Pekin – dzień 4

Świątynia Lamy – rzeczywiście tętni życiem, nie tylko za sprawą turystów i religijnych mieszkańców stolicy. Uroku zdobieniom, freskom, drewnianym buddyjskim zabudowom dodawali mnisi w bordowych lub żółtych togach, przebiegający wśród tłumu turystów. Obiekt najlepiej prezentuje się ponoć właśnie teraz, podczas obchodów chińskiego Nowego Roku, dodatkowo wypełniony gęstą mgłą z palonych kadzidełek.
Przez cały dzień słyszeliśmy głośne odgłosy wystrzeliwanych fajerwerków i hałaśliwych kapiszonów, którymi dzieciaki bawiły się na chodnikach. Początkowo, co kilka kroków obaj wzdrygaliśmy się na odgłos tego jazgotu, ale z czasem stal się on do zniesienia.

133-8

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pekin – dzień 3

Pekin najbarwniej wygląda to tuż przy Wangfujing. Sklepów nie sposób zliczyć. Wszystkie kuszą kolorowymi neonami, zachodnimi napisami, promocjami. Kilkakrotnie spacerowaliśmy tutaj z M wieczorami, za każdym razem zapominając o zaopatrzeniu się w leki przeciwbólowe, bo d świateł, natłoku ludzi i towarów w sklepach może rozboleć głowa. Na targu z przekąskami można kupić skorpiony na patyku albo larwy robali, które na koneserów są miejscowym specjałem. Założyłem się z M, że kupie mu markowa kurtkę, jeśli skosztuje tych kulinarnych dziwactw, ale nie skorzystał.

 

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pekin 2.5

Michelle powoli zaczyna działać nam na nerwy. M. na sam tylko jej widok dostaje białej gorączki, choć wcale jej nie rozumie, irytują go sama jej obecność i wydobywające się z niej dźwięki. Chodzi zmęczony, jeży się na to wszystko i dzień mu się przykrzy.
Michelle jest bezpośrednia i bardzo kategoryczna w swoich opiniach, co nie przysparza jej uroku, ponadto lubi liczyć pieniądze tyle że nie swoje. Początkowo próbowałem jej bronić tłumacząc M. że istnieje typ osób z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. Wczoraj jednak pod Świątynią Nieba „podliczyła” nas i nasz wyjazd: bilety za samolot, hotel, wycieczki, M. usłyszał ile wydał na buty, kurtkę, okulary i markową torbę a ja dowiedziałem się ile kosztował mój zegarek. Potem uświadomiła mnie, ile muszę zarabiać i jak ona wydałaby te pieniądze. Po prostu trafiła się nam jakaś wariatka.

Spacerując po mieście, co chwilę słyszymy charakterystyczne charknięcie i splunięcie. Szczególnie niekomfortowy jest to dźwięk, gdy słyszy się go za plecami. Nie mogę przestać prosić M. żeby sprawdził czy nie mam czegoś z tyłu kurtki albo na rękawie. No cóż, taka już to jest melodia chińskiej ulicy. Można by rzec – akompaniament chińskiej codzienności. Plują wszyscy i wszędzie, mężczyźni, kobiety, ludzie starsi i dzieci. Wszyscy plują na ulicy, prosto pod nogi przechodniów, do koszy na śmieci, w taksówce przez okno, do doniczek ze sztucznymi chabaziem. Opróżnianie gardzieli odbywa się głośno i spektakularnie, jakby były to zawody sportowe o Puchar Kontynentu kto więcej i głośniej.

