O dziwo w dzień po świętach pracowałem, z resztą nie tylko ja. Ku mojemu zaskoczeniu dostawaliśmy maile od jednego klienta w Wielkiej Bretanii, któremu paliło się w portkach bo ledwo uporaliśmy się z jedną rzeczą, po chwili pytał o inną. O 15.00 zamknąłem laptoka i z walizką pojechałem na dworzec, wsiadłem w pociąg i przed 22. popijałem lampkę czerwonego wina na Woli. Na Maderę lecieliśmy nie całe pięć godzin. Podróż szybko nam zleciała, nie spaliśmy, w samolocie też nie było jakiś niesamowitych atrakcji po mino tego lot wspominam jako przyjemny. Fuchnal powitało nas ładną pogodą – tutaj naprawdę jest tak, jakby zawsze panowała wiosna.
…spędziłem głównie pracując. Po wszystkich tegorocznych wyjazdach w końcu wyczerpałem przysługujący mi urlop wypoczynkowy, nawet dni wolnych zabrakło i nie mialem wyboru jak tylko pracować. ElQuattro poszło na ostatnie 3 dni w Dubaju, nim na dobre wróciłem do Polski. Dubaj jak zwykle zachwycił mnie ofertą zakupową, szafa wzbogaciła się o nowe ubrania i dodatki a na półce pojawił się zielony flakonik ulubionych perfum. Na razie nie planuję powrotu w tamte rejony, w obawie że przekroczę limit środków na koncie.
W pracy znowu zmiany, wyszło na jaw że choć jestem przypisany do projektu do września przyszłego roku, to od przełomu lutego i marca zaczynam przenosić swój zespół do Indii. Nie mam nic przeciwko oddania ciapakom rzeczy, które aktualnie robimy, tylko nie podpiszę się pod obietnicą, że będzie to w przyszłości hulało. Mogę wytłumaczyć im wszystko, nawet kilka razy, udokumentować, zrobić instrukcję, ale nie sprawię że oni to zrozumieją. Za bycie zdalnie odpowiedzialnym za taki zespół absolutnie się nie piszę. Nie mój cyrk, nie ma je małpy. Nie wiem jak ułoży się i na ile w ogóle będzie podobał mi się pierwszy kwartał roku. Znając plany pracodawcy i jednocześnie wiedząc, kto odejdzie z zespołu snuję mało pozytywne wizje.
Grudzień kojarzy mi się z nieustającą zabawą i ciągłym imprezowaniem w ramach tzw. wigilii firmowych. Zaliczyłem ich kilka, najgłówniejszą zakończyłem z przytupem o 4.30 nad ranem by o 10.00 świeżuteńki pojawić się w biurze. Gdy wreszcie miałem weekend tylko dla siebie, bez wizyt i rewizyt, kolacyjek, wyjść na drinka, całkowicie oddałem się leniuchowaniu w łóżku. Przeleżałem tak ostatni weekend przed świętami, tyle co rodziców zabrałem na niedzielny obiad do restauracji.
Wigilię spędziłem z rodzicami. Mój humor nie był najlepszy – pół nocy nie spałem bijąc się z myślami czy skonfrontować rodzicielkę za sianie gównoburzy i zepsuć wszystkim święta, czy przemilczeć całą dramę trzymając język za zębami. Stosunkowo udany wigilijny poranek sprawił że zeszło ze mnie całe ciśnienie a wieczorem byłem najukochańszym synem pod słońcem. Aby ten stan bezmiaru empatii utrzymał jak najdłużej, to późnym wieczorem spotkałem się z atrakcyjnym, rozerotyzowanym, kipiącym zbyt dużym libido przeto mało skomplikowanym młodszym kolegą, który od stycznia postawił się zmienić i zrobić sobie przerwę od dotychczasowego birbanckiego stylu życia. Pomagałem mu wygonić z siebie diabła, zobaczymy tylko czy skutecznie…
W lipcu razem z K. natrafiliśmy na ciekawą ofertę wycieczki do Jordanii. Oferta była przystępna, wylot w dzień po świętach, a koszt nie był wygórowany, ponieważ wyjazd nie wiązał się z żadną imprezą sylwestrową. Biuro podróży umożliwiało nawet rezygnację z wyjazdu bez podania przyczyny do 30 dni przed wylotem. Kupiliśmy wycieczkę niemal od razu, tyle że potem wybuchła wojna w sąsiednim Libanie, przez co polscy turyści zaczęli się niepokoić – oprócz mnie oczywiście, bo ja dalej chciałem tam lecieć. Biuro zachowało się wyjątkowo i zaproponowało nam zmianę rezerwacji na inny, podobny wyjazd w tym samym sezonie, z zachowaniem pierwotnej ceny. I tak niespodziewanie Nowy Rok spędzimy na Maderze.
Nie udało się nam przebukować biletów na poranny lot do Kabulu przez co do 12 byłyśmy zmuszeni czekać na wylot samolotu. Nie mamy za krzty zaufania do naszego nowego przewodnika Alego, który niczego nie wie, niczego nie potrafi załatwić i na niczym się nie zna. W Kabulu byliśmy o 13, spięliśmy się wszyscy, zrezygnowaliśmy z lunchu, byle jak najwięcej zobaczyć ostatniego dnia pobytu w stolicy. Ali wywiózł nas na ptasi bazar, gdzie droga w gigantycznych korkach zajęła nam ponad godzinę, przegonił nas w kwadrans wśród różnej maści kolorowego ptactwa, zapakował z powrotem do auta i ruszył w półtoragodzinną przeprawę na drugi kraniec miasta, żeby po dojechaniu pokazać antykwariat i stwierdzić, że wszystko inne jest już niestety zamknięte. Miny nam zrzędły, entuzjazm nagle wyparował, w stronę przewodnika poszło parę mocnych epitetów. Kolega który zawsze najwięcej mial do powiedzenia niestety leżał rozłożony niedyspozycją ze strony układu pokarmowego więc można być rzec Alemu i tak się upiekło.
Ostatnia wspólna kolacja odbyła się w Cafetterii – urokliwej kabulskiego restauracji serwującej klasyki kuchni włoskiej, której wnętrze gryzło się z bezmiarem brudu i biedy, zakurzoną, szarą bylejakością i wszechobecną tymczasowością panującą w około. W środku restauracji spotkajmy lokalnych uprzywilejowanych Afgańczyków, pięknie ubranych mężczyzn i kobiet, obwieszonych złotem i drogimi dodatkami. Nie wszyscy widać zdecydowali się uciec z tego kraju przed jarzmem Talibów.
Nie wiem czy spotkamy się kiedyś znowu w tym samym gronie, nie padły żadne konkretne propozycje wspólnych wyjazdów w przyszłości. Niektórzy spotkają się za miesiąc w Kamerunie i Burundi, szlakiem 5 środkowoazjatyckich Stanów nikt się ze mną nie wybiera. Śniadanie zjadłem sam, mocno byle jakie, część grupy odleciała wcześnie rano do Stambułu, ja z dwojgiem pozostałych osób wracaliśmy popołudniowym lotem do Dubaju. Poszliśmy jeszcze na spacer, kupiłem całe naręcze kolorowych chust arafatek pozbywając się ostatnich afganów. Dobrze znane kolejne etapy żmudnej kontroli przed wjazdem na teren lotniska, kontrola bagaży, kontrola osobista i znowu bagażu i ostatnia kontrola osobista – nie irytowały, bo weszły w nawyk przez ostatnie kilka dni ciągłego przemieszczania się po kraju. W hotelu w Dubaju byłem mocno pod wieczór i poszedłem od razu spać.
Dziś na miejscowym bazarze wpadły mi w oko osobliwe dzieła rękodzielnicze w postaci lokalnych dywanów: wszystkie nawiązujące do ataków z 11 września, handlu opium i wojen. O dłuższym przechadzaniu się po bazarze nie było mowy, pilot obawiał się o nasze bezpieczeństwo, bo ludzie ciągle nas zaczepiają, pozdrawiają i wołają, dzieci i kobiety żebrzą wieszając się nam na rękach, plecach i ciągnąc za ubrania. Po za tym w tłumie jest potwornie głośno, wszyscy się pchają, człowiek z trudem próbuje zrobić krok pomiędzy ludźmi, zdezelowanymi autami, wypełnionymi stertą towarów taczkami, rowerami, kramami, zwierzętami i jeszcze stara się nie wpaść do cuchnącego rynsztoka albo innej dziury w nawierzchni.
Przewodnik dziś nas zostawił, bo jego ojciec miał zawał. Choć nie chciał, cała grupa wymusiła na nim aby nas zostawił i jechał do rodziny. Na zastępstwo na szybko dostaliśmy Alego, dużo mniej rozgarniętego i o wiele mniej przystojnego. Pan, głównie kiwa głową, na pytania odpowiada „tak” lub „nie wiem”. Mało mamy z niego pożytku, bo nie przydaje się nawet w sytuacji kiedy rzucają się na nas hordy dzieci żebrzące o pieniądze. Ruhollah potrafił je odpędzić, z Alim jesteśmy szarpani, ciągnięci na rękawy, plecaki, słyszymy wykrzykiwane na zmianę „money money” albo „fuck off” „fuck you” i tak przez całą drogę, aż uda nam się zamknąć w samochodzie.
Buzkashi – sport popularny wśród grup etnicznych w Azji Środkowej, od Afganistanu po Kazachstan. Polega na tym, że jeźdźcy rywalizują miedzy sobą o przejęcie kontroli nad martwą kozą by na koniec odjechać w dowolnym kierunku, aż nikt nie będzie w stanie cię dogonić. Aby było jeszcze bardziej skomplikowanie, można wziąć udział w bardziej zaawansowanej wersji gdy, w której jeźdźcy muszą zanieść martwą kozę na koniec pola, okrążając pole ze znakiem, a następnie spróbować wrzucić kozę na ring. Podczas gry buzkashi szedłem przed murawę w otoczeniu dziesiątek rozdartych, rozhisteryzowanych, brudnych bachorów w poszarpanych ubraniach i czułem się niczym legendarny Michael Jackson wchodzący na stadion, żeby dać koncert. Myślałem, że dzieciaki wepchną mnie pod konie, na pomoc nie mogłem liczyć z żadnej strony, bo każdy przechodził tę samą gehennę.
Przeziębienie mi nie odpuszcza, z resztą nie tylko mnie, praktycznie wszyscy prychają, smarkają i kaszlą. Nagła zmiana pogody dała się nam we znaki, z kilkunastu stopni temperatura spadła do kilku, w nocy bywają przymrozki a pokoje hotelowe nie zawsze są ogrzewane. Poznawanie Mazar kojarzy mi się z wieczną walką o utrzymanie ciepła, z próbami dogrzania się, rano nie mogłem zdecydować się wyściubić nosa spod kołdry bo w pokoju było raptem kilka stopni, wieczorami kiedy wracaliśmy do hotelu, wysiadałem z auta i czym prędzej biegłem do pokoju wskoczyć pod gorący prysznic a potem zaraz hop do łóżka. Jednego dnia miałem na sobie kilka warstw odzieży termicznej, polar, dodatkowo kurtkę ale z powodu mocno przenikliwego wiatru dalej trzęsłem się jak galareta.
Talibowie nie robią już na nas takiego wrażenia jak w pierwszych dniach. Przestrzegamy reguł więc są dla nas bardzo mili, chcą się z nami fotografować, ale dotyczy to tylko męskich członków wycieczki, bo kobiety niezmiennie trzymają na dystans. W dużej mierze to bardzo prości ludzie, niezdolni zrozumieć bardziej skomplikowane sprawy, obserwowanie jak Ruhula męczy się z nimi tłumacząc skąd, po co, na co, dlaczego, dokąd i na jak długo gdzieś wjeżdżamy kłuje po oczach i jest zajęciem wyczerpującym psychicznie, bo większość nie kapuje za pierwszym podejściem.
Tęsknię za dobrą kawą. Próbuję zadowolić się brudną wodą w stylu instant, która często jest jedyną opcją na śniadanie, ale efektu pobudzenia niestety nie da się spreparować. Wyjeżdżając z Kabulu do Heratu, na lunch poszliśmy w jedno miejsce gdzie serwowano prawdziwe espresso, z pianką i obiecaliśmy sobie, że naszą ostatnią kolację zjemy w tym właśnie miejscu.
Dojechaliśmy do Mazar w niecałe 14 godzin. Miałem podwyższoną temperaturę, faszerowałem się coldrexem, ale siedzenie w ciepłym aucie było akurat tym co tego dnia potrzebowałem. Trasa była potwornie wyboista, część magistrali trudno nazwać drogą bo poruszaliśmy się po nieutwardzonym szlaku z prędkością 10 km na godzinę. Fakt, mieliśmy okazję podziwiać piękne widoki Hindukuszu, przejechać się kawałkiem azjatyckiej magistrali, ale nie każdemu to odpowiadało. Hotel w Mazar był nieogrzewany, w pokoju było tak zimno że gdy do niego wchodziłem trząsłem się jak galareta, nie byłem wstanie rozebrać się żeby wejść pod gorący prysznic. Na szczęście klimatyzacja miała opcję ogrzewania, nastawiłem 30 stopni i jakoś udało mi się podnieść temperaturę w pokoju. Było mi obojętne że pokój był znowu nieposprzątany, z toalety ktoś przed chwilą wyszedł zostawiając po sobie mokre ślady, a w pościeli najprawdopodobniej znowu ktoś przede mną spał. Było mi zimno, miałem gorączkę, chciałem tylko położyć się do łóżka.
Odwiedziwszy prawie setkę krajów, mogę z całą pewnością stwierdzić, że prowincja Bamian znajduje się w pierwszej trójce miejsc, które najbardziej mnie zadziwiły. Może nie podróżowałem wystarczająco dużo, ale nawet po zobaczeniu wielu uznawanych za wyjątkowo piękne miejsc, Bamian uznaję za najbardziej uderzająco fantastyczne – lub przynajmniej jedno z takich – jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Oszałamiający, ponadczasowy głęboki błękit jezior Band-e Amir, bogata historia starożytnych miast Gholghola i Zuhak oraz całkowicie puste nisze pozostawione przez posągi Buddy – wszystko to połączyło się, tworząc wspaniałą mozaikę niezapomnianych widoków. Nic dziwię się, że Bamian zapewniło sobie miejsce jako atrakcja Afganistanu w tak wielu ludzkich sercach na całym świecie.
Szczególnie chciałbym spędzić więcej czasu w spektakularnym Band-e Amir, niż pozwala na to jednodniowa wycieczka z Bamian. Jeziora Emira – grupa sześciu jezior o charakterystycznych barwach – od ultraszafirowej do ultraturkusowej – objętych ochroną przez utworzony tu w 2009 roku pierwszy w Afganistanie park narodowy. Samej wodzie z jezior przypisywane są moce uzdrawiające i wiele osób pielgrzymuje do wód. Myk jest jeden – taki, że nie wpuszczają do niego kobiet. Jedyna podróżująca z nami kobieta, praktycznie do końca nie wiedziała, czy ją wpuszczą i czy wystarczy dokument od brodatego pana z lokalnego urzędu. Problem w Afganistanie jest taki, że nawet najwłaściwszy papier wystawiony przez kogoś ważnego, może być podważony przez lokalnego policjanta, owłosionego obdartusa, który zasłaniając się niewiedzą, brakiem decyzyjności żąda potwierdzenia potwierdzeń, co przeciąga się w czasie i nakazuje uzbroić się w duże pokłady cierpliwości dla lokalnych praw.
Wpuszczono nas, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale widoki które rozpostarły się zaraz po przejechaniu punktu kontrolnego sprawiły, że zaniemówiłem. Trudno się oddychało, bo park położony jest na wysokości prawie 3 tysięcy metrów. Górskie jeziora, połączone przez sieć naturalnych kaskad i wodospadów, zbudowanych ze śnieżnobiałej skały osadowej są prawdziwym skarbem parku. To, co przyciąga Afgańczyków do parku, to nie tylko piękno przyrody, ale przede wszystkim panujący tam spokój. Jeśli tylko sytuacja w kraju na to pozwala, to podobno park jest idealnym miejscem wypoczynkowym dla przyjezdnych z różnych części Afganistanu, bez względu na ich pochodzenie czy religię. Mówią o nim „kraina spokoju” a my tego dnia byliśmy tam sami. Sami otoczeni bezmiarem naturalnego piękna.
W parku spędziliśmy kilka godzin, mieliśmy okazję pospacerować po okolicznych wzgórzach, zobaczyć jeziora i kaskady praktycznie z każdej perspektywy. Ruhollah zaplanował dla nas piknik na świeżym powietrzu, który sam przygotował, zorganizował miejsce, wyłożył dywanami, poduszkami, które w efekcie wyglądem przypominało poduszowsko. Póki świeciło słońce miło się siedziało, gawędziło, popijało gorącą herbatkę, było rajsko przyjemnie, ale gdy zaszło słońce, zaczęło wiać i zrobiło się nieprzyjemnie. Ziąb był potworny, praktycznie nie do wytrzymania, wracając do hotelu marzyłem, żeby wziąć gorący prysznic i wskoczyć pod kołdrę. Nie było mi dane w hotelowych warunkach, poszedłem do łóżka spać, wiedząc, że nazajutrz na pewno będę chory.
Wracając do tutejszych pań. Afganistan już wcześniej nie był łatwym miejscem do życia dla kobiet. Teraz jednak Talibowie odbierają kobietom kolejne prawa: do edukacji, swobodnego poruszania się, a nawet używania głosu na ulicy. Myślę, że wraz z ograniczaniem wolności w Afgankach gaśnie swoista nadzieja. Żyją w kraju, w którym nigdy nie mogły robić tego, czego by chciały, nawet przed talibami. Musiały ubierać się w określony sposób, nie mogły robić rzeczy, które były dozwolone przez prawo, ale nieakceptowalne społecznie. Ale wciąż mogły się uczyć, wciąż jakoś widziały swoją przyszłość w tym państwie. Gdy mi to odebrano, straciły nadzieję. Obecnie Talibowie zdelegalizowali działalność salonów piękności, które wielu kobietom zapewniały nie tylko pracę, lecz także jedno z nielicznych miejsc odpoczynku i socjalizacji w ultrapatriarchalnym, konserwatywnym środowisku. Wymazywanie kobiet odbywa się na poziomie symbolicznym. Ich twarze są zamalowywane na plakatach i billboardach, nie widniały nawet na salonach piękności, gdy te jeszcze funkcjonowały. Z czasem sprzedawcy zaczęli zakrywać plastikowymi workami głowy kobiecych manekinów i widziałem to na własne oczy oglądając sklepowe witryny. Twarze prezenterek telewizyjnych i gościń w programach zostały zasłonięte co najmniej maseczkami. Podobnie jest na ulicach, bazarach, w sklepach dla kobiet. Kobiety muszą być nieustająco czujne, czy na przykład nie zsuwa im się chusta, nie powinny się śmiać.
Smutne jest to, że choć jeszcze żadne państwo świata nie uznało oficjalnie rządu talibów, obserwuje się swoistą normalizację ich władzy.
W Bamian natrafiliśmy na pozostałości z wojny z Rosjanami. Czołgi porozrzucane po całej okolicy, niektóre kolorowo pomalowane, inne po prostu porzucone z upływem lat zmieniły się w metalowe wraki.
Każdy poranek w nowym miejscu zaczyna się tak samo: od wizyty u lokalnego Dyrektora ds. Informacji i Kultury, który wystawia naszej grupie przepustki i bilety wstępu. Są niezbędne by przejechać przez rozlokowane wszędzie posterunki policji.
Kilka minut od naszego hotelu znajdują się pozostałości Shahr e Gholghola ostatniej walki z hordami mongolskimi. Mongołowie oblegali cytadelę, niszcząc ją i zabijając wszystkich w środku. Krzyki umierających ofiar słychać było w całej dolinie Bamyan. Hałas wściekłej przemocy nadał cytadeli współczesną nazwę „Miasto Krzyków”. Pogoda w środku jesieni jest błogo przejrzysta i słoneczna, każda chwila dziennego światła w prowincji jest niezapomniana. Ostrzegani nas tylko, że ruiny zostały zaminowane w czasie wojny i mimo że nie widać żadnych czerwonych ani białych skał, zdecydowanie zaleca się, aby trzymać się wyłącznie wydeptanej ścieżki na szczyt. Na szczycie zostaliśmy zatrzymani przez pakistańskich oficjeli, którzy zagadywali nas i robili zdjęcia z ukrycia. Ich dziwne zachowanie i jeszcze dziwniejsze pytania wzbudziły czujność Ruhollah, który przypomniał nam aby nie zdradzać żadnych szczegółów naszego przejazdu, nazwy hotelu ani dokąd planujemy pojechać. Sytuacja zrobiła się mało przyjemna, zeszliśmy ze wzgórza i odjechaliśmy..
