Matko, ile ja wracałem z tych Azorów, Portugalia niby blisko, ale z dwiema przesiadkami miałem wrażenie, że ta podróż nie ma końca, 20 godzin mi zeszło. Najgorsze było nie samo latanie, ale te przerwy między lotami – dłuższe niż same przeloty, najpierw Lizbona, potem Frankfurt. Niby lotniska międzynarodowe, cywilizacja, ale ledwo zdążyłem coś zjeść. W zasadzie jakbym nie zjadł tam czegoś na szybko, to po powrocie umarłbym z głodu, bo w lodówce w domu pustka jakby po wojnie.
Jedyny plus w tej sytuacji był taki, że się wyspałem w samolocie, zadziałało to że byłem kompletnie wyczerpany. Wróciłem do domu grubo po pierwszej w nocy, ale mimo to włączyłem jeszcze pranie, rozpakowałem walizkę i dopiero wtedy padłem na łóżko.
A na koniec oczywiście, popełniłem błąd – sprawdziłem maile. Nie wiem, co mnie podkusiło, bo po powrocie z Azorów, ostatnie, co powinienem robić, to zaglądać do służbowej skrzynki. Ale zajrzałem i teraz już wiem, co czeka mnie w pracy. Trochę się przeraziłem, ale też jakoś dziwnie mnie to nie ruszyło.
Rano, wbrew rozsądkowi czy lenistwu, wskoczyłem na rower. Warto było trochę przewietrzyć głowę, rozruszać nogi po tylu godzinach siedzenia. Zrobiłem pętlę wokół Wrocławia, wróciłem, a o trzynastej już byłem w restauracji na rodzinnym obiedzie. To też było bardzo przyjemne, bo w miarę ciepło, normalnie, domowo.






































































































































































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.