Piątek piąteczek piątunio

Po co poszedłem do biura po takiej podróży – sam nie wiem. Może z poczucia obowiązku, może z wewnętrznej potrzeby, a może po prostu dlatego, że i tak miałem dentystę w centrum i musiałem się ruszyć z domu. Wrocławskie biuro przywitało mnie jak zwykle – hałasem, chaosem i niespodzianką.

Ledwo usiadłem, zawył alarm przeciwpożarowy. Cały budynek musieliśmy opuścić natychmiast, potem 30 minut stania pod chmurką, po czym wróciliśmy na górę. O 11 miałem interview z kandydatem – zdążyłem powiedzieć „cześć” i znowu alarm. Tym razem wyło jeszcze głośniej, bardziej rozpaczliwie. Przeprosiłem kandydata i zostawiłem go z koleżanką, która lepiej to przewidziała i prowadziła rozmowę zdalnie z domu.

Znowu ewakuacja, tym razem grubsza i dłuższa bo przyjechała straż pożarna i policja. Z nudów więc poszedłem kupić sobie lunch. Gdy wróciłem budynek był nadal zamknięty, ludzie snuli się w kółko, ktoś żartował, ktoś się wkurzał.

Dla żartu zapytałem, czy „ten ktoś już skoczył i czy wiemy, kiedy wrócimy do pracy” i tak oto, zupełnie niechcący, zostałem autorem nowej firmowej plotki. Wychodząc, słyszałem już gorące dyskusje czy to był błąd techniczny, czy faktycznie ktoś próbował skoczyć z dachu.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Londyn – ostatni dzień, czyli za późno, aby wcześniej wrócić

Z kumplem doszliśmy do jednego, bardzo gorzkiego wniosku: gdybyśmy wcześniej wiedzieli, jak będą wyglądać nasze spotkania w Londynie, spokojnie mogliśmy wrócić do Wrocławia już wczoraj. Ale bilety już opłacone, hotel zabukowany, więc zostaliśmy, bo przecież nic tak nie cieszy jak bezproduktywny dzień w biurze. Czwartek przywitał nas klasyczną, pocztówkową londyńską pogodą – depresją w płynie. Do pracy szliśmy w strugach deszczu. W biurze – pustki: zero znajomych twarzy, żadnych spotkań, żadnej kawy z ludźmi, tylko ja, moje tymczasowe biurko, zaległe maile i widok na Tower Bridge. Plan był prosty: byleby wytrzymać do południa i ruszyć na Heathrow.

Mój kolega nigdy nie leciał biznesem, a że mam słabość do niespodzianek i lubię sprawiać ludziom przyjemność, wykonałem szybki telefon. J. myślał, że żartuję, dopóki nie dostał karty pokładowej z magicznym napisem Business Class. Minę miał jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bezcenne.

Bez żalu pożegnaliśmy się z biurem, pociągiem dojechaliśmy do T2, szybki check-in, sama kontrola trwała moment i wreszcie – lotniskowy salonik. Kolega rzucił się na jedzenie jakby po tygodniu postu, a drinki lały się jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt stulecia.

Lot do Warszawy był spokojny, komfortowy, byliśmy w dobrych humorach i dobrze najedzeni. Dodatkowym bonusem była podróż z pewną znaną prezenterką TVN – co kolega skwitował wielkim „wow” i czym żył jeszcze do przesiadki. Na szczęście do Warszawy dolecieliśmy punktualnie i zdążyliśmy na ostatni odcinek podróży. Kolejne 40 minut lotu i w końcu w domu, do łóżka dotarłem tuż przed drugą w nocy. Budzik ustawiłem na 7:30. Bo przecież na 9:00 miałem być w biurze.

To był lekko absurdalny tydzień. Nie wiem, po co leciałem do Londynu. Wiem tylko, że miałem okazję przypomnieć sobie, jak bardzo cenię przewidywalność, konkret i spokój.

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

I jeszcze jedno – wspomnienie z biura

Z całego londyńskiego biura najbardziej zapamiętam… obrotowe drzwi. Serio. Działały perfekcyjnie – szybkie, płynne, bez zacięć. Jakby wiedziały, że mają robić jedno i tylko jedno: obracać się. Gdybym mógł, przeniósłbym je do naszego biura. Nie wiem, czy poprawiłyby produktywność, ale przynajmniej każdy poranek zaczynałby się od czegoś, co naprawdę działa.

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Środa – dzień znikających spotkań i jeszcze szybciej znikającej szefowej

Następny dzień zaczął się jak każdy inny: kawa, kalendarz pełen spotkań, plan działania. Szybko jednak okazało się, że nic nie pójdzie zgodnie z planem. Część spotkań się posypała, inne skrócono, a nasza szefowa po godzinie 11 po prostu… zniknęła. Bez słowa. Jakby wcisnęła „leave meeting” w rzeczywistości i teleportowała się gdzieś do innego wymiaru. Nie pojawiła się już do końca naszego pobytu.

Tematy, które przygotowaliśmy z nią na spotkania, zostały elegancko zamiecione pod dywan. Zamiast tego dział sprzedaży zaserwował nam patetyczne wystąpienie pełne „wizji”, „strategii” i innych pięknych słów, które nie znaczą wiele, ale brzmią dumnie. Potem przyszła kolej na Product team – ci poszli jeszcze szerzej, właściwie zaprojektowali nam nowy rok pracy.

Siedziałem na tych spotkaniach i walczyłem z mimiką. Czasem się udawało, czasem czułem, że oczy same mi się przewracają. Korpo bełkot działa na mnie coraz gorzej.

Co do mojej szefowej – przestałem próbować zrozumieć, o co jej chodzi. Albo jest zmęczona, albo wszyscy ją tam ignorują. W obu przypadkach wniosek ten sam – jestem ostatnim ogniwem w tym łańcuchu pokarmowym. Pracownik z „kolonii”, który przyjechał odwiedzić suwerena i dowiedzieć się, że nic od niego nie zależy, ale wszystko się na niego zwali.

Wieczorem pojechaliśmy na kolację do Battersea Power Station – modny kompleks z restauracjami, sklepami, barami, idealny na odreagowanie długiego dnia. Było zimne piwo, rozmowy i trochę śmiechu – tak jak trzeba.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

Londyn, dzień pierwszy i półtora

Po całym dniu na nogach, z pobudką o trzeciej nad ranem i głową ledwo trzymającą się na karku, ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, było piwo w pubie z kolegami z Londynu. Ale wiadomo – odmówić nie wypada. Obiecałem sobie jedno piwo, krótkie pitu pitu i szybki powrót do hotelu.

No cóż. Poszło trochę inaczej.

Zaczęło się sztywno – jak to zwykle bywa, kiedy ludzie z komunikatora nagle mają twarze, ręce i nogi. Ale z każdą kolejną minutą i łykiem robiło się lżej. Złapałem kontakt z ludźmi, z którymi od miesięcy pracuję zdalnie, i poczułem się trochę, jakbym trafił do firmowego przedszkola. Młodzi, pełni zapału, niedoświadczeni Australijczycy, którzy po krótkim epizodzie zawodowym na antypodach ruszyli na podbój Londynu – pewnie bardziej z potrzeby zmiany niż kariery. Przez chwilę pomyślałem: „co ja tu robię?”, ale wtedy przypomniałem sobie, że pierwsze piwo już za mną, a drugie właśnie się kończy. Uprzedzenia poszły więc precz.

Po spotkaniu poszliśmy z kumplem na pizzę – pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia. Smakowała jak obietnica lepszego jutra.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Londyn delegacyjnie — nieśpieszna opowieść zza biurka z widokiem na Tower

Spać położyłem się zdecydowanie za późno, a do tego nawet nie miałem do końca spakowanej walizki. Kiedy o 3:00 nad ranem zadzwonił budzik, czułem się jak zombie wyciągnięty z podrzędnego serialu klasy B. Półprzytomnie wrzucałem rzeczy do torby – głównie ciuchy i standardowy zestaw pt. „delegacja”: laptop, ładowarki, adaptery, paszport, powerbank, zapas nerwów.

Zamówiona wcześniej taksówka już czekała, gdy punktualnie gotowy zszedłem na dół. Lotnisko jak zwykle pełne ludzi uciekających tam, gdzie słońce świeci częściej niż w Polsce. Z kolegą spotkałem się dopiero przy boardingu – akurat, kiedy już wsiadaliśmy do samolotu.

Lecieliśmy najpierw do Wrocławia, potem do Londynu – cały lot przespałem jak dziecko. Nie wiem, jak to możliwe, ale w tej jednej sprawie organizm zadziałał wzorowo.

Mimo że mój wniosek ETA do UK został zaakceptowany, z tyłu głowy mialem taki lekki stresik: Może akurat mnie się przyczepią? Ale nie, wszystko przebiegło gładko. Paszport, uśmiech, „Welcome to the UK”.

Od ostatniej wizyty minęło ponad 7 lat. Trochę dziwnie, trochę znajomo – dobrze było znowu poczuć londyńskie tempo i zapach metra. Dojechaliśmy z lotniska do London Bridge Station w niecałą godzinę. Hotel tuż obok, bardzo wygodny, bez udziwnień – idealny na służbowy wypad. Ogarnąłem się szybko i ruszyliśmy do biura, akurat w porze lunchu.

