Barcelona – ostatnie dni przed powrotem

Zaczyna się niezła szopka, Hiszpanie zostawiają nam swoje sprawy, obowiązki, nie służą nam już prawie swoją pomocą i doradztwem, każdy jest skazany na samego siebie i na notatki, które robił podczas szkoleń, rozmów, co wyniósł i zapamiętał ze spotkań…
Mój David jest przynajmniej spoko, rzadko spotyka się kogoś tak cierpliwego, odpowiedzialnego i wyrozumiałego jak on. Myślę, że miałem szczęście, że na niego trafiłem.
Rozmawiałem z Polką, która pracuje w zamykanym oddziale naszej firmy – powiedziała, że za 2-3 lata i nas to czeka, z dnia na dzień dowiemy się, że musimy przekazać wiedzę naszym następcom a my sami wylądujemy na bruku, bo szans na awans nie dla wszystkich starcza.

Wczoraj miałem pierwszą interakcję z klientem z Irlandii – Pat Hash czy jakoś tak, bo nie zrozumiałem.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

w pracy

Bałagan jest straszny, od wczoraj praktycznie zaczęliśmy pracować sami a Hiszpanie mają nas tylko wspierać. Rzeczywistość jest jednak inna: dwoje superwisorów w ogóle nie pojawiło się w pracy, nie pojawiają się dopóki my nie wyjedziemy. Panuje straszna dezinformacja, każdy mówi co innego, brakuje nam kopów, sprawnych drukarek, po prostu szał cipy. Moj szef biega i próbuje załatwić wszystko na prędce.

W niedzielę wybrałem się do Sitges na plażę, spędzić dzień pełen relaksu i słodkiego nic nie robienia. Chodziłem sobie po plaży, poopalałem się, zjadłem lunch. Ile razy jestem nad morzem uwielbiam chodzić wzdłuż plaży i taplać stopami w wodzie. Słońce tak cudnie przygrzewało, że aż nie chciało mi się wracać do Barsy.

W sobotę wracam do domu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

zwiedzanie

Na śniadaniu przez dobrą godzinę siedziałem z dziewczynami przy stoliku porównując wrażenia z wycieczki o mieście.
Kilka lat temu będąc z rodzicami na wczasach w Hiszpanii wybraliśmy się na przedstawienie świtała i dźwięku przy fontannie na Plaza d’Espana. Teraz oglądając to samo widowisko w świetle dnia, w takt dziwnej składanki muzyki rap, house i hip hop w ogóle nie zrobiło ono na mnie wrażenia. Kiedyś trwało jakby dłużej, muzyka była klasyczna. To co zostało z tamtego przedstawienia można śmiało porównać do kiczowatego show.
Razem z M i D pojechaliśmy na Tibidabo. Mocno rozklekotany i wiekowy tramwaj żółwim tempem zawiózł nas do pierwszego przystanku gdzie przesiedliśmy się do kolejki. Przez krotka chwile znów poczułem się jakbym był w San Francisco i jechał do pracy na Taylor i Sacramento w Nob Hill.
Panorama miasta z Tibidabo jest cudna. Na niebie tego dnia nie było nawet jednej chmurki, mogliśmy do woli pstrykać fotki.
W drodze do portu utknęliśmy w gigantycznym korku przy Parku Olimpic. Akurat zaczynał się mecz i fani zatarasowali ulice. Pierwszy raz w życiu widziałem jak sześciu rosłych chłopa przenosiło ogromne czarne Audi by w ulicy mógł zmieścić się nasz autobus.
Lunch w Hucie był bardzo obfity, serwowano zestawy standardu XXL. Dzięki globalizacji, czy wejdzie się do McDonald’s, TGI Friday’s, Dunkin Donut’s czy Pizza Hut zawsze można liczyć na ten sam standard podawanych posiłków (czyt. paszy) i oferowanych usług ( czyt. aggresively friendly attitude).
Ostatkiem sił pojechaliśmy autobusem po „zielonej” trasie. Green line okazała się najnudniejszą z tras – Port Olimpic, wioska olimpijska to dawne ulice przemysłowe, więc nie ma się czym tam zachwycać. Pomiędzy starymi pozbawionymi architektonicznego wyrazu budynkami, wybudowano kilka designerskich rzeźb, park i tyle. Porażka.
Przez całą przejażdżkę nie spotkaliśmy nawet jednego ludzia – takie zadupie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Syndrom koreańskiej wycieczki

