Słowa znowu powoli zaczynają zamieniać się w czyny. Po kolejnych rozmowach telefonicznych wreszcie przyszła pora na poznanie na żywo swojej nowej przełożonej – to będzie już 5 odkład zaczęła się moja szwajcarska przygoda.
Spodobała mi się wizja nowego stanowiska: jeszcze więcej wyjazdów, hoteli i życia na walizkach, mniej siedzenia za biurkiem, powtarzalnych codziennych czynności a więcej spontanu, o wiele większy zasięg: lokalne zmienia się w globalne, dodatkowe elektroniczne gadżety, więcej spotkań z ludźmi, więcej swobody, możliwości, więcej intensywnej pracy ale też większa radocha, poza tym dodatkowo bardzo stymulująca perspektywa szefowej siedzącej na drugim krańcu globu i nie sterczącej nad moim biurkiem, wiecznie trującej mi dupe.
Cały wtorek mieliśmy dla siebie. Wspólny lunch i długi spacer po mieście – po co siedzieć w salce konferencyjnej jak rozmawiać można spacerując. Dla niej była to jedyna okazja żeby zobaczyć trochę Szwajcarii…
Reakcja łańcuchowa wymusiła na nas krótki roboczy wyjazd do Londynu.
W hotelu na powitanie lampka szampana, kurtuazyjna wymiana uprzejmości, standardowe pytania o nazwisko i adres zamieszkania, lunch w hotelowym barze i … spotkania z rodakami.
Nie wiem co jest z niektórymi Polakami pracującymi w londyńskich hotelach, wstydzą się kim są i co robią, wstydzą się mówić po polsku, czasem jak odkrywają że gość hotelowy do Polak robią się nienaturalni i lekceważący jakbym był rodakiem, który przyjechał odebrać im pracę. Nie kupuję wytłumaczenia, że w pracy nie wolno rozmawiać im po polsku. Pamiętam jak w czasie studiów sam szorowałem toalety w Stanach, nigdy tego nie ukrywałem a z perspektywy czasu nie uważam tamtych wakacji za straconych.
Na pamięć nauczyłem się trasy taksówki z City do Mayfair. Po mijanych punktach miasta nawet z zamkniętymi oczami potrafiłbym odgadnąć czas i dystans do celu podróży: Tower, St Magnus House, Upper Thames St, z dala London Eye i Big Ben, sfinks i lwy na Victoria Embankment, Trafalgar Square, National Gallery wreszcie Stratford – czuje że jestem w Londynie.
Nie mam przekonania do instytucji eskorta: czy w Polsce czy w Anglii, za 50zł czy 150funtów i tak nie przychodzą osoby ze zdjęcia – można się zrzygać. Zdarzają się przypadki takich co nieproszeni pakują się obcym do lóżka…
Głupiej torby życie nic nie nauczyło…
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.