Selektywne słuchanie i inne strategie oraz balkonowy raj, rower i kuchnia francuska

Czas ostatnio leci mi jak szalony. W minionym tygodniu w biurze pojawiłem się właściwie tylko raz, bo przez trzy dni siedziałem na warsztatach z zarządzania zmianą w organizacji. Już na samym starcie los postanowił dorzucić trochę dramaturgii, bo okazało się, że oprócz mnie i koleżanki z dawnej pracy na szkoleniu pojawi się też moja była szefowa… Zadzwoniła do mnie niespodziewanie w poniedziałek rano, żeby dopytać o rzeczy, które mieliśmy przygotować na zajęcia. Trochę mnie tym zaskoczyła, ale z drugiej strony przecież nie rozstaliśmy się w złej atmosferze a że bywa przewrotne, jeszcze nie raz możemy na siebie trafić. Udając więc kompletnie niewzruszonego, po prostu wszystko jej wyjaśniłem.

Na szczęście nie musieliśmy spędzać ze sobą całych trzech dni ramię w ramię, chociaż nie byłbym sobą, gdybym przy odbieraniu certyfikatu Prosci nie rzucił pół żartem, pół serio, że pewnie zakręciła jej się łezka w oku po stracie tak zdolnego pracownika. Z tego, co mówiła, w mojej dawnej firmie powstaje nowa kompetencja związana z change managementem i będą potrzebowali ludzi. Aluzję zrozumiałem, odpowiedziałem tylko, że mój okres próbny kończy się w sierpniu, a numer telefonu do mnie przecież ma.

Same zajęcia były świetne – dużo ćwiczeń, konkretnych przykładów, jeszcze więcej rozmów i wymiany doświadczeń także certyfikat zdobyty uczciwie i z satysfakcją.

Tymczasem do pracy wróciła osoba, która mnie zatrudniała. Niestety wróciła też jej legendarna umiejętność delegowania wszystkiego, co tylko się da. Nie denerwuję się już nawet, po prostu wypracowałem sobie strategię selektywnego słuchania, wykonuję absolutne minimum obowiązków i szczerze mówiąc, nawet gdybym chciał robić więcej, to ilość rzeczy do ogarnięcia jest absurdalna. Dostaję kolejne stare, dawno porzucone tematy, których odkopanie zajęłoby chyba pół życia, więc tylko przytakuję, a potem spokojnie robię swoje. Ku mojemu zaskoczeniu obiecała mi nawet dofinansowanie szkolenia, ale zwrot dostanę dopiero po zakończeniu okresu próbnego.

Moi ulubieni biurowi spiskowcy wymyślili wspólny czerwcowy wyjazd do Lądka-Zdroju. Prawie dwa tygodnie zajęło nam ustalenie, jaki domek wynajmujemy, czy z sauną czy z jacuzzi i kiedy byłem już pewien, że kompromis nigdy nie nastąpi wtedy wydarzył się cud.

Poza tym w końcu zrobiło się ciepło. Weekendy spędzam głównie na rowerze, a balkon powoli zamienia się w małą miejską dżunglę, bo koleżanka przywiozła mi całą skrzynkę surfinii. Musiałem tylko dokupić doniczki i ziemię, co okazało się logistyczną przygodą, bo zamówiłem 40 litrów ziemi, a sklep wysłał mi 80 i jeszcze 50 litrów keramzytu. Kursowałem więc z paczkomatu do domu na raty, robiąc przy okazji trening bicepsów.

W niedzielę poszedłem też na warsztaty kuchni francuskiej. Tym razem koleżanka wybrała inne studio, ale było naprawdę bardzo przyjemnie. Nauczyłem się robić tapenadę, krem z pora, quiche z wędzonym łososiem i mozzarellą oraz sałatkę z fenkułem. Wszystko wygląda na całkiem wykonalne w domu, muszę tylko kupić blender i porządną formę do tarty.

Urlopu na razie nie planuję, lato spędzę w mieście – będzie dużo roweru, beach barów i spontanicznych wieczorów. Za to jedno wiem na pewno: sylwestra spędzę w Neapolu.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz