Chiwa  – czyli co za rozkosz

Chiwa to prawdziwa perełka! Już od pierwszych chwil po przyjeździe poczuliśmy, że trafiliśmy w miejsce wyjątkowe – ledwo rzuciliśmy bagaże w hotelu (położonym tuż przy południowym wejściu do cytadeli), a już pędziliśmy na spotkanie z zamierzchłą historią. Dobrze, że trafiliśmy tu teraz w kwietniu – latem temperatura potrafi sięgnąć nawet 50 stopni. Dzień zaczęliśmy od pysznego lunchu w lokalnej restauracji, gdzie czekały na nas aromatyczne dania kuchni uzbeckiej i lokalne orzeźwiające zimne piwo – w sam raz, bo słońce nie miało litości.

Widok Chiwy zachwyca od pierwszego spojrzenia – wysokie, ceglane mury twierdzy skrywają niesamowicie dobrze zachowany świat dawnego imperium. Niegdyś jeden z głównych punktów Jedwabnego Szlaku, Chiwa była zarówno bezpieczną przystanią dla zmęczonych podróżników, jak i miejscem owianym legendą – pełnym tajemnic i historii, które dziś można odkrywać bez końca. Wszystko, co najcenniejsze w Chiwie, mieści się wewnątrz jej serca – cytadeli Itchan Kala. To jak muzeum pod gołym niebem – ponad 60 zabytków: meczety, pałace, muzea, warsztaty i sklepy. Już przy wejściu witają cię uliczne stoiska – barwne czapki z owczej skóry, kobiety sprzedające tradycyjne płaszcze i rzemieślnicy pochylający się nad misternymi dziełami sztuki. Wszystko tętni życiem, kolorami i zapachem przeszłości.

Chiwa, wraz z Bucharą i Samarkandą, tworzy magiczny trójkąt Jedwabnego Szlaku. Ale tylko tu można się poczuć, jakby czas się zatrzymał. Spacerując po Itchan Kala, czułem się jak odkrywca – za każdym rogiem czekało coś nowego: pałac ozdobiony turkusowymi kafelkami, meczet wsparty na dziesiątkach drewnianych kolumn, czy uroczy warsztat, w którym ktoś właśnie tkał dywan albo formował gliniane naczynie. Nie sposób się tu zgubić, choć warto próbować – ciasne uliczki raz po raz prowadzą do uroczych placów, a każdy zakręt to zaproszenie do przygody. I choć Itchan Kala ma aż 26 hektarów, spaceruje się po niej z lekkością. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć widoków był Kalta Minor – niedokończony minaret, wyglądający jak turkusowa wieża z bajki, błyszcząca w słońcu jak klejnot.

Wieczór to była moja ulubiona pora w Chiwie. Słońce powoli chowało się za horyzont, zalewając miasto złotym światłem. I był to spektakl. Nie tylko widok na stare mury, ale też cała panorama pustyni w ciepłych barwach różu, pomarańczy i bursztynu.

Gdy większość turystów zniknęła, Chiwa zaczęła oddychać inaczej. Wróciłem wtedy sam na uliczki starego miasta, by wsłuchać się w jego rytm. Wokół dzieci bawiły się w chowanego, lokalne rodziny spacerowały powoli, ciesząc się chłodniejszym powietrzem, a ja chłonąłem atmosferę jak zaczarowany. Minarety, kopuły, mozaiki z ręcznie malowanych kafli – wszystko w turkusach i piaskowych odcieniach. Wtedy zrozumiałem: jestem naprawdę na Jedwabnym Szlaku. W miejscu, które przetrwało wieki i które dziś nadal opowiada swoje historie. Chiwa to nie tylko zabytek – to podróż w czasie, do świata dawnych karawan, opowieści i niezwykłych spotkań. I trudno nie zakochać się w niej od pierwszego kroku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Daszoguz – Khiva

Rano zszedłem jeszcze na śniadanie – bardzo skromne, ale coś tam było: trochę chleba, jajko, ser i warzywa w wersji minimalistycznej – ogórek i pomidor bez większych emocji. Kawa rozpuszczalna, więc nawet nie spojrzałem – zostawiłem sobie miejsce na przygodę, nie na kofeinę.

Wczorajsza kolacja w hotelu również nie była kulinarnym odkryciem, ale cóż – w Daszoguz nie uświadczysz taksówek, a komunikacja miejska działa na zasadzie “może będzie, może nie”, więc zostaliśmy przy opcji najłatwiejszej: jedzenie hotelowe.