Wielu mężczyzn w Chinach na potęgę pali papierosy. Wszędzie i do wszystkiego. Nawet posiłek potrafią jeść, śmigając pałeczkami na przemian z papierosem. Wszelkie zakazy palenia są oczywiście ignorowane.
Michelle zaprowadziła nas do lokalnej jadłodajni i pomogła nam zamówić w miarę bezpieczne jedzenie, polubiłem gotowane na parze pierogi z mięsem albo warzywami i jakby pyzy ryżowe z różnego rodzaju farszem. Czasami serwowano nam menu po angielsku, ale zauważyłem że ceny prawie zawsze były w nich wyższe od tych w menu po chińsku, więc albo zdawaliśmy się na obrazki albo niekulturalne za to praktyczne pokazywanie palcem na dania, które jedli nasi sąsiedzi i zawsze wychodziliśmy na tym najlepiej, choć nie mam pewności co właściwie czasem jedliśmy. Przed wyruszeniem do Chin, byliśmy już nauczeni posługiwaniem się pałeczkami. Wraz z chińską porcelanową łyżką, były to często jedyne przyrządy do jedzenia dostępne w czasie posiłków.
Kultura stołowania to oczywiście mlaskania i siorbanie, wciąganie makaronu z gorącego kubka, lub zasysanie z puszki przez słomkę. Do tego dochodzi jeszcze wysysanie resztek jedzenia ze szpar pomiędzy zębami przy jednoczesnym dłubaniu wykałaczką. A trwa to całą wieczność.

 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pekin – dzień 2

Nie ma jednego miasta Pekin. Pekinów są niezliczone ilości. Jest brudny, czysty, schludny. Magiczny a odczarowany wręcz brzydki. Jaśminowy i cuchnący ryba. Jest chiński, jest i amerykański, jest rosyjski i koreański, widziałem tez polski, bo przy naszym hotelu znajdowała się Polska Ambasada.

Katie Melua chyba nigdy osobiście się tutaj nie pofatygowała, bo nie ma tu dziewięciu milionów rowerów. Jest ich na pewno mniej, bo ścieżki rowerowe stają się coraz węższe a ich miejsce zajmują drogi szybkiego ruchu dla samochodów.

133-7

Część miasta aspiruje do grona najnowocześniejszych metropolii, te wszystkie strzeliste wieżowce, nowoczesne centra handlowe, ogromne osiedla – zapierają dech w piersiach, zwłaszcza, że zbudowane zostało całkiem niedawno. Nie każdemu Pekin podoba się od razu. Niektórym nie spodoba się nigdy. To magiczne miejsce, chociaż bywa bardzo uciążliwe. Smog taki widok miasta osnutego gęstą mgłą widziałem tutaj kilka razy.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pekin 1.5

Jeszcze na kilka dni przed przylotem do stolicy Chin nie mieliśmy zorganizowanego ani lokalnego biura podróży ani przewodnika, który mógłby się nami zająć. Od kilku dni pisałem maile do różnych chińskich biur, które znalazłem chyba w Lonely Planet, ale mimo to nie było żadnego odzewu. Kiedy zacząłem już tracić nadzieje, że uda się nam coś zorganizować dostałem odpowiedź. Okazało się, że nasz pobyt zbiega się z chińskim nowym rokiem stąd niewiele biur w ogóle było chętnych zajmować się przebywającymi w tym samym czasie turystami. Na lotnisku przywitała nas nasza przewodniczka Michelle. Nie było to jej prawdziwe imię, raczej „zachodni” pseudonim, taki ukłon w naszą stronę, mający na celu ułatwienie nam zapamiętania jej imienia.

Gdy dojechaliśmy do hotelu St Regis przed oczami ukazał się nam olbrzymi, kilkunastopiętrowy klocek sąsiadujący vis a vis z Polska Ambasadą. Hotel może nie prezentował się z zewnątrz imponująco, za to w środku nie brakowało mu niczego, piękne wnętrza, wszędzie marmury i niesamowite przestrzenie, bogato zdobione, mahoniowe meble, zachwycające żyrandole i bezmiar kompozycji ze świeżych kwiatów, ustawionych symetrycznie w pięknie zdobionych wazonach. Wyglądało to naprawdę imponująco i szczerze przyznam, był to najlepszy hotel w jakim przyszło mi się do tej pory zatrzymać. Po załatwieniu formalności z zameldowaniem się dostaliśmy klucz do naszego pokoju na 15. piętrze – St Regis Suit. Kolokwialnie mówiąc „kopara mi opadła” na widok całego tego zbytku i naszego wykwintnego pokoju: przestronny korytarz, salon, sypialnia, garderoba i niebotycznego wielkości łazienka na oko jak całe moje wrocławskie mieszkanie z telewizorem nad wanną. Ponad 70 metrów kwadratowych prawdziwego raju, puchu i piany i na dodatek te wszystkie bukiety kwiatów jakby się już zupełnie z nimi powściekali. Wszystko wyrafinowanie eleganckie, czyste i urządzone ze smakiem. Czułem się jak jakaś gwiazda, byłem onieśmielony, a przez moment poczułem jak lekko zaszumiało mi w głowie od przesytu.

