Uwielbiam lokalne śniadaniownie! Kawa za 80 centów, tost z szynką i serem za 2 euro – prosto, tanio i smacznie. Przez pierwsze dwa dni jedliśmy śniadania w hotelu, płacąc po 12 euro za bufet, ale kiedy raz spróbowaliśmy zjeść „na mieście”, od razu wiedzieliśmy, że od teraz śniadania będą tylko na mieście. Atmosfera, ceny i smak — wszystko przemawia właśnie za tym.
Codziennie ruszamy w drogę, aby odkrywać wyspę São Miguel. Przez lokalne biuro podrozy zarezerwowałem nam kilka wycieczek i każdego dnia o 9 rano jesteśmy zabierani w inną część wyspy. Byliśmy już na zachodzie — jeziora Sete Cidades i Fogo, wodospad Salto do Cabrito, spacer po klimatycznej Ribeira Grande i zachodnie Mosteiros. Po drodze mnóstwo punktów widokowych, a każdy z nich łączy jedno: Atlantyk, soczysta zieleń, wulkaniczne krajobrazy i nieprzewidywalna pogoda. Rano chmury, potem ulewa, a za chwilę słońce praży tak mocno, że człowiek szuka cienia jak świętego spokoju.
To tutaj są jeziora, które naprawdę zasługują na miano jezior — nie bajorka, tylko wielkie, majestatyczne zbiorniki wciśnięte między zielone wzgórza, krajobrazy ciągną się kilometrami. Każdy dzień to idealne połączenie relaksu, przygody i kontaktu z naturą.
Mimo że Azory nazywane są jednym z najbardziej zielonych miejsc na Ziemi, wciąż nie dopadła ich masowa turystyka. Życie płynie tu spokojnie, a piękno tych wysp można chłonąć bez tłumów, bez pośpiechu i zdecydowanie jest na co patrzeć i co przeżywać.
Wieczorem pojechaliśmy do Furnas – miejscowości słynącej z gorących źródeł i termalnych kąpielisk. Miejsce okazało się perfekcyjnie zorganizowane: cztery baseny z wodą o temperaturze 40°C, klimatyczne oświetlenie, czyste szatnie i pełna infrastruktura. Ciepła woda i rześkie, ale nie zimne powietrze tworzyły idealną równowagę gwarantującą absolutny relaks.
São Miguel to raj dla miłośników termalnych kąpieli a najbardziej znane źródła znajdują się właśnie tutaj w Furnas – w sercu geotermalnej doliny, gdzie z ziemi nieustannie wydobywa się para i śmierdzące siarkowe wyziewy. Czuć, że stąpa się po aktywnym wulkanie. Temperatura wody różni się w zależności od ujęcia i waha się od 28 do 40 stopni, a temperatura gazów z fumaroli potrafi przekraczać 100 stopni. Robi to ogromne wrażenie, zwłaszcza gdy widzi się, że tuż obok, niemal na granicy dymiących szczelin, normalnie toczy się życie: ludzie mieszkają, gotują, wychowują dzieci.
Kolację zjedliśmy do Furnas, gdzie unoszący się w powietrzu zapach siarki był nie do pomylenia z niczym innym. W lokalnej restauracji „Tomy”, serwowano tradycyjne cozido das Furnas – danie przygotowywane przez kilka godzin w naturalnie gorącym gruncie, mieszankę różnych mięs i warzyw, powoli duszoną w podziemnym naturalnym „piecu”. I choć zapach wokół był mocno intensywny, samo danie okazało się zaskakująco delikatne.
Pierwszy dzień na São Miguel był jak łagodna aklimatyzacja zarówno geograficzna, jak i mentalna. Odległość od kontynentu czuć nie tylko w długości lotu, ale i w innym, wolniejszym rytmie życia, ciszy oraz przestrzeni. Azory wydają się nieco zapomniane przez świat – i to chyba ich największy atut.
Spacerując po centrum Ponta Delgada, zaskoczyła nas niemal kameralna atmosfera, niby sezon, a jednak tłumów brak. Spotkaliśmy trochę turystów – głównie Niemców i zaskakująco wielu Hiszpanów, ale to wciąż nic w porównaniu do zatłoczonej Madery, miasto wydaje się spokojniejsze, bardziej autentyczne.
Dowiedzieliśmy się, że przez cały rok odbywa się tu wiele lokalnych festiwali, przyciągających o dziwo turystów z Hiszpanii. Część z nich ma historyczny wymiar – mieszkańcy nie stronią od przypominania kolonialnych ambicji hiszpańskich sąsiadów sprzed wieków.
W niedzielny poranek skorzystaliśmy z wycieczki z lokalnym przewodnikiem. Przez dwie godziny miły pan oprowadzał nas po parkach, skwerach i bocznych uliczkach, polecił też kilka miejsc, gdzie można zjeść dobrze, lokalnie i w rozsądnej cenie, bez turystycznych pułapek.
Lot z Frankfurtu do Ponta Delgada trwał prawie pięć godzin. Dopiero gdy usłyszałem ten komunikat od pilota, dotarło do mnie, jak daleko położone są te portugalskie wyspy na Atlantyku. Tym razem nie udało się nam siedzieć z K. obok siebie, ale to bez znaczenia bo oboje i tak przesypialiśmy większość lotu.
Na miejscu przywitała nas przyjemna, wiosenna aura – 22°C i łagodne słońce. Do hotelu dotarliśmy błyskawicznie, w niespełna 10 minut. Mieliśmy szczęście bo pokój był już gotowy, bez konieczności czekania na zameldowanie – po prostu idealne rozpoczęcie urlopu.
Zaraz potem wybraliśmy się na lunch lokalne przysmaki pt. grillowane ślimaki i małże gotowane na parze. Do tego po dwie lampki mocno schłodzonego portugalskiego wina, które, jak to w Portugalii, zawsze nalewane jest po brzegi, nie jak u nas do połowy. Jedynym w sumie zgrzytem było to, że właściciele preferowali płatność gotówką, co sugerowało, że fiskus raczej nie wie o ich działalności.
O 17.00 zamknąłem komputer. Oficjalnie urlop rozpoczęty.
Wtorek i środa były najgorsze bo pracowałem do 2:00 w nocy. Najpierw niby normalny poranek, wczesna pobudka, potem spotkania, obiecana analiza dla szefa, ludzi musiałem ogarniać bo ktoś chory, ktoś nie dał rady, a wszystko trzeba było zrobić. Wpadłem w coś jakby trans, w ciągu dnia zrobiłem sobie power drzemkę, inaczej nie utrzymałbym się na nogach, ale kiedy w końcu padłem do łóżka o drugiej w nocy, miałem w głowie tylko jedną myśl:Dosyć. Tak się nie da.
Obiecałem sobie, że pogadam z szefową. Najprościej byłoby zrobić to, co robię zazwyczaj, kiedy jest mi źle, czuję się przyparty do muru albo kiedy czuję się wypalony — po prostu zabrać zabawki i zmienić piaskownicę. Ale tym razem to chyba nie przejdzie. Gdybym chciał odejść próbowaliby mnie zatrzymać a przynajmniej zapytaliby: co musiałoby się zmienić, żebyś został?
Tak więc wypisałem sobie na spokojnie, na kartce, co chcę robić w moim dziale, a z czego muszę zrezygnować, żeby znów chciało mi się rano wstawać do pracy. Nie wiem, czy to coś da, czy się przyda ale wywołany do tablicy przynajmniej szybko będę w stanie wyartykułować czego oczekuję.
Gadałem z kumplem z pracy — obiecał, że się za mną wstawi, wszystko się rozstrzygnie pewnie dopiero za tydzień.
W czwartek miałem dyżur, ale nie było źle, dziś też nie siedziałem już tak długo. Do 17.00 zrobiłem chyba wszystko, co musiałem. Zamknąłem komputer, a jutro rano mam samolot do Frankfurtu, potem na Azory.
Po południu będę leżał gdzieś w słońcu, z kawą albo czymś mocniejszym w ręce i to bez tabeli excela, maili i bez słów pilne.
Poniedziałek. Godzina 7:00. Biuro. Sam w to nie wierzyłem, ale pojawiłem się punkt siódma. Wziąłem taksówkę, żeby być wcześniej – i byłem pierwszy. Z wątpliwą dumą zapalałem światło. To nie zdarza się często.
Zrobiłem sobie kawy, przyniosłem wodę, odpaliłem komputer. Skrzynka – 61 maili do odpisania, z weekendu, z piątkowego wieczoru. I spam. W normalnych warunkach by mnie to nie przerażało, ale dzień był już zapchany spotkaniami – jedne krótkie, inne długie, niektóre kompletnie bez sensu, ale obecność obowiązkowa. Bo trzeba, bo tak działa ten świat.
Wyglądałem, jakbym cały weekend zapieprzał na budowie – opalone na czerwono ręce i czoło, ale miałem to gdzieś. Siedziałem skupiony jak snajper i tłukłem odpowiedzi, ogarniałem zaległości i nowe wątki, które zaczęły się sypać już po dziewiątej. Przez chwilę naiwnie myślałem, że się uda.
O 13:00 zrobiłem sobie przerwę na lunch. Po powrocie – dalej stukałem jak dzięcioł w klawiaturę, nie miałem nawet czasu, żeby pójść do toalety.
Planowałem wyjść o 15:00. Wyszedłem po 16:00 i tak nie zrobiłem wszystkiego.
Najgorsze, że jutro mam spotkanie z dyrektorem – mam przedstawić analizy, do których mnie przypisali, a jestem w du..e tzn. w połowie. Jest 23:30, padam na twarz. Ostatnia rzecz, na którą mam siłę, to przeklikiwanie tabelek w excelu. Kultura zapie..dolu.
Więc zrobię inaczej: położę się spać, wstanę wcześnie, pojadę do biura. Ze świeżym umysłem dokończę, co trzeba – byle do 13:00. Byle zdążyć.
Jeszcze tylko cztery dni. Jeszcze tylko cztery. Azory czekają.
Musiałem wrócić – w piątek wieczorem była firmowa impreza na stadionie, a nie chciałem się tłumaczyć, dlaczego będąc niby na L4, wieczorem imprezuję i jestem królem parkietu. Zameldowałem się więc w biurze bez zapowiedzi a i nikt się mnie tam nie spodziewał. A jak już zorientowali się, że pracuję, to sypnęły się zadanka, prośby, problemy. Przyjmowałem je pokornie, z uśmiechem, wiedząc, że o 15:00 zamknę komputer i po prostu wyjdę.
Moje podejście do pracy… no cóż. Karygodne. Ale nikt na razie nie mówi ani słowa, więc będę jechał na oparach dobrej reputacji tak długo, jak się da.
Niedziela całe przedpołudnie na rowerze ponad 40 km. Słońce złapało mnie przez rękawki i nogawki, więc opalenizna wygląda przekomicznie paski jak u zebry. Ale jestem zadowolony, bo przewietrzyłem głowę i nie gniłem w domu.
Dziś wieczór z robotą – muszę przygotować coś dla szefa na wtorek. Pewnie zajmie mi to cały wieczór, ale dam radę, bo w sobotę za tydzień lecimy z koleżanką na Azory. Zostało tylko pięć dni pracy.
Napisałem rano do koleżanki z tej samej „fabryki”. Okazało się, że jej też chodził po głowie podobny pomysł i również wzięła dziś wolne. Spontanicznie się zebrałem, ubrałem i pojechałem do niej na kawę. Rozmowa, śmiech, cisza bez presji powiadomień, potem kolejna kawa – tym razem w Ikei. Zero myśli o pracy, zero potrzeby bycia „na bieżąco”. Był spacer, zakupy w warzywniaku, miałem czas posłuchać ulubionych podcastów, włączyłem sobie jakiś serial.
Coraz wyraźniej widzę, że coś trzeba zmienić. Albo projekt albo pracę – bo to, co teraz się dzieje, zwyczajnie mnie wykańcza. Gdybym spojrzał na to wszystko uczciwie, to wiem, że to przypomina próby pompowania dziurawego materaca. Niby coś się dzieje, ale efektu brak – tylko zmęczenie rośnie.
Nie wiem, co będzie jutro. Ale dziś, niczym Scarlett O’Hara, mówię sobie: „Pomyślę o tym jutro”. Bo dzisiaj po prostu nie mam do tego głowy i może to właśnie najlepszy sygnał, że coś wewnętrznie domaga się zmiany.
Obudziłem się wyjątkowo wcześnie — było około 3:30. Zamiast przewrócić się na drugi bok, w głowie pojawiła się myśl: A może… po prostu dziś nie pójdę do pracy? Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej ten pomysł zaczął nabierać sensu. Dawno nie brałem L4, a mówiąc uczciwie byłem po prostu zmęczony. Zmęczony tempem, zadaniami, terminami, nawet samą myślą o tym, co dziś „trzeba będzie ogarnąć”.
Co zaskakujące, bardzo szybko wstałem z łóżka. Odpaliłem komputer, napisałem krótki mail z informacją, że dziś mnie nie będzie ani jutro, ani, szczerze mówiąc, nie wiem jeszcze, kiedy wrócę. Kliknąłem „wyślij” i poczułem ulgę.
Położyłem się z powrotem i zasnąłem niemal natychmiast. Obudziłem się dopiero po dziesiątej — bez budzika, bez pośpiechu i bez stresu.
Nie zajrzałem do skrzynki, nie sprawdziłem maili, nic nie wydawało się być dziś istotne. Spotkania, deadline’y, prośby – wszystko to, co jeszcze wczoraj wydawało się „pilne”, dziś zeszło na dalszy plan. Nawet ból głowy, który zwykle towarzyszył mi od rana, zdawał się mówić, że to była dobra decyzja.l, że czasem po prostu trzeba się zatrzymać.
Nie wiem jeszcze, ile potrwa ten mój chwilowy reset, ale jedno wiem na pewno – warto czasem posłuchać siebie i warto wiedzieć, kiedy powiedzieć stop, zanim zrobi to za nas organizm.
Zainspirowany pomysłem koleżanki tj. pani dyrektor, postanowiłem wziąć udział w warsztatach kulinarnych w swoim rodzinnym mieście. Koleżanka zaintrygowała mnie, twierdząc że to świetny sposób na ciekawe spędzenie jednego dnia weekendu – z dobrą kuchnią, nowymi umiejętnościami i w dobrym towarzystwie. Propozycja dotyczyła warsztatów poświęconych owocom morza, co od razu mnie zainteresowało, bo to temat niełatwy, ale wyjątkowo smaczny i intrygujący.
Zajęcia odbywały się w niezwykłym miejscu, w odrestaurowanym, industrialnym budynku, który kiedyś pełnił funkcję miejskiej pralni. Stylowe ceglane surowe wnętrze, kameralna atmosfera i bardzo sprawna organizacja zrobiły duże wrażenie już od pierwszych minut. Uczestników było niewielu, gotowaliśmy w parach, a całość rozpoczęła się degustacją rozmaitych przystawek i kieliszkiem wina, co od razu zbudowało luźną, swobodną atmosferę.
Pierwszym daniem, które przygotowaliśmy, było ceviche czyli klasyk kuchni Ameryki Południowej, który miałem okazję sprobować w Chile i Peru, ale nigdy wcześniej nie przyrządzałem go samodzielnie. Okazało się, że jego przygotowanie jest prostsze, niż się wydaje a przy dobrej organizacji i odpowiednich składnikach, ceviche staje się świetną propozycją na szybkie, a jednocześnie efektowne danie, co skrupulatnie i szybko zanotowałem w pamięci.
Następnie przyszła kolej na ośmiornicę – dla wielu temat nieco onieśmielający, ale dzięki ex partnerowi kucharzowi z Włoch oraz doświadczonemu prowadzącemu szybko rozwialiśmy wątpliwości. Dowiedzieliśmy się m.in. jak czyścić ośmiornicę, jak dobierać przyprawy, na co zwracać uwagę przy jej zakupie i jak rozpoznać, czy produkt jest naprawdę dobrej jakości. Taka wiedza, której trudno szukać w internecie a przekazana z humorem i bardzo praktycznym niemalże łopatologiczny podejściem.
Na koniec frykasy – małże. Choć jadłem je wcześniej wiele razy, dopiero tu zrozumiałem, jak ważna jest świadomość przy ich przygotowywaniu od rozpoznania świeżości po techniki obróbki i ich serwowania. Warsztaty trwały cztery godziny, ale czas minął błyskawicznie wypełniony śmiechem, wymianą doświadczeń i mnóstwem praktycznej wiedzy.
Po zakończeniu każdy z uczestników otrzymał dyplom i pamiątkowe zdjęcie. A co najważniejsze wyszedłem z poczuciem, że naprawdę nauczyłem się czegoś wartościowego. Już w kolejnych dniach udało mi się odtworzyć część dań samodzielnie w domu – ośmiornicę i małże przygotowane na bazie wiedzy z warsztatów były nie tylko wybitnie smaczne, ale dały niesamowitą satysfakcję.
W trakcie spotkania pojawił się również pomysł udziału w kolejnych warsztatach – tym razem tematem będą „wyrafinowane śniadania dla osoby, która została na noc”. Zyski z tych zajęć zostaną przeznaczone na Kampanię Przeciwko Homofobii, co dodatkowo wzmocniło moje zaangażowanie. Osobiście mogę wspierać dzieci sieroty, bezdomnych, osoby z niepełnosprawnością, bezdomne zwierzęta, albinosów, kółko Nadal trzeba siusiać pod prysznicem, czy Spadające niedźwiedzie, Kolacje bez wieloryba, także Alicję, dziewczynę z owłosionym garbem czy Ekomakabrę.
Zdecydowanie przekonałem się do tego typu doświadczenia – bo gotowanie może być nie tylko obowiązkiem, ale też swoistą przygodą, pretekstem do poznawania nieznanych smaków i ludzi, a czasem przybrać formę małego weekendowego resetu.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.