Przed opuszczeniem miasta zahaczyliśmy jeszcze o lokalny bazar – miejsce pełne barw, zapachów i uśmiechów. Miałem tam okazję odkurzyć mój rosyjski – po angielsku raczej niczego się tu nie załatwi, ale na szczęście gesty, uśmiech i trochę dawno nieużywanych słów wystarczyły. Panie ze złotymi zębami kiwając głowami w takt rozmowy, obdarzały nas szczerymi, szerokimi uśmiechami – widoki bezcenne.

Do granicy z Uzbekistanem dotarliśmy szybko. Czekała na nas tam swoista przygoda biurokratyczna – wypakowanie bagaży, przejście przez kilka bram, formularz wyjazdowy po turkmeńsku, kontrola paszportowa i w końcu – upragniona pieczątka wyjazdowa. Potem chwila oczekiwania na legendarny już radziecki busik, który miał nas miał przewieźć przez pas ziemi niczyjej – wehikuł czasu na kółkach, który dzielnie dowiózł nas do bram Uzbekistanu.

Po drugiej stronie wszystko poszło sprawnie – szybka kontrola, bez zaglądania do bagaży. Wsiadłem do autokaru, który czekał na nas po uzbeckiej stronie, z ulgą, uśmiechem i ekscytacją na dalszy ciąg podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Derwaza – Daszoguz

Tego wieczoru zasnęło mi się błyskawicznie – zapomniałem o prysznicu i wieczornej toalecie, zresztą w tej jurcie i tak nie było na to warunków. Prosto urządzone wnętrze miało swój urok, ale prawda jest taka, że po butelce lokalnej wódki za 30 manatów nie zwracałem zbytniej uwagi na detale.

Noc była chłodna – mnie co prawda tylko trochę zmroziło, ale reszta ekipy szczękała zębami z zimna. Rano bez zbędnego ceremoniału ruszyłem na śniadanie – zęby i prysznic musiały poczekać, bo przed nami był kolejny odcinek pustynnej przygody. Zabraliśmy plecaki do samochodów i obraliśmy kierunek na Dashoguz.

To był już kolejny dzień całkowitego odłączenia od internetu – i powiem szczerze, ten cyfrowy detoks zdziałał cuda.

Trasa do Dashoguz lokalnymi drogami była jeszcze bardziej hardkorowa niż poprzednia – mimo że poruszaliśmy się terenówkami, podskakiwaliśmy jak piłeczki, a samochody tańczyły na dziurach i koleinach. Te ostatnie to ponoć efekt ekstremalnych temperatur i ciężkich transportów, które regularnie przemierzają ten teren. Cudem nikt nie dostał choroby lokomocyjnej – choć ja kilka razy przywaliłem głową w sufit.

Na lunch zatrzymaliśmy się przy przydrożnym barze – lekkie pielmieni weszły we mnie idealnie, bo przed nami wciąż było jeszcze sporo kilometrów.

Po drodze odwiedziliśmy Kunya Urgench – stanowisko archeologiczne pod patronatem UNESCO. Ale warto było – to miejsce, położone na Jedwabnym Szlaku, kiedyś tętniło życiem jako ważny przystanek dla karawan z Mongolii, Chin i znad Wołgi. Było centrum wiedzy i kultury w Azji Środkowej – dziś pozostały po nim ruiny, które wciąż robią wrażenie.

Zapomniałem posmarować twarzy kremem i słońce szybko mi o tym przypomniało.

Przed 18:00 dotarliśmy w końcu do Dashoguz – trzeciego największego miasta Turkmenistanu, tuż przy granicy z Uzbekistanem. I choć sama droga była wyzwaniem, świadomość, że dziś śpię w hotelu i mogę wziąć prysznic, działała jak nagroda za wytrwałość.

Hotel z zewnątrz wyglądał imponująco – monumentalny budynek robił wrażenie. Niestety, tylko z zewnątrz. W środku rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania: nie dało się wymienić pieniędzy, bar był zamknięty, restauracja miała tylko kilka dań z karty, internetu brak, basen bez wody, a numery pokoi nijak miały się do pięter. Za to same pokoje wyglądały jak królewskie apartamenty – gdyby nie to, że potrzebowały porządnego sprzątania.

Ale nie szkodzi – i tak najważniejsze było to, że w końcu mogłem zmyć z siebie pustynny kurz i dwa dni pełne wrażeń.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – Derwaza

Spałem krótko, bo w moim pokoju zaczął unosić się zapach papierosów – wygląda na to, że wentylacja postanowiła zabrać mnie na małą wycieczkę po aromatach sąsiednich pokoi. Ale to tylko dodało „uroku” temu miejscu – każdy hotel ma swoją historię, prawda?

Nasza podróż przez pustynię to była prawdziwą przygodą! Droga pełna niespodzianek i wybojów – jak rollercoaster w sercu pustyni. Po drodze minęliśmy jeden śmiertelny wypadek, niektórym członkom naszej ekipy mocne wrażenia dały się we znaki, w jednym aucie komuś zrobiło się niedobrze, w trzecim pękła opona. Ale to wszystko tylko podkręcało atmosferę tej wyprawy.

Śmieją się ze mnie, że mam supermoc – potrafię zasnąć absolutnie wszędzie: stojąc, siedząc, na prostych odcinkach i na wyboistych trasach przypominających tor przeszkód. Może i śmieszne, ale w takich warunkach to naprawdę dar od losu.

Cała nasza ekipa nie może się nadziwić, że tutaj – w kraju muzułmańskim – litr wódki kosztuje mniej niż 2 dolary. Świat potrafi zaskakiwać na każdym kroku!

Droga wiodła przez sypki piasek, który dodawał naszej trasie dzikiego charakteru. Pod koniec dnia dotarliśmy do niezwykłego miejsca – maleńkiej osady Derwaza, zaledwie kilka jurt pośrodku niczego… ale za to z jednym z najbardziej fascynujących widoków w całym kraju.

Na horyzoncie zaczęła się tlić pomarańczowo-czerwona łuna, jakby słońce zdecydowało się zajrzeć jeszcze raz na chwilę – a kiedy podeszliśmy bliżej, naszym oczom ukazał się ogromny, ognisty krater. „Wrota Piekieł” – miejsce, które wygląda jak żywy wulkan, ale powstało w wyniku ludzkiej działalności. Podczas poszukiwań gazu ziemnego natrafiono tu na podziemne komory wypełnione cennym surowcem. Ziemia się zapadła, tworząc gigantyczny lej o średnicy 70 metrów i głębokości 40 metrów.

Aby zapobiec wydostawaniu się gazu do atmosfery, Ruskie zdecydowali się go… podpalić. Zakładano, że ogień zgaśnie po kilku dniach. Minęło jednak ponad 40 lat, a płomienie wciąż tańczą na dnie krateru, roztaczając niesamowite, niemal nierzeczywiste widowisko. Gorąco bije od niego jak z pieca, powietrze drży, a my stoimy zauroczeni – to miejsce naprawdę wygląda jak brama do innego świata.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – dzień 2

Aszchabad to miasto, które dosłownie powstało z gruzów. W latach 40. ogromne trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni ziemi jego wcześniejsze wcielenie, ale miasto się nie poddało – odrodziło się nowoczesne, pełne kontrastów i niespodzianek. 

Spacerując po Aszchabadzie, nie sposób nie zauważyć jego radzieckiej duszy – monumentalne place, Łuk Neutralności, Lenin na pomniku i szerokie aleje przypominają o czasach, które – choć minione – wciąż są obecne w miejskim krajobrazie. Ale nie brakuje tu też meczetów, kolorowych galerii i zadbanych ogrodów, które wnoszą do tej marmurowej opowieści nieco życia i barw. Wszystko zrobione z rozmachem – tu nawet skromny plac wygląda jak miejsce parady wojskowej.

Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą duszę Turkmenistanu, musisz ruszyć poza stolicę – tam, gdzie pustynia Kara-Kum spotyka się z historią. To właśnie tu znajdziesz opuszczone twierdze, dawne stolice imperiów i dziedzictwo, które przetrwało wieki – Nisa, Merv i Kunya-Urgench to miejsca, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej. Cicho, spokojnie, niemal mistycznie – idealne do tego, by zgubić się w przeszłości.

Choć Turkmenistan przez długi czas uchodził za jedną z najbiedniejszych republik byłego ZSRR, sytuacja zmieniła się wraz z odkryciem gigantycznych złóż gazu i ropy. Te surowce zaczęły zasilać budżet, a Aszchabad z miasta pełnego blaszanych baraków przeobraził się w marmurową metropolię z pozłacanymi meczetami i szerokimi, czteropasmowymi drogami. Problem w tym, że te cuda architektury i infrastruktury służą głównie elitom – przeciętny Turkmen żyje z dala od luksusów, pasie kozy, chodzi w butach z opon i marzy co najwyżej o rowerze.

A teraz czas na nieco lokalnej legendy politycznej… Po upadku komunizmu kraj dostał władcę, który wyglądał jak wujek z zakładu karnego, ale rządził jak artysta absurdu. Saparmurat Nyýazow – znany światu jako jeden z najbardziej osobliwych dyktatorów – zakazał opery, cyrku, baletu, a także… psów w Aszchabadzie (bo, jak stwierdził, brzydko pachną). Zakazał też długich włosów i bród, i… zamknął wszystkie szpitale poza stolicą.

A żeby było jeszcze ciekawiej, napisał własną „świętą księgę” – Ruhnamę, która miała być czytana na równi z Koranem, a jej znajomość była obowiązkowa m.in. przy zdawaniu prawa jazdy. Tak, serio.

Kiedy myślisz, że już nic cię nie zaskoczy, wchodzisz na Plac Centralny i widzisz… gigantyczny betonowy monument w kształcie rakiety, na którego szczycie złoty posąg prezydenta obraca się za słońcem. Tak, cały dzień kręci się, by zawsze mieć twarz zwróconą ku światłu. Totalny kosmos – i idealny symbol tej marmurowej megalomanii, gdzie granica między rzeczywistością a surrealizmem nie istnieje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – dzień po przylocie

Do stolicy zaczęli zjeżdżać ludzie z różnych zakątków świata, lądując na lotnisku o różnych porach i z różnych stron. Atmosfera oczekiwania unosiła się w powietrzu. 

Mój samolot wylądował późno w nocy, razem ze mną podróżowało kilka osób z mojej grupy oraz przewodnik, sympatyczny Holender o imieniu A.

Zaskoczyła mnie niesamowita pustka i cisza na lotnisku, Aszgabad jest stolicą a prócz naszej garstki podróżujących, nie było tam nikogo. Wszędzie białe marmurowe ściany, gdzieniegdzie reklamy i mnóstwo złotych elementów.

Wszyscy musieliśmy odczekać swoje w kolejce po wizę, z dokumentami nie było problemu więc wklejkę do paszportu otrzymałem szybko a objętość mojego portfela zmniejszyła się o kilka amerykańskich banknotów.

Rano szybko trafiłem na parę Amerykanów, którzy od razu wydali mi się… dziwni. Po śniadaniowej przygodzie w hotelowej restauracji, zagadnąłem ich w lobby. Odpowiedzieli tylko lakonicznym „interesting”, po czym już wiedziałem, że chyba między nami nie zaklika.

I niestety miałem rację. Wieczorem cała grupa ruszyła na kolację do lokalnej knajpki, gdzie czekały na nas regionalne specjały i swojska atmosfera. Ale oni – najpierw narzekali, że za głośno, potem że lokalni palą papierosy, i finalnie przesiedzieli cały wieczór sami, przy osobnym stoliku. Reszta z nas integrowała się w najlepsze w drewnianej przybudówce przy ogródku – śmiechy, rozmowy, poznawanie się nawzajem. W końcu mieliśmy razem spędzić dwa tygodnie!

Ciekawostka: jakieś 95% samochodów na ulicach miało kolor biały albo srebrny. Inne kolory? Nie istnieją. Czarne są zarezerwowane wyłącznie dla rządowych elit. Zastanawialiśmy się, jak właściciele rozpoznają swoje auta na parkingach. Może mają jakiś sekretny kod?

Pierwszy dzień w Aszchabadzie zostawił w głowie kilka wyraźnych obrazów – monumentalne budynki z białego marmuru, pustki na chodnikach i ludzie w jednakowych mundurach. Takie białe miasto-widmo na środku pustyni, gdzie nawet krawężniki są marmurowe, a ulice czystsze niż niejeden salon. Całość robi wrażenie – wizytówka kraju, która ma przysłonić biedę i codzienność zwykłych ludzi. Miasto pełne złotych pomników, ogromnych rządowych gmachów i rygorystycznych zasad. Palić w miejscu publicznym? Grozi za to areszt.

Aszchabad to miasto kontrastów. Z jednej strony wspaniałe kopuły, błyszczące fasady i place jak z bajki – z drugiej strony puste alejki, gdzie echo niesie się aż do horyzontu. Tłumów brak, choć mieszka tu ponad milion ludzi. Większość schowana w klimatyzowanych biurach albo lokalnych bazarach, bo przez większą część roku temperatura dobija do 50 stopni. Nam się poszczęściło – trafiliśmy na idealny moment, by spokojnie spacerować ulicami bez uczucia, że się topimy.

Zwiedzaliśmy miasto sami, w grupie – i dobrze, bo dzięki temu mogliśmy poczuć klimat miejsca. Choć nie obyło się bez przygód – kilka razy zatrzymała nas policja lub cywile, informując, że gdzieś nie możemy przebywać, stać czy robić zdjęć. Przepędzono nas z Placu Niepodległości i innych reprezentacyjnych miejsc rządowych.

Miasto jest niesamowicie zadbane – wszystko, dosłownie wszystko jest pielęgnowane z niemal obsesyjną dokładnością: podlewane, przycinane, froterowane. Przez to Aszchabad wydaje się aż nienaturalnie czysty – jakby żyło się w muzeum.

Lonely Planet opisuje Aszchabad jako połączenie Las Vegas i Pjongjangu – i coś w tym jest. Tutaj przepych łączy się z surrealizmem. Port lotniczy w kształcie sokoła, największa na świecie wieża telewizyjna w formie gwiazdy, a w luksusowym hotelu siedmiogwiazdkowym serwują… carpaccio z krokodyla. Wszystko to w towarzystwie fontann, trawników przyciętych jak od linijki i perfekcyjnie rozkwitających skwerów.

To miasto jest jak sen – dziwny, piękny, czasem trochę przerażający. Ale jedno trzeba mu oddać – zostaje w pamięci na długo. Bo choć ulice świecą pustkami, a monumentalizm przytłacza, to właśnie te kontrasty sprawiają, że nie sposób o nim zapomnieć.

Temperatury przez większość roku są nie do wytrzymania i sięgają nawet 50 stopni. To że mogliśmy chodzić na zewnątrz nie umierając z powodu upałów było spowodowane że wybraliśmy dobry moment na przyjazd. 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

W drodze do Aszgabadu

Każdy, kto choć trochę ogarnia geografię, pewnie bez problemu wskaże Turkmenistan na mapie. Choć rozmiarami dorównuje Hiszpanii, ten środkowoazjatycki kraj wciąż pozostaje tajemnicą dla większości świata — i właśnie to czyni go tak fascynującym.

Turkmenistan to kraina nieujarzmionej przyrody — ogromnych pustyń, bezkresnych jałowych przestrzeni i dzikiego krajobrazu, który wygląda, jakby czas się tu zatrzymał. Choć wielu omija go szerokim łukiem, dla prawdziwych poszukiwaczy przygód to miejsce z duszą, gdzie natura pokazuje swoje surowe, ale piękne oblicze. Z roku na rok piasku jest tu coraz więcej choć cały świat nie ustaje w wysiłkach żeby powstrzymać ten proces.

Druga rzecz, która sprawia, że Turkmenistan owiany jest tajemnicą, to jego zamknięty charakter. Kraj rządzony twardą ręką przez Berdimukhamedova, porównywany często do Korei Północnej, wciąż pozostaje jednym z najbardziej niedostępnych zakątków globu. Ale właśnie to — ten cień niedostępności — sprawia, że turystyka tutaj ma zupełnie inny wymiar. To nie jest kierunek dla każdego, ale ci, którzy się tu zapuszczą, mogą liczyć na doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

Dla mnie zamknięte reżimy to nie bariera, lecz wyzwanie. Turkmenia oferuje coś, czego nie znajdziesz nigdzie indziej: podróż bez tłumów, bez spotykania innych podróżników, autentyczność, ciszę i samotność, która pozwala naprawdę wsłuchać się w samego siebie. To miejsce, gdzie izolacja staje się atutem, a każdy krok to prawdziwa eksploracja.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Podróż do jednego z najbardziej zamkniętych krajów świata…

Od kilku miesięcy planowałem ten wyjazd. Turkmenistan ściga się z Północną Koreą o miano najbardziej zamkniętego kraju świata. Korea Północna pozostaje zamknięta dla odwiedzających ją turystów od czasu pandemii, w połowie lutego otworzyli granicę raptem na 4 tygodnie, by w połowie marca znowu ją zamknąć. Urlop i zakup pamiątek w Pjongjang musi niestety poczekać.

Stąd właśnie Turkmenistan ma szansę teraz na miano wyjątkowego kraju na mapie moich wypraw po świecie. Jeden z klasycznych dzierżymordów, kraj zamknięty na świat, jakiekolwiek wpływy i obcych. Turysta poza stolicą kraju – Aszchabadem stanowi zjawisko osobliwe i rzadkie niczym albinos w Afryce czy inny koh-i-noor.