Wieczorem zeszliśmy do baru na drinka. M. wziął sobie jakiś koktajl podawany z ostrygą, po którym zgłodniał i nabrał ochoty na małe co nieco. Nie chciało nam się już wychodzić poza hotel, był koniec stycznia, było zimno i zgniło, dlatego nie zastanawiając się długo poszliśmy wprost do hotelowego Celestial Court oferującego specjały kuchni chińskiej. Zamówiliśmy sobie po kaczce po pekińsku a ja ze zwykłego roztargnienia albo będąc chyba jeszcze pod wpływem bąbelków z koktajlu poprosiłem o … porcję frytek i pani kelnerka zrobiła dziwną minę, trzy razy upewniła się czy aby na pewno dobrze mnie zrozumiała (frytki w chińskiej restauracji?!), ale na końcu dostałem piękną dużą porcję, świeżutkich, lekko zarumienionych, żółciutkich fryteczek, chyba z pobliskiego McDonalda, za co M. zrugał mnie potem wzrokiem.

 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pekin – dzień 1

Zanim wsiedliśmy na pokład samolotu M zdążył dostarczyć mi atrakcji.
Kika dni przed wylotem do Pekinu poleciał do Włoch. Samolot, którym wracał z Bari spóźnił się do Mediolanu ponad 2 godz. Jedno opóźnienie pociągnęło za sobą następne – nie zdążył na samolot Mediolan – Zurych i w konsekwencji przymusowo musiał zostać tam na noc, w hotelu który na prędce zorganizowałem mu ja.
Za to m.in. nie latam tanimi liniami: nie dość że nie są wcale takie tanie to ich rozkłady przylotów i odlotów są tylko umowne.
W rzeczywistości przewoźnik gwarantuje jedynie że na miejsce dowiezie (nie ma gwarancji, że doleci) ale kiedy dokładnie na ten temat już milczy…
M. gdy następnego dnia pojawił się w domu miał równo 4 godziny żeby przepakować walizkę na następną podróż do Chin.
Dzień wcześniej spotkałem się ze znajomymi z Carlsona by omówić nasze sprawy, wreszcie poznać się osobiście i dać się zaprosić na rewizytę w Zurychu. Zaczynam zmagać się z brakiem czasu i odpowiednim dopasowaniem terminów wyjazdów i spotkań bo pojawić chciałbym się wszędzie.
Samolot do Monachium z powodu burzy odleciał z ponad godzinnym opóźnieniem. Choć czas na przesiadkę mieliśmy wkalkulowany w podróż to i tak musieliśmy biec by zdążyć na drugie połączenie. Gdy wbiegliśmy na pokład samolotu do Pekinu zdębiałem na widok miejsc, które dostaliśmy. Klasa ekonomiczna robiła wrażenie przygnębiającego autokaru pełnego Azjatów, panował straszny zaduch a fotele w rzędach wydawały się dziwnie małe. Samolot miał kołować do startu a my nie mogliśmy zająć swoich miejsc bo były … zajęte. Musiałem zakasać rękawy i porozmawiać ze stewardesą. Całe zajście trwało może kwadrans, dla mnie wciśniętego w wąskim korytarzu wydawało się wiecznością spędzoną w saunie – tak niesamowicie było gorąco. Ale na efekt końcowy warto było jednak poczekać, bo dostaliśmy miejsca w klasie business! Propozycji spędzenia 10 godzin lotu w komfortowych warunkach nie mogłem odrzucić. M zastanawiał się czy czasem nie pomogły nam w tym moje ciągłe skargi do Lufthansy.
Nie zdążyłem się na dobre zapoznać z obsługą rozsuwanego do pozycji leżącej fotela, z obowiązkową lampką prosecco w drugiej dłoni, gdy jak spod ziemi wyrósł gogusiowaty steward i zaczął przymilać się po włosku do mojego M.
M był rozbawiony całą sytuacją podczas gdy ja przez cały czas lotu zabijałem wzrokiem uważnie śledząc każdy ruch pokładowej kelnerki

