Po co poszedłem do biura po takiej podróży – sam nie wiem. Może z poczucia obowiązku, może z wewnętrznej potrzeby, a może po prostu dlatego, że i tak miałem dentystę w centrum i musiałem się ruszyć z domu. Wrocławskie biuro przywitało mnie jak zwykle – hałasem, chaosem i niespodzianką.
Ledwo usiadłem, zawył alarm przeciwpożarowy. Cały budynek musieliśmy opuścić natychmiast, potem 30 minut stania pod chmurką, po czym wróciliśmy na górę. O 11 miałem interview z kandydatem – zdążyłem powiedzieć „cześć” i znowu alarm. Tym razem wyło jeszcze głośniej, bardziej rozpaczliwie. Przeprosiłem kandydata i zostawiłem go z koleżanką, która lepiej to przewidziała i prowadziła rozmowę zdalnie z domu.
Znowu ewakuacja, tym razem grubsza i dłuższa bo przyjechała straż pożarna i policja. Z nudów więc poszedłem kupić sobie lunch. Gdy wróciłem budynek był nadal zamknięty, ludzie snuli się w kółko, ktoś żartował, ktoś się wkurzał.
Dla żartu zapytałem, czy „ten ktoś już skoczył i czy wiemy, kiedy wrócimy do pracy” i tak oto, zupełnie niechcący, zostałem autorem nowej firmowej plotki. Wychodząc, słyszałem już gorące dyskusje czy to był błąd techniczny, czy faktycznie ktoś próbował skoczyć z dachu.




























Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.