebki, omułki, kałamarnice i ośmiornice, jeżowce i inne skorupiaki, mięczaki oraz głowonogi, których po polsku nazwać nie potrafię. M. pokusił się nawet o biały kawior na spróbowanie, co sprawiło że jeszcze bardziej się rozpłynąłem, ale prawda jest taka, że pod względem kulinarnych smaczków zawsze mogę liczyć właśnie na niego.

Cała rodzina chciała wybrać się z nami na plażę. Nie protestowałem, niechcąco zasugerowałem żeby wzięli swoje leżaki i parasol, bo ceny w każdym lido są obecnie mocno wygórowane, mieszkając nad morzem na pewno dysponują własnym sprzętem. Początkowo kręcili nosem, że leżaki upchali gdzieś na strychu, że trudno się do nich dostać. Nie przekonywałem i nie zniechęcałem. Zostawiłem im wolny wybór, podkreślając, że mnie osobiście szkoda byłoby 60 eur na zwykły wypad na plażę. Zobowiązaliśmy się odebrać ich rano i razem spędzić upalny dzień nad morzem. M. przejrzał mój podstęp, ale zapewnił mnie, że to nie zadziała. Rano przyszedł sms, że jednak się nie zabiorą z nami i życzą nam udanego dnia. Cudownie! Wieczorem z radości zaprosiłem ich na lody, co suma summarum i tak wyszło o niebo taniej.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 Responses to rodzinne przepychanki

  1. Zazdroszczę Wam tego żarcia

  2. notki's awatar artdecozbloxu pisze:

    Myslalam, ze bede zazdroscic, ale ja tylko krewetki jestem w stanie przelknac.

    • saberblog's awatar saberblog pisze:

      Rozumiem, nie każdy gustuje w owocach morza. Ja lubie wszystko co zjadliwe i póki nie spróbuje, nawet nóżką pieska bym nie pogardził albo jakimś krowim okiem w zupie…

  3. Ultra's awatar Ultra pisze:

    Ostrygi, małże, przegrzebki… mniam. I tylko homara mi brakowało, tego sprowadzonego z Nowej Zelandii. Kosztuje majątek, ale podobno bio…
    Pozdrawiam

    • saberblog's awatar saberblog pisze:

      Homarów na stole brak. Tzn pewnie były w ofercie ale nie zamawialiśmy bo puściliby nas z torbami. Z Nowej Zelandii homar ? Uhm sobie zapisze na przyszłość 🙂

  4. agnecha's awatar agnecha pisze:

    Dobrze jest chociaż popatrzeć na takie/taki hmm jak to nazwałeś? pornfood ;D Ależ to musi nieziemsko smakować!
    Udało Ci się z tym plażowaniem 😀 A widzisz? Jasno postawione zadanie (własne leżaki hihi albo raczej wypożyczenie za swoje ;)) przerosło towarzystwo. Wyobrazam sobie Twoją radość i ulgę po sms’sie od nich 😀 A jednak „podstęp” się udał!

Dodaj komentarz