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 572

Nic nie zapowiadało podróży do Pekinu. W październiku czy listopadzie na fali ekscytacji szansą zmiany pracy i przeprowadzki do Zurychu okazało się że zostanie mi tydzień niewykorzystanego urlopu, który najlepiej byłoby spędzić razem.
Pomysłów na wyjazd było kilka, od Nowego Jorku po Egipt. Gdy padło słowo Pekin pomysł zaakceptowaliśmy natychmiast, bo bilety były akurat w promocji.
W styczniu pojawiłem się w konsulacie ChRL co było już przygodą samą w sobie. Nie dość że, by dotrzeć do budynku musiałem przebrnąć przez 3 rogatki uzbrojonych strażników pilnujących sąsiadujących ambasad, to prawdziwe wyzwanie czekało mnie gdy wreszcie dotarłem na miejsce. Okazało się, że pani zajmująca się wydawaniem wiz mówiła tylko po chińsku i trochę po francusku więc wytłumaczenie jej czego chcę było gimnastyka. Mój wniosek wizowy został podczepiony pod paszport M i długo zajęłoby mi tłumaczenie kto jest kim i który wariant kompletu dokumentów jest prawidłowy, gdyby nie pomoc przypadkowego turysty, który wykazał dużą wyrozumiałość dla szopki, która odbywała się na jego oczach. Po 2 dniach odebrałem nasze paszporty, ale dlaczego każdy z nas zapłacił inną opłatę wizową pozostanie już na zawsze tajemnicą.
Gdy wydawało mi się że właściwie najtrudniejsze mam już za sobą zaczęły się przeprawy ze znalezieniem biura podróży w Chinach przez które moglibyśmy zorganizować transport z/na lotnisko i wykupić wycieczki. Zrozumiałem też dlaczego bilety do Chin tanieją w tym okresie – nikt nie podróżuje tam jeśli nie musi – w Pekinie temperatury sięgają od -7 stopni w dół.
Pozytywne było to, że zatrzymujemy się w najbardziej posh hotelu w Pekinie w przeogromnym apartamencie. M zaświeciły się oczy gdy znalazł na internecie zdjęcia St. Regis a potem popukał mi w czoło, że zarezerwowałem statesman suit. Trochę brakuje mu do apartamentu prezydenckiego, ale tylko 2 klasy w 8 stopniowej skali no ale raz się żyje…

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Berno – dzień 571

Od 2 dni szukam biura podróży, które zorganizuje nam wycieczki po Pekinie i okolicach. Wysłałem kilka maili, odzew żaden. Wczoraj odpowiedziały mi dwa biura ale kiedy poprosiłem o ostateczne potwierdzenia ze ktoś będzie czekał na nas na lotnisku, zawiezie do hotelu a potem zorganizuje nam wyjazdy wg planu zapadła cisza.
Próbowałem nawet tam dzwonić ale za każdym razem ktoś usilnie chciał tłumaczyć mi rzeczy po chińsku.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Sofia

Okazało się że mój weekendowy pobyt był bardzo ciekawy.
Po kilku godzinach coś się we mnie zmieniło.
Samo miasto było raczej szare i smutne, ale pobyt w nim oczyścił mój umysł. Dopiero potem domyśliłam się dlaczego tak się stało.

Przyszło mi tam do głowy że byłem odcięty od wszystkich swoich nałogów.
Telewizja nadawała w niezrozumiałym języku, kupić nic nie można było, reklam ani widu ani słychu, z rozrywek pozostało tylko spacerowanie, myślenie, pisanie i tani sex.
Mój umysł nareszcie mógł odpocząć od szaleństwa konsumpcji. To było prawie jak naturalny haj.
Miałam spokój wewnątrz. Nigdzie nie musiałam pędzić, żadnych zakupów i wcale nie było mi nudno tylko bardzo bardzo błogo. Było to ciekawe, jakby oczyszczająco.
Smutno było tylko patrzeć na ludzi wokół – trzeba niewyobrażalnej siły i wytrzymałości by umieć żyć w takim miejscu.

Całe miasto wydaje się smutne, widać biedę w pstrokatych i dziwnych konstrukcjach architektonicznych, w odrapanych częściowo zdemolowanych budynkach albo na oko zbudowanych balkonach (nie trzeba mieć dyplomu wydziału architektury bo widać że krzywo)
Szare ulice, szare balkony, w centrum mnóstwo starych, brudnych, szarych autobusów i ludzi w szarych ciemnych i jakby znoszonych ubraniach.
Stare komunistyczne zwyczaje dostrzega się w Bułgarii niemal na każdym kroku, starałem się nikogo nie oceniać bo my Polacy też przecież kiedyś tacy byliśmy, latami trwała nasza transformacja i też musieliśmy sobie ze wszystkim poradzić, także z wprowadzeniem tych większych i mniejszych ogólnie przyjętych europejskich standardów.

Dzisiejsza Sofia kojarzy mi się początkiem kapitalizmu, z Warszawą lat 90tych, rodzącą się gospodarką rynkową, klasą średnią i wielkim bogactwem, z aferami, przekrętami, cała rzeczywistość wzięta jakby z filmu ”Czterdziestolatek 20 lat później” śmieszne uczucie jakbym cofnął się 20 lat wstecz.
Darmowy transport do 5gwiazdkowego hotelu z lotniska okazał się problematyczny, taksówkarze najchętniej godzili się na kurs tylko za gotówkę, w dolarach lub euro.
Koniki zaczepiający obcokrajowców na ulicy chętni skupić każdą obcą walutę, pani na informacji na lotnisku wzruszająca tylko obojętnie ramionami, taksówkarze rzucający się na zagranicznego turystę jak hieny.
Nawet auta wyglądały inaczej -choć mało było luksusowych to wszystkie były jednakowe brudne i zabłocone, nie ważne czy był to stary opel czy nowy bmw suv.
I ogrom absurdu, który czasem śmieszył – jedyna ulica prowadząca do hotelu została zamknięta, nie można było podjechać z żadnej strony, milicja poradziła mi drałować pieszo do hotelu…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 563

W okresie przedświątecznym do biura nadchodziły życzenia od osób z którymi współpracowałem.
Jeden nasz dostawca postarał się nawet bardziej i wysyłał klientom bardzo oryginalne prezenty w postaci kulinarnych smakołyków: od makaronów, przypraw i przetworów po butelki wina i oliwy.
M był zachwycony, gdy co kilka dni przynosiłem coś do domu.
Jednego wieczoru postanowiliśmy coś sobie przekąsić przed pójściem spać, wybraliśmy słoiczek z przetworami z fig, którymi grubo posmarowałem kanapki. W smaku było dość specyficzne – jakby za mało słodkie, ale za to pikantne. Konsystencja dżemu sprawiła że niczego nie przeczuwając zrobiłem kanapki dla mnie i dla M.
Dopiero przy ostatnim kęsie gdy w słoiku było już na dnie uważniej przeczytałem etykietę: musztarda figowa.
Rzygaliśmy tego wieczoru na zmianę.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz