Dzień 2 – biuro

W nocy spałem niespokojnie – budziłem się dwa albo trzy razy. Najpierw zrobiło mi się za zimno, więc wyłączyłem klimatyzację. Po paru godzinach atmosfera w pokoju zrobiła się duszna, zacząłem się pocić i w końcu musiałem wstać, żeby na nowo włączyć chociaż lekki nawiew. Wrażenie było takie, jakby ktoś prowadził ze mną eksperyment: „zobaczymy, ile ten człowiek wytrzyma w zmieniających się warunkach klimatycznych”.

Rano wstałem o 5., gotowy zmierzyć się z tym, co przyniesie nowy dzień. Wskoczyłem w garnitur, zamówiłem taksówkę i już po sześciu minutach byłem pod biurem klienta. I tak oto stanąłem przed olbrzymią stalowo-szklaną wieżą – kolejnym dzieckiem petrodolarów w West Bay.

Moje biuro mieściło się na dziesiątym piętrze. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brudne okna – wszędzie gruba warstwa piasku, jakbyśmy siedzieli pośrodku pustyni.

Przed przyjazdem do Kataru drżałem na samą myśl o letnich upałach i czy je dam radę znieść . Tymczasem rzeczywistość zrobiła ze mnie ofiarę klimatyzacji. Na zewnątrz słońce praży tak, że asfalt dosłownie się topi, a w środku – lodówka. Mam wrażenie, że pracuję w magazynie mrożonek, temperatura nie odpuszcza: sztywne 16 stopni, chodzę cały czas w marynarce i czuję się jak pingwin na wybiegu.

Posadzili mnie w pokoju z sześcioma innymi osobami. Atmosfera? Totalny surrealizm – cisza tak głęboka, że słychać, jak muchy przymarzają do biurka, ludzie wymieniają między sobą jedno słowo na godzinę, a telefony czy telekonferencje telekonferencje prowadzi się wyłącznie w specjalnych salkach, jakby były to tajne rozmowy agentów wywiadu. Ja – konsultant z zewnątrz, czuję się trochę jak intruz, który trafił na tajemnicze spotkanie loży milczenia.

A żeby było jeszcze zabawniej to od rana nie działało mi Wi-Fi. Myślałem, że ktoś mi pomoże, ale usłyszałem tylko: „Dział IT, 8p., idź i sobie załatw”. No i tyle. Lunch? Długo nie wiedziałem czy on tu w ogóle istnieje. W pewnym momencie ludzie po prostu zniknęli, jakby pochłonęły ich ściany.

Pracuję od 7:30 do 16:00, praktycznie bez przerw na kawę, bez rozmów – nie dlatego, że jestem taki pracuś, tylko po prostu nie ma gdzie. Na piętrze jest małe pomieszczenie gospodarcze: lodówka, szafka z naczyniami, mały ekspres i wielki baniak z wodą, stoją tam dwie osoby i już jest tłok, usiedzieć się nie da, bo nie ma nawet krzesła.

To dopiero pierwszy dzień, więc staram się nie oceniać, ale mam wrażenie, że rozpocząłem pracowniczą przygodę w krainie lodu i ciszy.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 1 – wylot do Kataru

Pakowanie skończyłem późno w nocy, zdecydowanie za późno. O północy dopadła mnie panika, bo byłem przekonany, że nie zmieszczę się ze wszystkim do jednej walizki. Na szczęście, po kilku podejściach udało się w końcu ją domknąć. Spałem może dwie godziny – sen był tak płytki, że kiedy obudził mnie przeraźliwy dźwięk dzwonka, miałem wrażenie, że umarłem i ktoś właśnie reanimuje zombie, przez chwilę byłem nawet przekonany, że przespałem samolot.

Taksówka przyjechała punktualnie o 3.30. Na lotnisku marzyłem już tylko o tym, żeby wejść na pokład samolotu i uciąć sobie drzemkę. Na lotnisku w Warszawie najpierw postawiłem się na nogi podwójnym espresso i obfitym polskim śniadaniem, a potem ruszyłem w stronę bramek.

W samolocie do Dohy miałem nadzieję na miejsce przy wyjściu awaryjnym, tak żeby móc spokojnie i wygodnie wyprostować nogi. Niestety, ktoś mnie ubiegł i wylądowałem na samym końcu maszyny. Zasnąłem niemal od razu i tak przeleciało mi te kilka godzin: trochę snu, trochę jedzenia, budziłem się tylko wtedy, gdy serwowano napoje i posiłki – tak upłynęło pięć godzin lotu, na przemian drzemki i kieliszek czerwonego wina.

Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że samolot nie był Qatar Airways, tylko Oman Air i różnica była wyraźna. Maszyna była rozklekotana ale w porządku, zdecydowanie brakowało tego komfortu, do którego przyzwyczaiły mnie loty na trasach do Islamabadu czy Kuala Lumpur.

Wylądowaliśmy o 16:00. Na zewnątrz czekała mnie ściana gorąca: 41 stopni i lepka wilgoć, która dosięgnęła mnie dopiero między budynkami, gdy błądziłem w poszukiwaniu Ubera.

Hotel okazał się przyjemnym zaskoczeniem: przestronny pokój na 19. piętrze, świetny widok i wygodne łóżko. Planowałem popracować, ale rozsądek zwyciężył: rozpakowałem się, zrobiłem kawę i pozwoliłem sobie na długą kąpiel.

A jednak spokój był tylko pozorny, pod powierzchnią czaił się ciężar, czuję narastający niepokój i w tle cały czas siedzi myśl, że to dopiero cisza przed burzą. Jutro najprawdopodobniej czeka mnie prawdziwy maraton spraw do dopilnowania. Mam wrażenie, że fala obowiązków i terminów dopiero się na mnie wyleje. Przygotowuję się na to mentalnie, bo wiem, że kolejne dni nie będą łatwe. Teraz chodzi tylko o jedno: przetrwać i nie zwariować

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Na 10 godzin przed wylotem

Do wczoraj do późnego wieczora nawet nie wiedziałem, czy w ogóle dostanę zgodę na ten wyjazd. Organizacja służbowego delegowania w dużej firmie to koszmar – multum zgód, formularzy i procedur. Doprowadziło mnie to do kompletnego wyczerpania. Sam się zastanawiam, jakim cudem jeszcze znalazłem w tym wszystkim czas i siłę, żeby uczyć się i przygotowywać do nowej roli w Katarze. Oczekiwanie jest takie, że w niedzielę wejdę do biura, jakbym pracował tam od dawna: znał ludzi, procesy, wszystko – ogromna odpowiedzialność i presja.

Pewnie trochę przesadzam – w końcu jadę tylko na sześć tygodni – ale stres jest gigantyczny. Mam wrażenie, że ciąży na mnie góra zobowiązań. Wiem jednak, że chcę się pokazać z jak najlepszej strony, więc staram się przygotować najlepiej jak mogę. A cała logistyka, formalności i pakowanie tylko dokładają kolejną warstwę zmęczenia.

Równolegle zaczęły się pożegnania ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I dziś rano, kiedy wreszcie zarezerwowałem lot i potwierdziłem adres swojego nowego, choć tymczasowego, domu – poczułem najpierw ulgę, że to już załatwione. A potem uderzyło mnie, że nie ma odwrotu. Naprawdę jadę.

Pakując się, sam się zaskoczyłem – miałem łzy w oczach. Dwadzieścia lat temu, kiedy wyjeżdżałem do Szwajcarii, w ogóle tego nie czułem, nie było we mnie tego sentymentu ani tej dziwnej słabości. Teraz jest inaczej. Z jednej strony cieszę się na tę szansę, nową przygodę, z drugiej – wiem, co zostawiam za sobą w Polsce.

Mam świadomość, że kiedy w niedzielę przekroczę próg biura, stres sięgnie zenitu. Każdy kolejny dzień będzie zmaganiem się z nową rzeczywistością i trochę też ze mną samym. Niesamowite, jak z perspektywy czasu zmienia się podejście do takich wyjazdów.

Na szczęście to tylko sześć tygodni. Jeśli mi się nie spodoba – wrócę i zapomnę o całej historii. A jeśli projekt nie wypali – po prostu mnie ściągną z powrotem. Mimo zmęczenia czuję jednak, jak buzują we mnie emocje i adrenalina. To naprawdę dziwne uczucie – balans między strachem a ekscytacją.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Piosenka ostatnich dni

Od kilkunastu dni słucham w kółko jednej piosenki:

Bardzo nam zależy na tym, żeby nie dotknąć ziemi. Pozwalamy kwiatom zakwitnąć na wiosnę. Wszyscy ludzie nucą na wietrze, rozdzierając ich szaty i obmywając swoje grzechy.