Pobudka. 8 rano. Wstaję, gole się, ubieram i schodzę na śniadanie.
Pierwszy szok – w lobby są tłumy ludzi, wszystkie sofy, kanapy i fotele są pozajmowane, przy recepcji i windach tłoczą się masy ludzi. Wszyscy się przekrzykują, słychać odgłosy rozmów i śmiech.
Kieruję się do sali restauracyjnej i znów szok. Nie mogę znaleźć choćby jednego wolnego stolika, wszystkie są okupowane. Szybkim spojrzeniem próbuję zlokalizować kogoś z obsługi – niestety nie dostrzegam nikogo.
Zrezygnowany wracam do pokoju. Decyduję się zejść na śniadanie za 30-40 minut, kiedy sala nieco opustoszeje.

O 10 zjeżdżam windą. Ludzi jakby mniej, ale stolików wciąż brak albo brakuje przy nich czystych nakryć.
Postanawiam dosiąść się do E. i K.. Nie jest nam za wygodnie, bo stolik jest 2 osobowy, ale przy najmniej jest na nim czysto. Niestety nie mam nakrycia. Załatwiam sobie talerz oraz serwetkę i ruszam po coś do jedzenia. Okazuje się, że wędlin i serów już nie ma. Klnę cicho pod nosem. Ostatnie 2 tosty lądują na moim talerzu. Ideę po sztuce, ale dostaję tylko widelec – nawet czysty, noże i łyżki wyszły. Mam ochotę napis się kawy, ale brakuje dla mnie filiżanki.
E. zdobywa dla nas jeden widelec i łyżeczkę, mamy niewiarygodne szczęście, bo przy naszym stoliku jest już sól i cukier. Mamy 3 talerze, 2 widelce, jeden nóż i łyżeczkę. Chcę nalać sobie soku, ale załapuję się tyko na jakieś fusy na dnie.
Gdy przynoszą wędliny i ser razem z E. dzielimy się na jednoosobowe zespoły i stajemy w obu kolejkach. Przypadkiem udaje mi się zdobyć filiżanki do kawy.
Triumfalnie wracam do stolika, ale na dzbanek z kawą musimy wciąż czekać.
Nagle E. dostrzega, że uzupełnili dzbanki z sokami. Biegnę, ale okazuje się, że teraz brakuje szklanek. Właściwie jest jedna, ale brudna – nawet bez patrzenia pod światło widać, że cała jest w paluchach. Rezygnuję z niej a w ułamku sekundy znajduje się inny chętny. Znów wkurw.

Pani wreszcie przynosi nam do stolika kawę. Jakiś przygłup sprzątnął nam jednak w międzyczasie nasze filiżanki, więc nie mogę się napić. Powoli zaczynam się gotować w środku. Przecież mówiłem K. żeby pilnowała naszych rzeczy, gdy my oboje z E. walczymy o pokarm. Niespodziewanie podchodzi do nas D. Ona ma swoja filiżankę, ale nie może doprosić się kawy. Pyta czy może nalać sobie naszej. Zaraz po niej przychodzi M – kolega tej, co ma filiżankę i prosi o to samo. Niechętnie aczkolwiek zgadzam się. Potem chuj mnie trafia i zasłaniam dzbanek przed innymi osobami. Nie oddam kurwa.

Znów rzucają wędliny, ser, nawet pomidory. Niestety nie załapujemy się. Na szwedzkim stole nie zostaje już nic: ani wędlin, ani sera, ani jogurtów, patera z owocami została przez kogoś doszczętnie splądrowana, w piecyku zostało coś, co było kiedyś jajecznicą – walają się tylko spalone kawałki tostów i napoczęte masło. Kątem oka dostrzegam kukurydziane płatki i serce zaczyna mi mocniej bić. Niestety radość nie trwa długo – nie ma misek ani głębokich talerzy. Znów trafia mnie szlag.

