Poniedziałek. Godzina 7:00. Biuro. Sam w to nie wierzyłem, ale pojawiłem się punkt siódma. Wziąłem taksówkę, żeby być wcześniej – i byłem pierwszy. Z wątpliwą dumą zapalałem światło. To nie zdarza się często.
Zrobiłem sobie kawy, przyniosłem wodę, odpaliłem komputer. Skrzynka – 61 maili do odpisania, z weekendu, z piątkowego wieczoru. I spam. W normalnych warunkach by mnie to nie przerażało, ale dzień był już zapchany spotkaniami – jedne krótkie, inne długie, niektóre kompletnie bez sensu, ale obecność obowiązkowa. Bo trzeba, bo tak działa ten świat.
Wyglądałem, jakbym cały weekend zapieprzał na budowie – opalone na czerwono ręce i czoło, ale miałem to gdzieś. Siedziałem skupiony jak snajper i tłukłem odpowiedzi, ogarniałem zaległości i nowe wątki, które zaczęły się sypać już po dziewiątej. Przez chwilę naiwnie myślałem, że się uda.
O 13:00 zrobiłem sobie przerwę na lunch. Po powrocie – dalej stukałem jak dzięcioł w klawiaturę, nie miałem nawet czasu, żeby pójść do toalety.
Planowałem wyjść o 15:00. Wyszedłem po 16:00 i tak nie zrobiłem wszystkiego.
Najgorsze, że jutro mam spotkanie z dyrektorem – mam przedstawić analizy, do których mnie przypisali, a jestem w du..e tzn. w połowie. Jest 23:30, padam na twarz. Ostatnia rzecz, na którą mam siłę, to przeklikiwanie tabelek w excelu. Kultura zapie..dolu.
Więc zrobię inaczej: położę się spać, wstanę wcześnie, pojadę do biura. Ze świeżym umysłem dokończę, co trzeba – byle do 13:00. Byle zdążyć.
Jeszcze tylko cztery dni. Jeszcze tylko cztery. Azory czekają.
Musiałem wrócić – w piątek wieczorem była firmowa impreza na stadionie, a nie chciałem się tłumaczyć, dlaczego będąc niby na L4, wieczorem imprezuję i jestem królem parkietu. Zameldowałem się więc w biurze bez zapowiedzi a i nikt się mnie tam nie spodziewał. A jak już zorientowali się, że pracuję, to sypnęły się zadanka, prośby, problemy. Przyjmowałem je pokornie, z uśmiechem, wiedząc, że o 15:00 zamknę komputer i po prostu wyjdę.
Moje podejście do pracy… no cóż. Karygodne. Ale nikt na razie nie mówi ani słowa, więc będę jechał na oparach dobrej reputacji tak długo, jak się da.
Niedziela całe przedpołudnie na rowerze ponad 40 km. Słońce złapało mnie przez rękawki i nogawki, więc opalenizna wygląda przekomicznie paski jak u zebry. Ale jestem zadowolony, bo przewietrzyłem głowę i nie gniłem w domu.
Dziś wieczór z robotą – muszę przygotować coś dla szefa na wtorek. Pewnie zajmie mi to cały wieczór, ale dam radę, bo w sobotę za tydzień lecimy z koleżanką na Azory. Zostało tylko pięć dni pracy.
Napisałem rano do koleżanki z tej samej „fabryki”. Okazało się, że jej też chodził po głowie podobny pomysł i również wzięła dziś wolne. Spontanicznie się zebrałem, ubrałem i pojechałem do niej na kawę. Rozmowa, śmiech, cisza bez presji powiadomień, potem kolejna kawa – tym razem w Ikei. Zero myśli o pracy, zero potrzeby bycia „na bieżąco”. Był spacer, zakupy w warzywniaku, miałem czas posłuchać ulubionych podcastów, włączyłem sobie jakiś serial.
Coraz wyraźniej widzę, że coś trzeba zmienić. Albo projekt albo pracę – bo to, co teraz się dzieje, zwyczajnie mnie wykańcza. Gdybym spojrzał na to wszystko uczciwie, to wiem, że to przypomina próby pompowania dziurawego materaca. Niby coś się dzieje, ale efektu brak – tylko zmęczenie rośnie.
Nie wiem, co będzie jutro. Ale dziś, niczym Scarlett O’Hara, mówię sobie: „Pomyślę o tym jutro”. Bo dzisiaj po prostu nie mam do tego głowy i może to właśnie najlepszy sygnał, że coś wewnętrznie domaga się zmiany.