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Och, dlaczego nie możemy żyć i uczyć się na naszych grzechach, dlaczego nie przyjąć, że twój Pan jest złodziejem?

Z takim pięknym uśmiechem pod spodem, zabieram cię na dół i błagam na kolanach i teraz

Teraz wszyscy jesteśmy już tak skonfigurowani i ledwo żywi, ale mimo to staramy się przetrwać, powoli, kontrolowanie, jakoś.

Dodaj komentarz

Czwartek

W każdej globalnej korporacji czają się ukryte potwory: ubrane w garnitur słów procedury i polityki. Wczoraj zderzyłem się z jednym z nich: polityką podróży służbowych. Dla niewtajemniczonych jest to jak ściana, zimna i obojętna, która wyrosła przede mną mur ze stertą dokumentów, wyjaśnień, wyliczeń, potwierdzeń i wniosków. Za każdym razem, gdy wysyłałam cały komplet, okazywało się, że to tylko brama do kolejnego korytarza – inny zespół, nowy punkt, następna analiza.

Dziś rano przyszła pierwsza porażka: odrzucono mnie z powodu brakujących dokumentów, a przecież wydawało mi się, że wysłałam wszystko. Poproszono mnie o uzupełnienie brakujących danych, co więc zrobiłem … ale dopiero wieczorem. W ciągu dnia pochłaniał mnie bowiem nowy klient w Katarze – a on jest teraz moim absolutnym priorytetem, ważniejszym niż wszystkie papierowe labirynty.

Wieczorem, już wykończony, znów siadłem do formularzy. Wypełniałam, tłumaczyłam się z oczywistości, zaczynałam procedurę raz, drugi, trzeci… aż w końcu system przepuścił mnie dalej. A przecież mój lot zaplanowany był na piątek, 5:35 rano.

W tle pojawiła się jeszcze gorsza wieść: że być może za wszystko będę musiał zapłacić sam – lot, hotel, sześć tygodni pobytu. Perspektywa, że moja firma, która mnie tam wysyła, mogłaby zostawić mnie samego z tym ciężarem, była absurdalna i przerażająca. W głowie rodził się bunt: mogę być elastyczny, mogę być pokorny wobec sytuacji, ale nie zapłacę trzydziestu pięciu nocy w hotelu z własnej karty kredytowej.

Dopiero dziś, pod koniec dnia – około siedemnastej – przyszła decyzja: mam zgodę na wyjazd do Kataru, aż do końca września. Brzmiało to jak wybawienie a jednocześnie ironia losu, bo hotelu nadal nie miałem, lotu też nie. Plan z piątkowym porannym wylotem rozpadł się jak domek z kart.

Wracałem do domu z mieszanką ulgi i zmęczenia. Tam – bałagan, jak zawsze, bo codziennie rano próbuję jeszcze ogarniać mieszkanie: myję podłogi, odkurzam, wynoszę śmieci. Lodówka opróżniona, bo wiem, że przez sześć tygodni będzie stała pusta. Staram się zostawić wszystko w porządku, jakbym wybierał się w długą wyprawę.

Siedemnasta – zgoda. O 18:30 byłem już w domu. Wiem, że polecę w sobotę, a nie w piątek. To da mi choć chwilę, by odetchnąć, przejrzeć dokumenty i projektowe plany, na które przez cały tydzień nie miałem ani głowy, ani czasu.

I tak siedzę teraz, półprzytomny, z dziwnymi pomysłami w głowie. Wpadłem nawet na to, że zawiozę klientce prezent – kawę i kabanosy Tarczyńskiego i gdyby za bardzo mnie zirytowała, mógłbym ją „ochłodzić” butelką z rozpylaczem pełnym świńskiej krwi. Absurd, wiem, bredzę, jestem wykończony, ale jutro znów wstanę o świcie i znów pójdę do pracy.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wtorek

Dziś dzień codzień, zaczął się jak zwykle dokładnie punkt 7:00, kanapka w jednej ręce, kawa w drugiej i lekko krzywy uśmiech, z niewyspania. Różnica jedynie była taka, że tym razem to oficjalnie mój trzeci dzień pracy przy projekcie w Katarze.

Cały dzień praktycznie zleciał mi na telekonferencjach, tylko w przerwach mogłem złapać się z trenerką, która tłumaczyła mi niuanse i szczegóły, o których na oficjalnych spotkaniach nic się nie mówiło.

Dzisiaj też w końcu padła odpowiedź na pytanie, które od dawna mnie męczyło: na jak długo tam właściwie jadę i okazało się, że nie na 6 tygodni, jak wcześniej myślałem, tylko na 5. Mogą to przedłużyć o tydzień, ale dla mnie to bez różnicy, wręcz lepiej, bo dzięki temu będę mógł wrócić wcześniej i trochę odpocząć przed kolejnym wyjazdem do Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu.. Zapowiada się, że wrzesień i październik spędzę głównie na lotniskach.

Dziś w firmie oficjalnie ogłoszono mój wyjazd. Podczas cotygodniowego spotkania moja przełożona wymieniła mnie jako osobę, która poleci do Kataru. Oczywistą oczywistość posypały się gratulacje. Potem miałem jeszcze kilka telefonów z pytaniem: „Jak ty to zrobiłeś?”. A moja odpowiedź niewzruszenie ta sama: Po prostu byłem najlepszy.” 

Reakcje kolegów i koleżanka – bezcenne.

A tak poza tym w tle codzienność. W zeszłym tygodniu kupiłem spodnie na wyjazd, ale trzeba je było skrócić, już miałem szukać krawcowej, aż w rozmowie koleżanka przypadkiem powiedziała, że może mi pomóc. I tak oto w ramach wolontariatu wpadła do mnie, na wejściu kazała ściągnąć mi spodnie i klęknęła przede mną, wzięła miarę, a trzy godziny później dostałem od niej SMS-a: Spodnie gotowe.” Niby drobiazg, ale sprawił mi naprawdę wielką radość.

Opublikowano praca | Otagowano , | 6 Komentarzy

Poniedziałek

Dzisiejszy dzień był prawdziwą próbą sił.
Noc właściwe nie istniała bo przewracałem się z boku na bok, a kiedy zegar wskazał drugą, wiedziałem, że o śnie mogę zapomnieć. Do piątej trwałem w czuwaniu, z bijącym sercem, a o siódmej już byłem w biurze gotów, bo właśnie wtedy grom moich kolegów w Katarze zaczynało swoją zmianę.

Nie przejrzałem wcześniej żadnych materiałów z dnia poprzedniego, co gryzło mnie jak moralny kac. Obiecałem sobie, że rano nadrobię braki choćby tylko po to, by nie wyjść na kompletnego ignoranta. Punktualnie o 7, odezwała się do mnie koleżanka prowadząca szkolenie. Zwykłe „cześć, jesteś online?” niby drobnostka, a poczułem się, jakby nagle ktoś w zawoalowany sposób sprawdzał, czy jestem na miejscu. Z jednej strony mnie to uderzyło, z drugiej miałem w głowie tę samą myśl: kto normalny w Polsce zaczyna dzień tak wcześnie?

Dalej był już tylko maraton. Spotkanie za spotkaniem, aż w końcu rozmowa z klientką – kobietą wymagającą, twardą i ostrą. Jej niemerytoryczne uwagi cięły bezlitośnie a sposób, w jaki mówiła, zostawiał ślad. Wiedziałem, że w przyszłości będzie mnie testować, próbować zdyskredytować przy innych, ale pomyślałem sobie że nie zamierzam udawać eksperta, którym nie jestem. Postanawiam być sobą – nawet jeśli to oznacza ciężką przeprawę przez następne kilka tygodni.

Na szczęście trafiło się i spotkanie z product managerem. Rozsądny człowiek, spokojny głos. Francuz który potrafił mówić o trudnych rzeczach prosto, jasno i dał mi poczucie, że nie jestem sam, że jeśli cokolwiek się posypie – mogę na niego liczyć, był jak oddech świeżego powietrza w dusznym pokoju pełnym spotkań.

A klientka to prawdziwy żywioł. Kiedy zapytałem, co mógłbym jeszcze dla niej zrobić, rzuciła tylko: „Już raz odpowiedziałam na to pytanie. Drugi raz nie zamierzam.” Wytknęła błędy, które wcale nie były naszymi winami, a do tego zażądała, by od przyszłego tygodnia każdy wiedział, że M. nie ma, bo teraz jestem ja.

Rano w biurze byłem na skraju wyczerpania, po bezsennej nocy czułem, że brakuje mi tlenu, a jednocześnie wszyscy wokół gratulowali mi nowej roli i klienta. Tyle że ja nie miałem głowy do gratulacji. Całą uwagę pochłaniała myśl o tym, co mnie czeka – rozmowa, presja, odpowiedzialność, zadania.

Na koniec dnia pojawiła się kolejna wiadomość – moja wiza do Kataru może być zatwierdzona już jutro, co oznacza, że być może będę musiał ruszyć wcześniej, niż planowałem. Ta niepewność zżera mnie od środka, a jednak wiem że zdołałem się dostosować. Elastyczność stała się moją tarczą obronną i może nikt inny nie podchodzi do nowych sytuacji z taką pokorą, a jednocześnie z takim uporem i wiarą w siebie jak ja.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Niedziela

Po tym, jak zostałem przyjęty do projektu, ruszyła cała lawina logistyki, wymiany maili, planów i ustaleń na najbliższe dni. Wszystko brzmiało ekscytująco, ale szybko okazało się, że diabeł tkwi w szczegółach – największym problemem była wiza. Wszyscy dookoła mówili, że spokojnie wjadę na turystycznej, a tu nagle niespodzianka: do Kataru potrzebuję wizę pracowniczą. Szczerze? Wcale mnie to nie zdziwiło, w końcu mówimy o wyjeździe służbowym na tygodnie, a może nawet miesiące. Przyjąłem to więc ze stoickim spokojem.

Z koleżanką, która miała przekazać mi wiedzę, ustaliłem, że w poniedziałek punkt 8.00 rano zaczynamy szkolenie. Brzmiało klarownie. W międzyczasie skrzynka pocztowa płonęła od wiadomości – dowiedziałem się m.in., że nie pojawię się w biurze w Katarze 14 sierpnia, jak planowano, tylko tydzień później, a do tego czasu pracuję zdalnie.

Czwartek wieczorem wróciłem do domu padnięty, a w głowie miałem tylko to, że w piątek, mimo dnia wolnego, dalej tkwię w starym projekcie. I tak cały piątek przeleciał na rzeczach, z którymi wolałbym nie mieć już nic do czynienia. Sobota – zakupy, trochę roweru, próba złapania ostatnich chwil relaksu przed nowym etapem. Nawet sprawdzałem maila, żeby zobaczyć, czy nie ma zaproszenia na poniedziałkowe spotkanie i dziwne, bo nic nie przyszło, ale myślałem sobie: „Spokojnie, mamy przecież dogadane”.

Sobota – kolejna jazda na rower, wróciłem zmęczony, marzyłem tylko o łóżku i spałem do późna.

Niedzielny poranek – przypadkiem rzucam okiem na służbowy telefon, którego zwykle nawet nie włączam w weekendy a tym razem miałem tylko wyciszony. I bum! Kilkanaście wiadomości, nieodebrane połączenia – wszyscy się do mnie dobijali.

Okazało się, że oni oczekiwali, że już w niedzielę o szóstej rano będę online, gotowy do pracy! Instalacja aplikacji, konfiguracje laptopa, cała zabawa w przygotowanie środowiska klienta. Dzwonili wszyscy: partnerka z Kataru, ludzie z Polski, chyba łatwiej byłoby powiedzieć, kto nie próbował się ze mną skontaktować.

Zatkało mnie. Odpisałem więc na szybko, trochę lawirując, że nie ma mnie w domu, że to chyba jakieś nieporozumienie, bo przecież umawialiśmy się na poniedziałek. Zaproponowałem że mogę włączyć się dopiero po 15, co nie spotkało się ze zrozumieniem. Usłyszałem parę gorzkich słów, a kawałki niedojedzonej bułki dosłownie stanęły mi w gardle. Stres sięgnął zenitu. Zamiast roweru było szybkie pakowanie i jazda do biura. Punkt dwunasta byłem online, instalowałem , konfigurowałem łapiąc oddech. O 14 ruszyło szkolenie. Trzy godziny intensywnego słuchania i notowania w głowie tylko jedna myśl: jak niby mam w trzy godziny przyswoić dwa lata czyjejś pracy?

Wróciłem do domu, a tu kolejne sprawy do ogarnięcia: zgody na wyjazd, papierologia, logistyka a na deser błąd logowania do systemu. Idealnie. Jest 22:00, o 6. zaczynam dzień, więc pobudka po 4. Materiałów nie mogę nawet przejrzeć, bo nic mi nie działa. Wiem, że jutro będzie naprawdę ciężko.

I tak szczerze w takich chwilach człowiek ma ochotę rzucić to wszystko. Biurokracja, chaos, stres, pałowanie się z nie swoimi sprawami – a najgorsze, że sam dałem się w to wplątać. Pocieszam się tylko myślą, że w najgorszym razie nigdzie nie pojadę i będę miał święty spokój.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Przygotowania

Od środy w nocy wszystko zaczęło kręcić się wokół mojej przeprowadzki do Kataru. Do późnych godzin wysyłałem maile i rozmawiałem z ludźmi na miejscu, żeby jak najszybciej ogarnąć wizę pracowniczą. W korporacji, jak to w korporacji – na każdym kroku słyszę „nie”, „to nie takie proste” „nie ma jej” „nie wiem kto się tym zajmuję” albo „nie robimy tego, bo nie jest zgodne z polityką”, nawet jeśli mam budżet… aż mnie to mierzi, bo człowiekowi czasem naprawdę nikt nie chce pójść na rękę.

Jeszcze w nocy, na prośbę partnerki z Kataru, wysłałem ostatniego maila do naszego lokalnego partnera. A rano – zamiast jakiegokolwiek „super gratuluję” – usłyszałem pytanie: „czy to było konieczne, żeby go angażować?”. Na szczęście znajomi z biura podchodzą do tego zupełnie inaczej – cieszą się, gratulują, trzymają kciuki a ja w głowie mam myśl: „hej, ale przecież jeszcze nie wiem, czy naprawdę gdziekolwiek pojadę”. Czuję się trochę jakby w stanie zawieszenia – niby plany już są, niby przygotowania ruszyły, a jednak wciąż niepewność, czy wszystko wypali. Ale spakować się w trzy godziny i ruszyć w nieznane tak po prostu nie da się, więc i tak muszę działać.

W czwartek złożyłem wniosek o wizę, tu ogromne wsparcie mam od zespołu z Kataru. W piątek normalnie pracowałem, bo wciąż jeszcze funkcjonuję „na starym miejscu”. Jedyną rzeczą, którą udało mi się wtedy kupić, były dodatkowe spodnie.

Dziś rano, żeby uniknąć największych upałów, ruszyłem na większe zakupy. Nie cierpię przymierzania ubrań, ale co zrobić – trzeba było. Przejrzałem swoją szafę: garnitur leży idealnie, koszul mam wystarczająco, ale przeraziła mnie liczba T-shirtów, polówek i sportowych rzeczy. Tego do Kataru wziąć nie mogę, bo tam obowiązuje w pracy bardzo formalny dress code. Więc dzisiaj od rana latałem po galerii, odwiedzając sklep po sklepie, kompletując garderobę. I tak oto jeszcze nawet nigdzie nie poleciałem, a już wydałem mnóstwo pieniędzy.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Katar

Moje spotkanie z klientem trwało równe 12 minut. Cała zabawa polegała na tym, że pani po drugiej stronie waliła pytaniami jak z karabinu maszynowego, a ja musiałem odpowiadać w tempie olimpijskiego sprintera. Na szczęście miałem „tajną broń” w postaci koleżanki Rosjanki, która wcześniej mnie na to przygotowała.

Teoretycznie powinienem powołać się na „klauzulę sumienia” i stwierdzić, że absolutnie nie chcę z nią współpracować, ale stwierdziłem, że co mi tam, najwyżej będzie z tego przygoda. Rozmawialiśmy dwa razy po pół godziny aby poznać jej punkt widzenia i wiedzieć czego się spodziewać.

Na rozmowę z klientem poszedłem w trybie „luzik arbuzik” może nawet trochę za bardzo. Moja strategia brzmiała: będzie co będzie, najwyżej nic z tego nie będzie i nie była to najbardziej przemyślana taktyka w historii ludzkości, ale z drugiej strony to tylko kolejny klient, kolejne doświadczenie.

Po 12 minutach bombardowania pytaniami usłyszałem, że według tej pani jestem już gotowy na projekt, który czeka na mnie w Dosze. Grzecznie poprosiłem o oficjalne potwierdzenie od partnerki z Kataru, czy faktycznie wchodzę w ich branżę i do tego projektu. W odpowiedzi dostałem zrzut ekranu z telefonu, z którego jasno wynikało, że od najbliższej niedzieli mam się stawić na miejscu w Katarze. Czyli innymi słowy pakuj walizki Piotruś, przeprowadzasz się do Kataru!

Opublikowano praca | Otagowano , , | 10 Komentarzy