Wspólny dzień z dala od codzienności

Nie siedzieliśmy tego wieczoru zbyt długo, zresztą i tak jako pierwszy poszedłem spać, zanim reszta ekipy zdążyła się mocniej rozkręcić. Rano czekało nas kolejne wspólne śniadanie, tym razem w naprawdę uroczej scenerii. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni pogodą – wszyscy od samego poczatku nastawialiśmy się na deszcz, a tymczasem spadło parę kropel a przez cały dzień towarzyszyło nam głównie słońce.

Ten wyjazd kojarzy mi się przede wszystkim z jedzeniem, mam wrażenie, że ciągle coś jedliśmy. Amin bardzo o nas dbał, a ja cieszyłem się, że codziennie chodziliśmy po górach, bo inaczej chyba pękłbym z przejedzenia.

Jak zwykle koleżanka N. wyznaczyła trasę, a my spokojnym spacerem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Odwiedziliśmy Park Zdrojowy, wdrapaliśmy się na Trojaka i po drodze mijaliśmy mnóstwo turystów w każdym wieku. Mimo niedawnych powodzi i zalania wielu miejsc sezon turystyczny trwał tutaj w najlepsze, co prawda nie wszystkie lokale np. na Starym Miescie były już otwarte, ale na pysznego pstrąga udało nam się załapać bez problemu.

Wiedziałem, czego się spodziewać tego dnia, nie narzekałem, byłem przygotowany na długie wędrówki i raczej niewiele płaskich odcinków. Mimo wszystko naprawdę cieszyłem się na ten wyjazd. To była świetna okazja, żeby nadrobić zaległości z ludźmi, z którymi kiedyś pracowałem, wypytałem każdego, co u niego słychać, jak potoczyły się dawne sprawy i co dzieje się u reszty naszego starego zespołu.

Na wieczór zaplanowaliśmy jacuzzi, które właściciel domu miał nam przygotować. Gdy wróciliśmy do domu, część ekipy poszła jeszcze na ostatnie zakupy, a pozostali zaczęli szykować się do wieczornego relaksu – prysznice, przebieranie i w końcu wielka balia. Zakładałem, że będziemy korzystać z niej dwójkami, ale okazało się, że bez problemu zmieściliśmy się wszyscy razem.

Śmiechu było co niemiara, prosecco lało się strumieniami, siedzieliśmy w ciepłych bąbelkach, pogoda dopisywała, robiliśmy zdjęcia i nagrywaliśmy filmiki. W pewnym momencie dopadła nas totalna głupawka, niby dorośli ludzie, a zachowywaliśmy się jak grupa dzieci na szkolnej wycieczce. Jedna z koleżanek nie miała ochoty uczestniczyć w naszych wygłupach, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało.

Najgorszy moment przyszedł dopiero później, gdy trzeba było wyjść z tej cudownie ciepłej wody i przejść kawałek do domu. Zimno było potworne, dopadły mnie takie dreszcze, że aż cały się trząsłem. Ledwo dotarłem pod prysznic i odkręciłem gorącą wodę, dopiero po chwili przestało mną telepać.

Wieczorem ponownie zasiedliśmy do wspólnej kolacji, tym razem nikt nie miał już siły ani ochoty gotować, więc zamówiliśmy pizzę. Teoretycznie byliśmy najedzeni po pstrągu i frytkach, ale jak to zwykle bywa przy winie czy ginie z tonikiem – szybko okazało się, że jednak przydałoby się coś do przegryzienia. Choć pizza wymagała osobistego odbioru, chętnych nie brakowało.

Później siedzieliśmy jeszcze długo na tarasie, rozmawiając dosłownie o wszystkim i o niczym. Nasz kolega z Maroka około północy włączył sobie mecz, a ja postanowiłem zakończyć dzień i położyć się spać. Niestety mój współlokator nie miał tyle szczęścia, bo podobno przez moje chrapanie nie zmrużył oka.

Najzabawniejsze było jednak to, że część osób wróciła do swoich pokoi dopiero grubo po pierwszej w nocy. W pewnym momencie obudziła mnie nawet koleżanka, która postanowiła urządzić mi nad uchem małą serenadę. Nie byłem zły, wręcz przeciwnie – przez chwilę poczułem się w akademiku, atmosfera była dokładnie taka sama: dużo śmiechu, rozmów i spontanicznych pomysłów.

Ostatecznie nocne rozmowy przeciągnęły się dość długo, ale w końcu najbardziej zaspane dziewczyny zagoniły wszystkich do łóżek.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Wspólny dzień z dala od codzienności

  1. trollatrolla's awatar trollatrolla pisze:

    Ale fajna wyprawa! Lubię tak niespiesznie łazikować, razem jeść, mieć głupawkę… Samemu to jednak nie to samo.

Dodaj komentarz