Obudziłem się wyjątkowo wcześnie — było około 3:30. Zamiast przewrócić się na drugi bok, w głowie pojawiła się myśl: A może… po prostu dziś nie pójdę do pracy? Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej ten pomysł zaczął nabierać sensu. Dawno nie brałem L4, a mówiąc uczciwie byłem po prostu zmęczony. Zmęczony tempem, zadaniami, terminami, nawet samą myślą o tym, co dziś „trzeba będzie ogarnąć”.
Co zaskakujące, bardzo szybko wstałem z łóżka. Odpaliłem komputer, napisałem krótki mail z informacją, że dziś mnie nie będzie ani jutro, ani, szczerze mówiąc, nie wiem jeszcze, kiedy wrócę. Kliknąłem „wyślij” i poczułem ulgę.
Położyłem się z powrotem i zasnąłem niemal natychmiast. Obudziłem się dopiero po dziesiątej — bez budzika, bez pośpiechu i bez stresu.
Nie zajrzałem do skrzynki, nie sprawdziłem maili, nic nie wydawało się być dziś istotne. Spotkania, deadline’y, prośby – wszystko to, co jeszcze wczoraj wydawało się „pilne”, dziś zeszło na dalszy plan. Nawet ból głowy, który zwykle towarzyszył mi od rana, zdawał się mówić, że to była dobra decyzja.l, że czasem po prostu trzeba się zatrzymać.
Nie wiem jeszcze, ile potrwa ten mój chwilowy reset, ale jedno wiem na pewno – warto czasem posłuchać siebie i warto wiedzieć, kiedy powiedzieć stop, zanim zrobi to za nas organizm.
Zainspirowany pomysłem koleżanki tj. pani dyrektor, postanowiłem wziąć udział w warsztatach kulinarnych w swoim rodzinnym mieście. Koleżanka zaintrygowała mnie, twierdząc że to świetny sposób na ciekawe spędzenie jednego dnia weekendu – z dobrą kuchnią, nowymi umiejętnościami i w dobrym towarzystwie. Propozycja dotyczyła warsztatów poświęconych owocom morza, co od razu mnie zainteresowało, bo to temat niełatwy, ale wyjątkowo smaczny i intrygujący.
Zajęcia odbywały się w niezwykłym miejscu, w odrestaurowanym, industrialnym budynku, który kiedyś pełnił funkcję miejskiej pralni. Stylowe ceglane surowe wnętrze, kameralna atmosfera i bardzo sprawna organizacja zrobiły duże wrażenie już od pierwszych minut. Uczestników było niewielu, gotowaliśmy w parach, a całość rozpoczęła się degustacją rozmaitych przystawek i kieliszkiem wina, co od razu zbudowało luźną, swobodną atmosferę.
Pierwszym daniem, które przygotowaliśmy, było ceviche czyli klasyk kuchni Ameryki Południowej, który miałem okazję sprobować w Chile i Peru, ale nigdy wcześniej nie przyrządzałem go samodzielnie. Okazało się, że jego przygotowanie jest prostsze, niż się wydaje a przy dobrej organizacji i odpowiednich składnikach, ceviche staje się świetną propozycją na szybkie, a jednocześnie efektowne danie, co skrupulatnie i szybko zanotowałem w pamięci.
Następnie przyszła kolej na ośmiornicę – dla wielu temat nieco onieśmielający, ale dzięki ex partnerowi kucharzowi z Włoch oraz doświadczonemu prowadzącemu szybko rozwialiśmy wątpliwości. Dowiedzieliśmy się m.in. jak czyścić ośmiornicę, jak dobierać przyprawy, na co zwracać uwagę przy jej zakupie i jak rozpoznać, czy produkt jest naprawdę dobrej jakości. Taka wiedza, której trudno szukać w internecie a przekazana z humorem i bardzo praktycznym niemalże łopatologiczny podejściem.
Na koniec frykasy – małże. Choć jadłem je wcześniej wiele razy, dopiero tu zrozumiałem, jak ważna jest świadomość przy ich przygotowywaniu od rozpoznania świeżości po techniki obróbki i ich serwowania. Warsztaty trwały cztery godziny, ale czas minął błyskawicznie wypełniony śmiechem, wymianą doświadczeń i mnóstwem praktycznej wiedzy.
Po zakończeniu każdy z uczestników otrzymał dyplom i pamiątkowe zdjęcie. A co najważniejsze wyszedłem z poczuciem, że naprawdę nauczyłem się czegoś wartościowego. Już w kolejnych dniach udało mi się odtworzyć część dań samodzielnie w domu – ośmiornicę i małże przygotowane na bazie wiedzy z warsztatów były nie tylko wybitnie smaczne, ale dały niesamowitą satysfakcję.
W trakcie spotkania pojawił się również pomysł udziału w kolejnych warsztatach – tym razem tematem będą „wyrafinowane śniadania dla osoby, która została na noc”. Zyski z tych zajęć zostaną przeznaczone na Kampanię Przeciwko Homofobii, co dodatkowo wzmocniło moje zaangażowanie. Osobiście mogę wspierać dzieci sieroty, bezdomnych, osoby z niepełnosprawnością, bezdomne zwierzęta, albinosów, kółko Nadal trzeba siusiać pod prysznicem, czy Spadające niedźwiedzie, Kolacje bez wieloryba, także Alicję, dziewczynę z owłosionym garbem czy Ekomakabrę.
Zdecydowanie przekonałem się do tego typu doświadczenia – bo gotowanie może być nie tylko obowiązkiem, ale też swoistą przygodą, pretekstem do poznawania nieznanych smaków i ludzi, a czasem przybrać formę małego weekendowego resetu.
Po co poszedłem do biura po takiej podróży – sam nie wiem. Może z poczucia obowiązku, może z wewnętrznej potrzeby, a może po prostu dlatego, że i tak miałem dentystę w centrum i musiałem się ruszyć z domu. Wrocławskie biuro przywitało mnie jak zwykle – hałasem, chaosem i niespodzianką.
Ledwo usiadłem, zawył alarm przeciwpożarowy. Cały budynek musieliśmy opuścić natychmiast, potem 30 minut stania pod chmurką, po czym wróciliśmy na górę. O 11 miałem interview z kandydatem – zdążyłem powiedzieć „cześć” i znowu alarm. Tym razem wyło jeszcze głośniej, bardziej rozpaczliwie. Przeprosiłem kandydata i zostawiłem go z koleżanką, która lepiej to przewidziała i prowadziła rozmowę zdalnie z domu.
Znowu ewakuacja, tym razem grubsza i dłuższa bo przyjechała straż pożarna i policja. Z nudów więc poszedłem kupić sobie lunch. Gdy wróciłem budynek był nadal zamknięty, ludzie snuli się w kółko, ktoś żartował, ktoś się wkurzał.
Dla żartu zapytałem, czy „ten ktoś już skoczył i czy wiemy, kiedy wrócimy do pracy” i tak oto, zupełnie niechcący, zostałem autorem nowej firmowej plotki. Wychodząc, słyszałem już gorące dyskusje czy to był błąd techniczny, czy faktycznie ktoś próbował skoczyć z dachu.
Z kumplem doszliśmy do jednego, bardzo gorzkiego wniosku: gdybyśmy wcześniej wiedzieli, jak będą wyglądać nasze spotkania w Londynie, spokojnie mogliśmy wrócić do Wrocławia już wczoraj. Ale bilety już opłacone, hotel zabukowany, więc zostaliśmy, bo przecież nic tak nie cieszy jak bezproduktywny dzień w biurze. Czwartek przywitał nas klasyczną, pocztówkową londyńską pogodą – depresją w płynie. Do pracy szliśmy w strugach deszczu. W biurze – pustki: zero znajomych twarzy, żadnych spotkań, żadnej kawy z ludźmi, tylko ja, moje tymczasowe biurko, zaległe maile i widok na Tower Bridge. Plan był prosty: byleby wytrzymać do południa i ruszyć na Heathrow.
Mój kolega nigdy nie leciał biznesem, a że mam słabość do niespodzianek i lubię sprawiać ludziom przyjemność, wykonałem szybki telefon. J. myślał, że żartuję, dopóki nie dostał karty pokładowej z magicznym napisem Business Class. Minę miał jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bezcenne.
Bez żalu pożegnaliśmy się z biurem, pociągiem dojechaliśmy do T2, szybki check-in, sama kontrola trwała moment i wreszcie – lotniskowy salonik. Kolega rzucił się na jedzenie jakby po tygodniu postu, a drinki lały się jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt stulecia.
Lot do Warszawy był spokojny, komfortowy, byliśmy w dobrych humorach i dobrze najedzeni. Dodatkowym bonusem była podróż z pewną znaną prezenterką TVN – co kolega skwitował wielkim „wow” i czym żył jeszcze do przesiadki. Na szczęście do Warszawy dolecieliśmy punktualnie i zdążyliśmy na ostatni odcinek podróży. Kolejne 40 minut lotu i w końcu w domu, do łóżka dotarłem tuż przed drugą w nocy. Budzik ustawiłem na 7:30. Bo przecież na 9:00 miałem być w biurze.
To był lekko absurdalny tydzień. Nie wiem, po co leciałem do Londynu. Wiem tylko, że miałem okazję przypomnieć sobie, jak bardzo cenię przewidywalność, konkret i spokój.
Z całego londyńskiego biura najbardziej zapamiętam… obrotowe drzwi. Serio. Działały perfekcyjnie – szybkie, płynne, bez zacięć. Jakby wiedziały, że mają robić jedno i tylko jedno: obracać się. Gdybym mógł, przeniósłbym je do naszego biura. Nie wiem, czy poprawiłyby produktywność, ale przynajmniej każdy poranek zaczynałby się od czegoś, co naprawdę działa.
Następny dzień zaczął się jak każdy inny: kawa, kalendarz pełen spotkań, plan działania. Szybko jednak okazało się, że nic nie pójdzie zgodnie z planem. Część spotkań się posypała, inne skrócono, a nasza szefowa po godzinie 11 po prostu… zniknęła. Bez słowa. Jakby wcisnęła „leave meeting” w rzeczywistości i teleportowała się gdzieś do innego wymiaru. Nie pojawiła się już do końca naszego pobytu.
Tematy, które przygotowaliśmy z nią na spotkania, zostały elegancko zamiecione pod dywan. Zamiast tego dział sprzedaży zaserwował nam patetyczne wystąpienie pełne „wizji”, „strategii” i innych pięknych słów, które nie znaczą wiele, ale brzmią dumnie. Potem przyszła kolej na Product team – ci poszli jeszcze szerzej, właściwie zaprojektowali nam nowy rok pracy.
Siedziałem na tych spotkaniach i walczyłem z mimiką. Czasem się udawało, czasem czułem, że oczy same mi się przewracają. Korpo bełkot działa na mnie coraz gorzej.
Co do mojej szefowej – przestałem próbować zrozumieć, o co jej chodzi. Albo jest zmęczona, albo wszyscy ją tam ignorują. W obu przypadkach wniosek ten sam – jestem ostatnim ogniwem w tym łańcuchu pokarmowym. Pracownik z „kolonii”, który przyjechał odwiedzić suwerena i dowiedzieć się, że nic od niego nie zależy, ale wszystko się na niego zwali.
Wieczorem pojechaliśmy na kolację do Battersea Power Station – modny kompleks z restauracjami, sklepami, barami, idealny na odreagowanie długiego dnia. Było zimne piwo, rozmowy i trochę śmiechu – tak jak trzeba.
Po całym dniu na nogach, z pobudką o trzeciej nad ranem i głową ledwo trzymającą się na karku, ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, było piwo w pubie z kolegami z Londynu. Ale wiadomo – odmówić nie wypada. Obiecałem sobie jedno piwo, krótkie pitu pitu i szybki powrót do hotelu.
No cóż. Poszło trochę inaczej.
Zaczęło się sztywno – jak to zwykle bywa, kiedy ludzie z komunikatora nagle mają twarze, ręce i nogi. Ale z każdą kolejną minutą i łykiem robiło się lżej. Złapałem kontakt z ludźmi, z którymi od miesięcy pracuję zdalnie, i poczułem się trochę, jakbym trafił do firmowego przedszkola. Młodzi, pełni zapału, niedoświadczeni Australijczycy, którzy po krótkim epizodzie zawodowym na antypodach ruszyli na podbój Londynu – pewnie bardziej z potrzeby zmiany niż kariery. Przez chwilę pomyślałem: „co ja tu robię?”, ale wtedy przypomniałem sobie, że pierwsze piwo już za mną, a drugie właśnie się kończy. Uprzedzenia poszły więc precz.
Po spotkaniu poszliśmy z kumplem na pizzę – pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia. Smakowała jak obietnica lepszego jutra.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.