Mówi się że Turkmenistan to kraj pełen kontrastów – z jednej strony sytuacje mogą wydawać się tutaj wręcz komiczne, z drugiej – mocno przygnębiające. Ludzie wypowiadają się tylko w granicach dozwolonych przez system, a ich zachowanie jest ściśle podporządkowane narzuconym regułom. W społeczeństwie widoczny jest strach, a brak własnej inicjatywy, kluczowej dla jakichkolwiek zmian i rozwoju, wydaje się powszechny.

Czytałem że Turkmeni nie wykazują żadnej inicjatywy, żyją zgodnie z narzuconymi im zasadami, a ich największym marzeniem jest praca dla rządu. Turkmenistan to natomiast kraj pełen biurokratycznych ekscentryków, którzy sprawują władzę w sposób – delikatnie mówiąc – trudny do zrozumienia.

Dlatego tam jadę.

Uzyskanie wizy zajęło mi sporo czasu. Najwięcej czasu poświęciłem na wypełnianie formularzy, dołączanie zdjęć i kopii dokumentów – za każdym razem coś było nie tak, więc otrzymywałem prośby o poprawki i ponowne przesłanie dokumentacji. Spośród całej grupy, z którą lecę do Aszchabadu, byłem ostatnią osobą, która poprawnie przesłała wymagane dokumenty. Za to zaproszenie otrzymałem jako jeden z pierwszych.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na wieczór przed wylotem

Moje wyprawy do Warszawy nabierają zupełnie innego charakteru. Choć nie są już tak szalone, beztroskie, pełne kolorów i hałasu, jak kiedyś, to jednak przynoszą mi coś cennego – poczucie nostalgii ale i spokoju. Cudownie było znów tu być, odwiedzać miejsca, które kiedyś znałem jak własną kieszeń – hotele, sklepy, restauracje, bary i księgarnie. Każde z nich przypominało mi o tamtych wydarzeniach i ludziach, którzy wciąż są w mojej pamięci, niezmiennie. Spotykając znajome twarze, poczułem, jak wiele się zmieniło, ale jednocześnie dostrzegłem, jak płynnie ten proces przemijania wpisuje się w życie. Czas nie zatrzymał się dla nikogo.

Otagowano | 7 Komentarzy

Morze

Spędziłem cały tydzień nad morzem i jestem z tego powodu uszczęśliwiony. Odpocząłem, naładowałem baterie, miałem czas tylko dla siebie na lenistwo, spacery i komfort niemyślenia o pracy. Tyle tylko, że wybór miejsca tzn. morze poza sezonem nie był najlepszym pomysłem, bo wszystkie knajpy, bary, restauracje okazały się być akurat zamknięte. Spacer promenadą, bez możliwości przycupnięcia na kawę czy gofra trochę mnie frustrowało, ale za to nie było tłumów, rodzin z dziećmi, bazarów, kramów z chińszczyzną, salonów gier, dmuchanych zamków, cukrowej waty i ciucholandów. W mojej okolicy otwarte były tylko 3 sklepy Caritasu – jakby powiedział to M.: Lidl, Biedra i Dino.

Pierwszy raz w życiu odwiedziłem Mielno i byłem zaskoczony, nie spodziewałem się że o tej porze roku jest tam tak ładnie, szczególnie promenada, w porównaniu z innymi nadmorskimi miejscowościami Mielno daje się lubić. W sezonie muszą być tutaj tłumy. W ramach ukulturalniania się jednego wieczoru wybraliśmy się także do teatru w Koszalinie. Roznegliżowana pani Beata Ścibakówna robiła wrażenie , pan Zamachowski w negliżu mniej wyszedł apetycznie.

Przez cały tydzień mieliśmy całkiem ładną pogodę. Z żalem wracałem do domu bo na południu aura była iście barowa. Powrót do Wrocławia minął szybko, w niedzielę wieczorem wypakowując torbę wpadł mi do głowy pomysł, że w poniedziałek i tak nie wrócę jeszcze do biura.

W biurze rzeźnia, obłęd, krwawa łaźnia, kociokwik, pieprznik i rozpiździel – Indianie słuchają, kiwają głowami ale bez zrozumienia.

Żeby nie było że tylko narzekam. Drugi raz w tym roku dostałem nagrodę – premię więc dobra passa trwa. Stwarzam pozory bycia niezmordowanym, sumiennym, rzetelnym pracownikiem.

2 Komentarze