Widok z okna – sztos. Biurko, komputer, kawa w kubku, a za szybą Tower i słynny londyński most. Taki tam przeciętny dzień w pracy.

Spotkania – powiedzmy, że bardziej towarzyskie niż merytoryczne. Dużo uśmiechów, przedstawiania się, uprzejmości i small talków. Taki networking bez konkretów – więcej formy niż treści. W końcu udało się usiąść i skupić na właściwej robocie. Trzeba było się spiąć, bo czasu nie zostało wiele, a zadania się same nie zrobią.

Co do szefowej… Nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Kobieta z Indii, w średnim wieku, wyglądała na osobę, której nikt tu szczególnie nie słucha, mówiąc wprost popychadło – raczej ktoś, na kogo zrzuca się wszystkie problemy, sprawy niewygodne i użeranie się z ludźmi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dylemat przywileju

W mojej obecnej pracy świat kręci się wokół dzieci – dosłownie. Na rozpoczęcie roku szkolnego – finansowa niespodzianka, na Mikołaja – paczka zastrzyk gotówkowy. Wakacje – dofinansowanie wczasów pod gruszą. Dzień Dziecka? Oczywiście – prezent i kolejny przelew. A na Święta – ekstra bony i dodatki, które potrafią naprawdę miło zaskoczyć. I nie mówimy tu o drobniakach – za każdym razem to zwykle kilkaset złotych ekstra. Ale jest jeden haczyk – to wszystko tylko dla rodziców.

Zgodnie z kodeksem pracy, rodzicom przysługują też dodatkowe dni urlopu, zwolenienie lekarskie – na opiekę nad dzieckiem. Kilkanaście dni w roku. A ja? Nie mam dzieci. Rodzicem nie jestem. Więc z tych wszystkich dobroci – nici. Co więcej, dokładam się do nich, nie dostając w zamian ani grosza.

Pewnego dnia, przy kawie, koleżanka szefowa HR w jednej z tych dużych, globalnych firm rzuciła żartem:
– Wiesz, zawsze możesz „zadeklarować się” jako rodzic, to nie jest tytuł, który ktoś może ci odebrać. Możesz być samotnym rodzicem, papierowym rodzicem, rodzicem w cieni, aktualnym partnerem czyjegoś ojca. Dopóki nie bierzesz dni na opiekę, nikt ci tego nie sprawdzi.

3 Komentarze

Dzień dziecka nie tylko dla dzieci

Dzień Dziecka to naprawdę genialny wynalazek. Niby święto dla najmłodszych, ale jak się dobrze zastanowić, to każdy z nas nosi w sobie to wewnętrzne, szalone, ciekawe świata dziecko. Zapominamy o tym, że życie bez dziecięcej radości, bez śmiania się z głupot, bez marzeń i ciągłego „a dlaczego i po co?” byłoby po proste nudne i nie do wytrzymania.

Więc może to dobry dzień, żeby sobie przypomnieć, że warto to dziecko w sobie pielęgnować. Chyba można być dorosłym, odpowiedzialnym, mieć kalendarz pełen spotkań i rachunki do zapłacenia, a jednocześnie cieszyć się z dmuchawców, lodów, drewnianego mamuta ślizgawki albo skakać przez kałuże bez powodu.

Dziś rano, punkt ósma, zadzwonił do mnie brat:
– Weźmiesz bratanicę do parku?
Odruchowo, półprzytomny, jeszcze przed poranną kawą z iPadem przed nosem, odpowiedziałem:
– Nie dam rady, mam prezentacje do skończenia.

Odłożyłem telefon… i coś mnie tknęło. Oddzwoniłem.
– Dobra, jadę.
Bo wiadomo – dziecko, park, słońce, rodzina. Tego się nie odkłada na potem.

Ciekawe tylko, co jutro powiedzą mi w pracy, jak usłyszą, że prezentacja nie powstała, bo musiałem iść pohuśtać się w parku. Ale co tam – wewnętrzne dziecko triumfuje.

3 Komentarze

Czasem największą wyprawą jest spokojny dzień z własnymi myślami i odrobiną nicnierobienia.

Dzisiaj planowałem po pierwsze – porządnie się wyspać, potem ogarnąć mieszkanie, zrobić zakupy i najważniejsze przywieźć sobie rower – przez kilka najbliższych dni nie będzie jak a mamy już prawie czerwiec. Obudziłem się wcześnie w myślach przeleciał mi ambitny plan… ale sama myśl o jeździe na drugi koniec miasta trochę mnie zniechęciła. Przysnąłem jeszcze na chwilę, a potem obudziłem się o ósmej z lekkim wyrzutem sumienia, że znowu sobota może przecieknąć mi przez palce.