Od czasu do czasu odchodzę od stolika, ale nie spuszczam go z oka w obawie przed splądrowaniem tego, co udało nam się zdobyć. Na podłodze, między stołem a innymi stolikami dostrzegam soczysty plasterek wędliny. Snuję plan jak dyskretnie sprawić by znalazł się on na moim talerzu.
E. sugeruje mi, żebym niechcąco w niego wdepnął, przyklei mi się wówczas do podeszwy buta a w zaciszu własnego pokoju będę mógł spokojnie go sobie zeskrobać przy pomocy szczoteczki do zębów tudzież pilniczka do paznokci.

Śniadania w Novotelu przypominają czasem prawdziwe pole walki.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Dziwaczeje

Śpię po 8-10 godzin na dobę. Rano, gdy dzwoni budzik i tak mam ochotę spać dalej. Ani razu jeszcze nie wylazłem z lóżka zaraz po przebudzeniu.
Jak tylko wprowadzę się już do nowego mieszkania zafunduję sobie identyczne, ogromniaste, miękkie wyrko, z materacem, tyle że z poręczą…

W ogóle przestałem chodzić na śniadania odkąd zauważyłem jak rośnie mi bęben, efekt ciągłego przesiadywania za biurkiem. Jeden posiłek na dzień zupełnie mi wystarcza. Nie dość, że serwują zawsze kilka bardzo smakowitych specjałów, to jeszcze do woli mogę sobie pofantazjować na temat tych wszystkich ogierów, których spotykam w porze lunchu.

Wchodzę dziś do sali gdzie siedzi mój hiszpański kolega i pytam się: „Can I take this sheet?” a on mi ze śmiechu o mało, co się nie udusił…
Wszyscy Polacy kpią tutaj z jego: manajer, carrrental i buton (manager, car rental, button) więc teraz jesteśmy kwita.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

Sitges

Chłopaki zabrali dziś całą naszą ekipę za miasto, na wspólną kolację w fajnym miejscu.
Pierwszy raz od przylotu rzeczywiście poczułem się jakbym był w Hiszpanii.
Były palmy, ciepły wieczór, promenada, molo, miękki, ciepły piasek, szum morza, muszelki, kafejki przy deptaku, leżaki na plaży, paella i sangria – nic dodać, nic ująć.
Jak na to miejsce przystało naturalnie nie zabrakło też przystojnych homików…

Wpadłem na pomysł by spędzić tu urlop.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Męska TIRówka

No i wyszło szydło z worka. Dowiedzieliśmy się jak naprawdę będzie wyglądała nasza codzienna praca.
Hugon mało mnie nie strzelił pod koniec dnia w pracy….
Almudena przydzieliła mi niegramotną L, która w ogóle nie poczuwa się do obowiązku dzielenia się ze mną swoją wiedzą.
Od rana uprawiam „shadowing” bezmyślnie krocząc za nią z kąta w kąt.
Daje tej lasce szanse, ale jak nie posłucha to bez wahania uruchomiam machinę służbowych zależności.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

double decker

Rano wstałem lekko otępiały. Razem z paroma osobami zerwaliśmy się wcześniej z imprezy, bo każdy planował wstać wcześnie rano, zjeść śniadanie i ruszyć w miasto. O poranku tzn. o 11 stwierdziłem, że będę musiał trochę zweryfikować swoje plany, bardzo opornie szło mi wstawanie, golenie się, prysznic i w ogóle. Dobrze że od rana świeciło słońce, bo inaczej zostałbym w łóżku chrzaniąc śniadanie i atrakcje turystyczne miasta…
Laski, które miały jechać ze mną ostatecznie nie pojechały, dogorywały na mega kacu do późnych godzin popołudniowych.

Razem z D. i M. około 12 siedzieliśmy już w pociągu z Sabadel.
Kupiliśmy sobie bilety weekendowe na 3 linie turystyczne, które kolorowym double deckerem obwoziły nas po najważniejszych atrakcjach stolicy Katalonii.
Na nieszczęście w ciągu dnia kilkakrotnie złapał nas deszcz, na zdjęciu przy promenadzie wyszedłem jakbym stał, co najmniej na stacji wygwizdów z dziwna mina-grymasem jakby wokół mnie było co najmniej -15 stopni mrozu. Brrrr

Na Francesc Macia Diagonal odkryłem przypadkiem świetną włoską knajpę idealną na lunch.
Niesamowity był tam widok: kilka zielonych papug biegało po trawniku razem z gołębiami.

Nasza tour tego dnia obejmowała: La Pedera Gaudiego, Placa de Catalunya, Les Punxes, Sagrade Familie, Gracie, Park Guell, Sarrie, Palau Reial-Prevellons Guell, stadion FC Barcelony, F. M. Diagonal, Parc Joan Miro, Placa d’Espanya, CaixaForum, MNAC, Anella Ilimpica, Montjuic, Miramar-Jordins, WTC, Port Vell, Port Olimpic, Parc la Ciutadella, Pla de Palau, Barri Gotic i Ramblas.
W autobusach natknęliśmy się na przeróżnej maści turystów: od rozwrzeszczanych natapirowanych, z kolorowymi włosami, niepogodzonych z własnym upływającym wiekiem Skandynawek, po atrakcyjnych dobrze zbudowanych Angoli oraz obwieszonych aparatami Japończyków. Nie starczyło nam czasu na przejażdżkę po industrial distric.

Późno w nocy, nieźle wymęczeni wróciliśmy razem do hotelu. Nie miałem już siły iść z dziewczynami do nocnego klubu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pierwsza wspólna impreza

W piątek po egzaminie wszyscy wróciliśmy do hotelu.
Byłem tak wypluty, że szedłem pieszo choć pogoda nie była stworzona do tego typu spacerów. Po prostu parowało mi z mózgu…
Ledwo przekroczyłem próg swojego pokoju zmęczenie minęło jakby za dotknięciem magicznej różdżki i po pół godzinie byłem gotów jechać do San Cugat spotkać się z naszymi trenerami na piwko.
W Polsce trwała żałoba po pogrzebie papieża a wśród nas… fiesta.
Jedno piwko pociągnęło za sobą 3 następne, J.L. razem z A. zmęczeni po całym tygodniu szkolenia nas postanowili się wyluzować i też nie żałowali sobie niczego – ‘come on we were doing’ this fucking training’ – wystrzelił jeden po drugiej kolejce.
Byliśmy najgłośniej zachowującą się grupą w całym barze-spelunce. Zastanawiam się, co myśleli o nas Polakach lokalni menele, w końcu Polska to kraj w 99,9% kraj katolicki a po nas żałoby jakoś widać nie było.
O 23 wyrzucili nas i musieliśmy ewakuować się w inne, bardziej podejrzane miejsce. Na dworze tej nocy było potwornie zimno…
Kolejne piwo, gra w piłkarzyki z J, kilka jednoznacznych spojrzeń z obsługa baru i byłem w raju…
Ostatnim pociągiem o 1 w nocy wracałem do San Cugat – rano chciałem wcześnie wyruszyć na zwiedzanie Barcelony.
J.L. spał u M. na kanapie, A. wylądował w pokoju u K. – rano wszyscy mieliśmy podkrążone oczy i nieznośny ból głowy…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Barcelona – dzień 6

Przez cały dzień myślałem o tym by wreszcie wrócić do pokoju hotelowego i spokojnie przejrzeć materiały ze szkolenia. Na piątek zapowiedziano nam egzamin z części teoretycznej przejmowanego systemu rozliczania pracowników. Skończyliśmy zajęcia, o 17 ale praktycznie do 20 wszyscy zostaliśmy w firmie żeby wyjaśnić nasze wątpliwości a propos materiałów, które dostawaliśmy w trakcie. Zaczęły się piętrzyć przed nami problemy i niejasności, w konsekwencji gdy wreszcie wyszliśmy z budynku każdy z nas marzył o tym by wrócić do pokoju, wziąć prysznic i w spokoju pomyśleć nad wszystkim i jakoś to ogarnąć.
Razem z M wyszedłem na chwilę na fajkę, potem zeszliśmy na 5 min na piwo do hotelowego baru no i…
Spotkaliśmy Polaka z oddziału naszej firmy, z którym zabalowaliśmy do 1 w nocy, potem doszedł do nas jeszcze szef ISO, nasz menadżer i imprezka sama się rozbujała…
Nie uczyłem się niczego, nie zdążyłem, rano miałem kaca a egzamin napisałem na chybił trafił…
Ponoć głupi ma szczęście.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz