Dzień zaczął się całkiem zwyczajnie. Wstałem jak zawsze o 6 rano, ogarnąłem się do pracy i ponieważ miałem zaplanowane spotkanie z klientem, postanowiłem wyglądać nieco bardziej elegancko niż na co dzień. Zamiast polówki i sportowych butów wskoczyłem w koszulę, porządne spodnie i wszystko co trzeba. Ogolony, wymuskany, wypachniony, gotowy podbijać świat.
Po siódmej wyszedłem z mieszkania i właśnie wtedy mój plan na zwykły poranek spektakularnie się posypał, bo zamykam drzwi, naciskam klamkę, a ta zostaje mi w dłoni.
Stanąłem jak wryty, przez głowę przelatywały mi dziesiątki pytań, co się właściwie robi w takiej sytuacji? Dzwonić do matki, po ślusarza, kontaktować się z producentem drzwi a może spróbować naprawić to samemu?
Przez chwilę rozważałem nawet zamknięcie mieszkania na klucz i wyjście z klamką schowaną w plecaku. Zaraz jednak pojawiła się kolejna wizja że sąsiedzi zauważają rozwalone drzwi, brak klamki, podejrzenie włamania i policja pod blokiem, policja w biurze – nie miałem czasu ani ochoty na takie atrakcje.
Zacząłem więc walkę z usterką. Pogoda o poranku była piękna, ale ja szybko przestałem ją doceniać. Po kilku minutach grzebania przy mechanizmie byłem cały delikatnie mówiąc „ubrudzony” czarnym smarem, białe spodnie, które rano wydawały się świetnym pomysłem, wyglądały coraz gorzej, ręce czarne, paznokcie czarne, przekleństwa latały po klatce schodowej niczym spłoszone gołębie.
W końcu, żeby nie zniszczyć do reszty ubrania, zdjąłem spodnie, a potem koszulę i tak oto około 7:30 rano stałem na klatce schodowej w samych majtolach, rozkręcając klamkę na części pierwsze i czekając tylko, aż któryś z sąsiadów wyjdzie do pracy albo na spacer z psem.
Pół godziny później, po długich poszukiwaniach odpowiedniego śrubokręta, zaawansowanej metodzie prób i błędów oraz setkach mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw, nastąpił cud, klamka zaskoczyła i wróciła na swoje miejsce. Mogłem ruszyć do pracy tyle tylko że szorowałem ręce i paznokcie tak długo, aż przestałem wyglądać jak u mechanika po zmianie.