Ale zebrałem się w sobie, zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i pojechałem po ten rower. A skoro już go miałem, postanowiłem trochę się przejechać – zrobiłem rundkę po mieście, złapałem trochę świeżego powietrza, a jak wróciłem to poszedłem na zakupy. Byłem w lekkim szoku, że to wszystko udało mi się załatwić przed jedenastą! 

Nie żebym był z siebie szczególnie dumny, ale naprawdę obawiałem się, że cały dzień przeminie mi na… niczym. Czasem podziwiam znajomych, którzy mają dzieci – wracają z pracy zmęczeni, a tu jeszcze odbiór z przedszkola, zajęcia dodatkowe, lekcje, kolacja, jakaś zabawa… Wyrzucam sobie że czasem nie znajduję czasu dla siebie, a co dopiero dla drugiej osoby.

Niby się znam, wiem że potrafię się dobrze zorganizować, ale są takie weekendy, kiedy czas po prostu ucieka mi niepostrzeżenie. I sam nie wiem, od czego to zależy. Może to ta iluzja bezkresnej wolności – im więcej mam czasu, tym bardziej się rozciąga, a każda rzecz zajmuje trzy razy dłużej niż zwykle. Zdarza się nawet, że cały dzień mija mi w łóżku, ale wtedy właśnie organizm mówi, że czasem trzeba odpuścić.

W południe wpadł kumpel na chwilę, a potem przygotowywałem sobie pyszny obiad – tagliatelle ze szparagami. Gotowanie idzie mi ostatnio naprawdę nieźle.

Wieczorem nie miałem ochoty nigdzie wychodzić. Impreza? Beach Bar? Nie tym razem. Czasem dobrze jest po prostu zostać w domu, złapać oddech i przypomnieć sobie, że nie wszystko musi kręcić się wokół barów i miejskiego zgiełku. 

Co prawda nie popracowałem dziś wcale, ale taki właśnie miał być ten dzień – spokojny, z odrobiną ruchu, dobrym jedzeniem i bez spiny. Jutro będę próbował zmobilizować się do pracy.

Opublikowano Brak kategorii | 3 Komentarze

Pink Martini – życie daje mi lekcję.

Nader często myślę o M. Wciąż czasami przychodzi do mnie we śnie – rozmawiamy, trochę się sprzeczamy, innym razem planujemy wspólne podróże albo razem coś zwiedzamy. Te sny mają w sobie coś znajomego, jakby czas cofnął się na chwilę.

Na początku maja poszedłem na koncert Pink Martini. To właśnie zespół, na którego koncert niemal 18 lat temu zaprosił mnie M. To był nasz pierwszy wspólny wieczór muzyczny wtedy, w Zurychu.

Prawie dwie dekady później bałem się bardzo i wzruszałem jednocześnie. Obawiałem się, że wszystko do mnie wróci – emocje, wspomnienia, tamten wieczór. A jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nuciłem pod nosem znajome melodie i naprawdę dobrze się bawiłem. To był piękny wieczór. Pełen wspomnień, ale też pewnego rodzaju nowego spokoju.

Czasem żałuję, że nauczyłem się karać ludzi ciszą. To coś, co wyniosłem z domu – taka cicha, ukryta forma złości, której nie rozumiałem jako dziecko. Dopiero jako dorosły rozumiem, jak bardzo może ranić ta pasywna forma agresji. I choć to niełatwe, staram się to w sobie zmienić, z większą wyrozumiałością dla siebie i innych.

Zaczynam rozumieć prawdziwy mechanizm tego co dzieje się wtedy naprawdę. Kiedy się odsuwasz, uczysz drugą osobę, jak żyć bez ciebie. I to nie zemsta ani dramat – to po prostu życie, które nie znosi pustki.

Wiele osób myśli: Ona/on pewnie tęskni, cierpi, czeka, aż wrócę, ale prawda jest taka, że zamiast się łamać, ona czy on powoli się uczy. Odkrywa, że potrafi być silny. Że potrafi znaleźć spokój w sobie i krok po kroku zaczyna rozumieć, że jej czy jego szczęście nie może zależeć od kogoś innego.

Piękna, choć trudna lekcja. Bo każdego dnia, kiedy nie ma cię obok, ona/on buduje nowe życie, cichutko, bez krzyku, po swojemu.

Mogę myśleć, że milczenie kogoś zatrzyma, ale ono tylko pokazuje komuś, jak iść dalej. A w końcu naprawdę pójdzie. I kiedy zrozumiesz, co miałeś jest już za późno.

Dlatego nie odkładaj na później czułości, obecności i szacunku. Jeśli kogoś kochasz, okaż to. Nie tylko słowami – przede wszystkim obecnością. Bo czasem najcenniejsze rzeczy w życiu odchodzą, kiedy myślimy, że zawsze będą.

Opublikowano Mądrości | Otagowano , | 3 Komentarze