Moi ulubieni biurowi spiskowcy z poprzedniej pracy namówili mnie, aby jeszcze raz wybrać się na weekendowy wypad za miasto. Plan dojrzewał od tygodni, ale zgranie kilku osób o różnych stylach życia, przyzwyczajeniach i oczekiwaniach nie było takie proste. Każdy miał swoją wizję idealnego wyjazdu – jedni marzyli o hotelu, inni o wynajętym domu, pojawiały się pomysły na saunę, jacuzzi i rozmaite dodatkowe weekendowe atrakcje.
Za pierwszym razem organizacja poszła nam zaskakująco sprawnie, tym razem jednak wybór domku i miejsca przypominało momentami negocjacje z wiecznie niezadowolonym klientem. Ostatecznie udało się dojść do porozumienia i padło na Lądek-Zdrój.
W piątek pracowałem zdalnie, przynajmniej taki był plan. Niestety w ostatniej chwili okazało się, że muszę pojawić się w biurze – mimo to byłem przekonany, że bez problemu zdążę na pociąg. Pojechałem do pracy, odbyłem kilka spotkań, załatwiłem najważniejsze sprawy i wróciłem do domu. Plecak był już spakowany, wszystko gotowe do wyjazdu i właśnie wtedy zaczęły się schody, bo zamówiona taksówka przyjechała z dużym opóźnieniem. Kiedy w końcu ruszyliśmy w stronę dworca, zorientowałem się, że nie mam najmniejszych szans zdążyć na pociąg z Wrocławia. Zmieniłem więc plan i poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do Strzelina, aby przechwycić ten sam pociąg na kolejnej stacji.
Znajomi uznali, że zwariowałem, przecież mogłem po prostu dojechać do Lądka później, ale bardzo zależało mi na wspólnej podróży.
Los chciał, że kierowca okazał się ciekawą osobą, w trakcie rozmowy wyszło, że pochodzi z Turkmenistanu, który odwiedziłem w zeszłym roku. Zaczęliśmy wymieniać się historiami, pokazywałem mu zdjęcia z podróży i od słowa do słowa tak zaangażował się w moją akcję pościgową, że postanowił zrobić wszystko, żeby dowieźć mnie na czas. Pędziliśmy przez kolejne miejscowości, oczywiście zgodnie z przepisami, ale z wyraźnie wyczuwalnym poczuciem misji. Ostatecznie dotarliśmy do Strzelina dosłownie minutę przed planowym odjazdem pociągu, a właściwie kilka minut przed, bo pociąg miał czterominutowe opóźnienie.
Gdy wszedłem do wagonu, reakcja znajomych była bezcenna – śmiech, niedowierzanie i gratulacje za absurdalny plan ratunkowy. Atmosfera od razu zrobiła się lepsza a mnie momentalnie poprawił się humor. W Kłodzku, na skutek wielkiej powodzi sprzed dwóch, czekała nas przesiadka na autobus. Te czterdzieści minut jazdy minęło szybko – plecaki, torby, śmiech i niekończące się rozmowy sprawiły, że była to po prostu kolejna część naszej przygody.
Od przystanku do wynajętego domu mieliśmy jeszcze około dwudziestu minut spaceru pod górę, nasza kwatera znajdowała się na wysokiej skarpie z pięknym widokiem na okolicę. Właściciel dysponował imponującym sprzętem budowlanym: koparką, dźwigiem i kilkoma innymi maszynami, więc szybko uznaliśmy, że mamy do czynienia z panem, który w życiu radzi sobie całkiem nieźle.
Dom robił wrażenie, dwa piętra, trzy sypialnie, przestronny salon i piękne patio – rozlokowaliśmy się błyskawicznie. Trafiłem do pokoju z P, dziewczyny zamieszkały razem, trzecia dostała ogromny pokój z dużym łóżkiem, a nasz kolega z Maroka wybrał miejsce na dole, ponieważ nocami planował oglądać mecze.
Zostawiliśmy bagaże i od razu a ruszyliśmy z powrotem do miasta po zakupy. Nasz marokański kolega zapowiedział, że przygotuje dla nas kolację w swoim stylu, więc spacerkiem udaliśmy się do Dino by zgodnie z jego instrukcjami skompletować wszystkie potrzebne składniki.
Po powrocie do domu poprosił nas tylko o jedno – żebyśmy usiedli wygodnie na werandzie i pozwolili mu działać. Sączyliśmy sobie drinki, rozmawialiśmy i co jakiś czas zaglądaliśmy do kuchni z pytaniem, czy aby nie potrzebuje pomocy, ale za każdym razem odsyłał nas z uśmiechem.
Efekt jego pracy przeszedł najśmielsze oczekiwania – kurczak w kremowym sosie grzybowym był prawdziwym majstersztykiem, do tego miętowa marokańska herbata, świeża sałatka i dobre wino.
Wieczór minął nam niespiesznie chociaż wiedzieliśmy, że następnego dnia czeka nas długi spacer po okolicznych wzgórzach, nikt jednak nie myślał o odpoczynku. Po mimo zmęczenia po intensywnym tygodniu pracy miałem poczucie, że jestem tam, gdzie być powinienem, we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi i we właściwym czasie.
