Nazajutrz plan był bardzo prosty: zjeść śniadanie, na spokojnie wypić poranną kawę, spakować się i nie robić niczego, co wymagałoby większego wysiłku. N. ogarnęła nam taksówkę do Polanicy i całe szczęście, bo choćby mi dopłacili, nie miałem zamiaru targać plecaka w tym upale. Niedziela miała być dniem totalnego luzu. Pojechaliśmy więc do Słonecznych Term Wielkiej Pieniawy, gdzie czekały na nas baseny z masażami podwodnymi, strefa saun, sauna fińska, łaźnia parowa i nawet śnieżna komnata – pełen pakiet regeneracji do wyboru po wczorajszym pieszym maratonie.
Humor nas nie opuszczał ani na chwilę. Pojechałem pierwszy z A, bo wszyscy razem nie zmieścilibyśmy się do auta. Siedząc potem na deptaku w Polanicy, otoczony plecakami i torbami, obserwowałem A., który z tą swoją ciemniejszą karnacją wyglądał jak uchodźca, który czeka na przydział miejsca w obozie.
Same baseny i sauny okazały się strzałem w dziesiątkę, po takim dniu wędrówek nie ma nic lepszego niż gorąca para, zimna woda i święty spokój. Do tego wizyta w saunie przeszła do historii korporacyjnych anegdot – nasz niegdyś pruderyjny kolega zrzucił kąpielówki szybciej niż A. klika „zaakceptuj” na randkowej aplikacji, nawet nie czytając opisu profilu.
Leżałem potem w basenie, biczowany wodą, patrzyłem w sufit i nie mogłem uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu byłem w upalnym i nudnym Katarze. A teraz? Polska, ładne widoczki, natura, znajomi, śmiech i relaks – wszystko, czego człowiek potrzebuje, żeby przypomnieć sobie, że życie to nie tylko sama praca i klimatyzowane pomieszczenia.
Wiedziałem, że po powrocie czeka mnie pranie, nazajutrz powrót do biurowej rzeczywistości, ale nawet to nie było w stanie popsuć mi nastroju. Po takim wyjeździe jednogłośnie stwierdziliśmy: trzeba to powtórzyć zimą. Tym razem koniecznie jakiś odludny, drewniany domek z sauną, jacuzzi i może jeszcze kominkiem, żeby było klimatycznie.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.