Lokalny bazar mijaliśmy kilka razy dziennie, mijając rozlegle pola pszenicy i ziemniaków, pomyślałem że musi tu był szczególnie późnym latem, kiedy można oglądać młócenie zboża przez zaprzęgnięte woły. Niestety, w Afganistanie lepiej nie spacerować samemu ani spędzać dłuższego czasu w jednym miejscu, zwłaszcza jeśli nie mówi się w miejscowych językach. Nie pomagają nawet noszone lokalne stroje, wciąż przyciągamy ogromną uwagę jako ludzie z Zachodu, gdziekolwiek się udajemy musimy być w ciągłym ruchu. Lakalny bazar ma też swoją smutną historie, to tutaj kilkanaście miesięcy temu zastrzelono grupę turystów.
Shahr e Zohak – twierdza chroniona wałami obronnymi, zbudowanymi wzdłuż stromych klifów ograniczających teren, które były wyposażone w kilka wież strażniczych, z których niektóre stoją do dziś. Cytadela była chroniona przez trzy kolejne rzędy murów i znajdowała się na najwyższej części wzgórza. Z powodu długotrwałego narażenia i braku konserwacji, pogłębionego przez ostatnie okresy wojny, wiele konstrukcji na tym terenie zawaliło się lub jest podatnych na zawalenie. Wspinaczka nie trwała długo, ale ostre powietrze mroziło nozdrza i gardło. Część grupy zdecydowała się kontynuować wspinaczkę na sam szczyt, zostałem na przedostatniej stacji wystraszony, że droga prowadząca na wierzchołek prowadziła po drobnoziarnistej, piaszczystej skarpie, bez balustrady, zabezpieczeń, barierek czy choćby kijków.
Prowincja Bamian jest bardzo konserwatywna, o tutaj w 2001 roku noworządzący Afganistanem Talibowie zniszczyli za pomocą rakiet i ognia artyleryjskiego oraz środków wybuchowych dwa największe posągi Buddy, bo uznali ich istnienie za sprzeczne z zasadami islamu. Miejsca po ich istnieniu w wykutej skalnej niszy widzę z hotelowego balkonu. Dwa kolosalne Bamiyan Buddhas były prawdopodobnie najważniejszym stanowiskiem archeologicznym w tym kraju od ponad tysiąca lat. Były to największe stojące postacie Buddy na świecie. Ogólnoświatowa burza protestów przeciwko zniszczeniu Bamiyan Buddów najwyraźniej zaskoczyła przywódców talibskich. Wielu obserwatorów, którzy być może nawet nie słyszeli o posągach przed marcem 2001 roku, było oburzonych atakiem na światowe dziedzictwo kulturowe. Rzeczywiście z bliska widok jest przytłaczający, spotkaliśmy paru Talibów z bronią, z wyrazami na twarzy tęskniącymi za rozumem, wokoło biegało mnóstwo obdartych dzieci żebrzących o pieniądze. Bamian stało się symbolem niebezpieczeństw związanych z radykalizacją polityczną, obecny rząd Afganistanu oficjalnie chce teraz zwiększyć wartość miejsca przesiąkniętego historią, aby przyciągnąć turystów z całego świata. Taka jest oficjalna wersja całej narracji. Z drugiej strony coraz głośniej mówi się, że jesteśmy świadkami cichej eksplozji w Bamian i w całym Afganistanie. Talibowie nie użyją materiałów wybuchowych, aby zniszczyć miejsca dziedzictwa kulturowego, to, co robią, jest gorsze. Pozwalają na stopniowy upadek Doliny Bamian i innych miejsc dziedzictwa, zmieniając system edukacji tak, aby historia i kultura nie były nauczane obiektywnie, a sztuki, które są sprzeczne z ich przekonaniami, były przechowywane w piwnicach muzeów i wymazywane z pamięci. Obszary wokół klifu padły ofiarą grabieży, nielegalnej budowy i wykopalisk, które zagrażają całkowitemu unicestwieniu tego miejsca. Zniszczenia wykraczają poza klif Bamian, a pobliskie stanowisko w Mieście Krzyków cierpi z powodu podobnego zaniedbania i złego traktowania.
Jest ciepło, świeci słońce, niebo jest bezchmurne i niebieskie. Przestrzegano nas żeby zabrać ze sobą cieple kurtki, ale zwykły polar noszony pod tuniką zdaje się mi wystarczać.
Po śniadaniu pojechaliśmy zobaczyć Sanktuarium w Gazur Gah – kompleks grobowy sufickiego świętego. Przestrzegano nas przed pogodą, że może być zimno, ale jak dotąd nie marznę chodząc w samej tylko sukience. Nie opanowałem jeszcze wyrafinowanej sztuki korzystania z toalety w tym stroju, ale plan mam ambitny że do końca pobytu opanuję trudną umiejętność robienia jedynki bez pozostawiania śladów na sobie. Co do mojego nowego stylu to muszę przyznać że długie, luźne, obszerne, powłóczyste stroje są naprawdę wygodne, stanowią dobrą ochronę przed słońcem, a zarazem utrzymują ciało w wilgotności (pot nie wsiąka w strój, lecz zostaje na ciele). Wsiadając do auta za każdym razem przynajmniej jeden z panów musi powiedzieć: uważaj, nie siadaj mi na sukience, co za każdym razem jest bardzo zabawne.
Na terenie kompleksu spotkaliśmy jednego Talibana, znajomego naszego lokalnego przewodnika. Początkowo nieśmiało i z rezerwą podchodził do naszej grupy, groźnie patrząc w stronę jedynej kobiety w naszej grupie, podczas gdy my zafascynowani hipnotyzującym spojrzeniem chodziliśmy wokół niego i jego brody oraz karabinu. Podchody trwały dobry kwadrans, nasze spojrzenia były coraz dłuższe, potem pojawił się nawet lekki uśmiech suma summarum pan Talib zrobił sobie z nami pamiątkowe zdjęcie.
W południe wróciliśmy samolotem do Kabulu skąd odebraliśmy nasze bagaże, pojechaliśmy na wyśmienity lunch z prawdziwym espresso po czym wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż do miasta Bamian – miasta w środkowym Afganistanie w górach Hindukusz. Bamian to głęboka prowincja w porównaniu z resztą kraju, ciepła woda leci w kranach tylko w wyznaczonych godzinach, podobnie prąd dostarczany jest tylko rano i wieczorem przez kilka godzin. Głęboka prowincja przejawia się też w bardzo dużym konserwatyzmie mieszkańców i lokalnych władz. Podczas kolacji w hotelu wpadła do nas banda zamaskowanych uzbrojonych po zęby talibańskich żołnierzy eskortująca lokalnego szefa prowincji, który chciał nam życzyć smacznego. Ze względu na liczebność ochrony i mało przyjazne spojrzenia nikt nie wychylił się, żeby zaproponować panom pozowania do wspólnego pamiątkowego zdjęcie.
Nasz hotel ma w swojej nazwie słowo „royal”, ale z królewskiego ma tylko określenie, bo obsługa jak i warunki panujące w hotelu pozostawiają wiele do życzenia. Jesteśmy w kraju trzeciego świata i wszyscy doświadczamy warunków tutaj panujących. Nie narzekamy, wiedzieliśmy na co sie pisaliśmy, ale moja łazienka jest delikatnie mówiąc brudna, sedes zasikany, jak w nocnej dyskotece w sobotni wieczór po godzinie 4. Z łóżka dopiero ktoś wyszedł, widać jeszcze odciśniętą głowę na poduszce, autentycznie jakby ktoś dopiero co wstał, wylazł z pokoju a ja dostałem po nim klucze. Żałowałem, że nie wziąłem własnego śpiwora, choćby najcieńszego albo większej ilości ręczników, żeby móc odseparować się od oferowanej pościeli, ludzkich włosów, jakiś resztek i bóg wie czego jeszcze. Syf nie do opisania, kiła i mogiła. Włączyłem klimatyzację jako jedyny sposób dogrzania pomieszczania, ale wywiew który wydobywał się z podwieszanej jednostki był pewnego rodzaju zagadką, nad którą wolałem się nie zgłębiać.
Mam bardzo ładny widok z balkonu, okazuje się, że hotel posiada basen.
Wieczorem wróciłem do pokoju, w ostatniej chwili wziąłem ciepły prysznic po czym wszędzie zgasło światło i trzeba było jakoś zasnąć.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.