Katar?

Dziś rano może wydarzyć się coś wielkiego albo kompletnie nic. W sumie nie mam parcia. Myśl o Katarze to mieszanka „wow, to mógłby być mój ostatni taki wyjazd w karierze” i „serio, 45 stopni w cieniu, a ja w garniturze?”. Nie, dziękuję.

Z jednej strony to kuszące – historia, którą opowiadałbym latami. Z drugiej – nikt od nas nigdy tam nie pracował, więc po co mam się pchać w nieznane na siłę? Wczytuję się w opinie o życiu i pracy w Katarze, o dress code’ach, o tym, jak wygląda codzienność i coraz bardziej czuję, że moje wyjazdowe plany w góry z ekipą, już opłacone i dopięte na ostatni guzik są bezpieczną, ciepłą przystanią.

Może okaże się, że to była tylko ciekawa przygoda na papierze. A może, że to początek opowieści, której finału jeszcze nie potrafię sobie wyobrazić.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Może będę miał katar

W consultingowym świecie czasem trafia się taki moment, kiedy zegar zwalnia, a ty czekasz na kolejny projekt. To normalne, choć potrafi podciąć skrzydła. Mówi się wtedy, że najlepiej spożytkować ten czas na wspieranie innych inicjatyw w firmie – od sprzedaży, przez naukę, po współpracę z innymi zespołami – by nie stracić rytmu, formy i głodu ogólnorozumianego rozwoju. Najczarniejszy scenariusz znaczy utratę pracy.

Są okresy, kiedy to czekanie jest naturalne – poprzedni projekt dobiega końca, nowy jeszcze się klaruje. Ale czasem tzw. „ławka” się wydłuża. Rynek zwalnia, projekty się kurczą, a człowiek uczy się cierpliwości i tego, jak nie zardzewieć z nicnierobienia.

Dla mnie takie chwile to okazja do odpoczynku, ładowania wiedzy, szlifowania umiejętności i porządkowania materiałów z minionych projektów. To też czas, żeby utrzymywać kontakt z szefami i kolegami – nawet tymi mniej lubianymi – bo nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się zalążek nowej przygody.

Od kilkunastu miesięcy byłem jednak na jednym projekcie – stabilnym, wymagającym, ale też coraz mniej ekscytującym. Przewidywalność zaczęła wygrywać z adrenaliną, a jak to w korporacji: jeśli robisz swoją robotę dobrze i nie narzekasz, to dostajesz jej więcej. W praktyce – robiłem za dwóch, opiekowałem się 10 osobowym zespołem w Indiach, a jeśli coś szło nie tak, wszystko lądowało na moim biurku.

Od miesięcy powtarzałem swojej przełożonej, że chciałbym coś zmienić – najlepiej projekt związany z HR lub zarządzaniem zmianą. Niestety, takich okazji było jak na lekarstwo. Aż tu nagle – telefon. Partnerka z innego oddziału w Polsce szuka ludzi do wsparcia projektów. Moje CV powędrowało do niej, ostatecznie w świat, bez większych oczekiwań z mojej strony.

Ku mojemu zdziwieniu, już następnego dnia odezwała się z prośbą o rozmowę. Potem kolejne CV, kolejny kontakt – tym razem z zespołu w Katarze. A po dziesięciu minutach – wiadomość, że partner z naszego oddziału w Katarze chce ze mną porozmawiać.

Spotkanie było szybkie, konkretne. Okazało się, że desperacko potrzebują kogoś na projekt dla wieloletniego klienta. Termin bliski, wyjazd na kilka tygodni, ale zamiast mnie to zniechęcić – poczułem, że to jest to.

Zaczęły się przygotowania: brief o projekcie, oczekiwania klienta, styl komunikacji. Z każdą informacją coraz bardziej widziałem siebie w tej roli. Wciąż jednak nie wierzyłem, że to się wydarzy tak szybko – w naszej branży takie rzeczy zwykle ciągną się w nieskończoność.

Obecny klient na wieść o moim odejściu zareagował, delikatnie mówiąc, negatywnie. Chce mnie zatrzymać na kolejne dwa miesiące, ale tym już zajmuje się moja przełożona. Ja mam jutro rozmowę z potencjalnym klientem z Kataru. Podobno moje cv wpadło jej w oko, konkurencji nie mam, a partner w Katarze trzyma za mnie kciuki.

Jeśli rozmowa pójdzie dobrze – uruchomię wszystkie siły i w kilka dni przeniosę się do nowego świata. A wtedy zacznie się kolejny rozdział mojej konsultingowej przygody.

***

Spotkanie się nie odbyło. Pani się nie pojawiła. Albo była zajęta albo zapomniała. Czekam na nowe zaproszenie.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Telefon zza światów

Odebrałem dziś telefon… prawie jak z zaświatów. Zadzwoniła do mnie R. – bardzo dobra koleżanka, z którą przez wiele lat współpracowałem w Szwajcarii. Nie widzieliśmy się już grubo ponad siedem lat. Kontakt mamy sporadyczny, ale kiedyś oj kiedyś potrafiliśmy dzwonić do siebie kilka razy dziennie – zarówno służbowo, jak i towarzysko.

Bardzo się lubiliśmy i przede wszystkim – ogromnie ceniliśmy swoją pracę. Zawsze mogliśmy na siebie liczyć, jeśli coś się w pracy waliło i paliło to wiedziałem, że ona mnie nie zostawi. Zbudowaliśmy fajną relację, której podstawą był szacunek i partnerskie podejście, mimo że formalnie byłem jej klientem a ona moim dostawcą. Nigdy nie było „kto ważniejszy” po prostu drużyna.

Wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie, czasem nawet kreatywnie maskowaliśmy różne niezręczne sytuacje, żeby nikomu z żadnej stron nie trzeba było się z niczego tłumaczyć. Tacy trochę „partnerzy w zbrodni”, ale z tych całkiem niewinnych. No może poza drobnymi szachrajstwami, jak wtedy, gdy wymyślaliśmy pilną konieczność spotkania się w Londynie, Paryżu, Berlinie, Amsterdamie, Brukseli, Zagrzebiu, Moskwie, Stambule, Zurychu, Glasgow, Frankfurcie czy Wiedniu. Aż dziw, że naprawdę wszystko odbywało się w ramach pracy.

Zawsze wybieraliśmy miejsca odrobinę interesujące, hotele lekko bardziej luksusowe a po zakończeniu spraw biznesowych świętowaliśmy sukces przy dobrym drinku albo na jakiejś kolacji w restauracji z gwiazdką Michelin taki był nasz rytuał.

R. była też jedną z nielicznych osób, z którymi oficjalnie się pożegnałem przed wyjazdem ze Szwajcarii. Spotkaliśmy się na kolacji w Mannheim, wspominając stare dobre czasy, nie mając pojęcia, co przyniesie przyszłość. Wtedy wiedziałem tylko, że muszę opuścić Szwajcarię i zamknąć tamten rozdział zawodowy, jej kariera też stała pod znakiem zapytania.

Z perspektywy lat okazuje się, że dalej pracuje w tej samej firmie i to prawie 30 lat! Jej sytuacja nie wygląda już tak różowo, firma ma się połączyć z wielkim amerykańskim koncernem, a jej pozycja jest zagrożona, może stracić pracę po trzech dekadach co brzmi brutalnie.

I jakby tego było mało dziś powiedziała mi, że dwa lata temu rozwiodła się z mężem. Ten sam mąż, który wyprowadził się z domu odziedziczonego po jej mamie, domu, który pamiętam doskonale, bo toczyliśmy długie rozmowy o remoncie, o oknach z Drutexu, których wcześniej nie znała i o całym chaosie z tym związanym.

I przypomniały mi się wszystkie nasze wspólne wyjazdy. Matko, jakie to było piękne życie, aż trudno uwierzyć, jak dawno to wszystko było. Głos R. w telefonie brzmiał jednak zupełnie tak samo ten sam śmiech, ta sama energia, aż zrobiło mi się ciepło na sercu.

Dziś dalej mamy kontakt, wymieniamy się zdjęciami, ale jest inaczej, zwyczajnie życie się zmieniło. I choć wciąż zdarza mi się tęsknić za dawnym stylem życia, za tamtymi szalonymi czasami, to wiem, że teraz jest po prostu inaczej. I to też jest okej.

Opublikowano praca | Otagowano , , , | 1 komentarz

Spóźnione życzenia urodzinowe

Mówią, że żałobę nosi się w sobie. U jednych ten czas mija szybciej, u innych trwa nieco dłużej, są też tacy, u których nie pojawia się wcale. Po prostu idą dalej, kiedy życie podsuwa im nowe okoliczności. Bywają też osoby, dla których żałoba ciągnie się niemal przez całe życie, aż do samego końca. Szczerze mówiąc, nie wiem, do której z tych grup należę ja, może jestem gdzieś pomiędzy?

Wiem natomiast jedno, niedługo po moich urodzinach wydarzyło się coś dość niespodziewanego. Dostałem życzenia od znajomych z Francji – ludzi, których nie widziałem ani nie słyszałem od lat. Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od kilku uprzejmości, krótkiej wymiany zdań, ale rozmowa ma to do siebie, że potrafi niespodziewanie popłynąć w stronę, której się nie planowało. I tak od słowa do słowa dowiedziałem się rzeczy, które przede mną skrywano. Nawet teraz nie wiem, czy w ogóle chciałem je znać, ale cóż, teraz już wiem.

Co ciekawe, nie było mi ani przykro, ani nie wpadłem w żaden dołek, wręcz przeciwnie – coś bardzo szybko przestawiło mi się w głowie. Obiecałem sobie, że to już jest koniec rozmyślań nad przeszłością. Nie będę się zastanawiać „co by było, gdyby”, nie zamierzam też poświęcać zbyt wiele czasu na rozkładanie na części pierwsze dawnych historii. Tamto się skończyło, coś nowego się zaczęło, liczy się to, co tu i teraz.

Nie mam żadnych pretensji do przeszłości, ani do siebie, ani do innych. To trochę tak, jakby ktoś grubą kreską oddzielił to, co było, od tego, co jest. I jakoś tak czuję, że od teraz będzie mi łatwiej wspominać, jeśli w ogóle będę. Bez rozterek, bez nostalgii, bez rozdrapywania starych spraw, nie zamierzam się rozczulać nad przyszłością, nie szukam wspomnień na siłę, bo wiem, że przyszłość sama zadba o nowe. Stare sentymenty były i minęły, było pięknie, ale teraz liczy się dziś i tego już nic nie zmieni.

W tym roku bardzo chciałem wyjechać gdzieś jeszcze pod koniec roku. Bałem się, że się nie uda, bo moje ulubione biuro podróży akurat nie organizowało niczego, co by mi odpowiadało. Ale, jak to często bywa, przypadkowa rozmowa ze znajomymi i odrobina namowy zrobiły swoje. Okazało się, że jest opcja – i tak w październiku lecę: Arabia Saudyjska i Kuwejt za jednym zamachem. Dwa ciekawe kraje, dokładnie na takich zasadach, na jakich chciałem, udało mi się nawet kupić bilet w całkiem przyzwoitej cenie.

Bardzo się z tego cieszę. To już tylko trzy miesiące do kolejnej fajnej przygody. I nie organizuję tych wyjazdów, żeby komuś zaimponować, żeby ktoś mi zazdrościł albo żebym mógł pokazać, jakie to mam „klawe” życie. Robię to, bo to sprawia mi radość, bo to właśnie dzięki temu czuję, że żyję i jak dla mnie, to mi zupełnie wystarczy.

Dodaj komentarz

Z wiekiem człowiek chyba coraz mniej potrzebuje przyjaciół…

…albo po prostu zaczyna mu się tak wydawać.

Może to dojrzałość, a może po prostu starzeję się na własnych zasadach. Coraz mniej lubię ludzi, coraz mniej zależy mi na tych, którym nie zależy na mnie i coraz bardziej jestem krytyczny.

W młodości myślałam, że przyjaźń to fundament wszystkiego, sens życia, pewien absolut w ludzkim istnieniu. Przecież wiadomo – przyjaciel to taka lżejsza wersja związku, tyle że bez dram, bez pretensji, bez oczekiwań. Możesz się spotkać raz w miesiącu, pogadać, pośmiać się z głupot, wspólnie ponarzekać na świat, wypić kawę lub wino w zależności od aktualnego stanu psychicznego i tyle. No i niby ci przyjaciele z dzieciństwa są najlepsi, bo wiedzą o tobie więcej niż ty sam, pamiętają, wpadki młodości o których wolałbyś zapomnieć, że płakałeś i znają sekrety sprzed epoki internetu.

Z wiekiem odkryłam, że tytuł „przyjaciel” nie jest dożywotni. Ktoś, kto 17 lat temu znał moje wszystkie tajemnice, dzisiaj może być zupełnie obcym człowiekiem, którego ostatnim wspólnym doświadczeniem było serduszko na IG. I chociaż z przyzwyczajenia mówimy „to mój przyjaciel”, to tak po prawdzie niekoniecznie.

Przyjaciel, teoretycznie, to taka przyszywana rodzina, ktoś kto ma być obok w radościach, smutkach i w tej nudnej, szarej codzienności. Tyle że w tej codzienności to ja najczęściej jestem sam. W smutku? Największe życiowe traumy ostatnich lat przeżywałem samotnie, z gorączką, pod kołdrą, oglądając dołujący film i popijając lampkę wina. A jak raz poprosiłem kogoś o wsparcie i butelkę wina, to nawet tego wina się nie doczekałam. W radościach? Tak, wtedy przyjaciół bywa najwięcej, bo przy okazji czyjejś radości zawsze jest szansa na imprezę.

I tak z trzech kluczowych sytuacji przyjaciel pojawia się w jednej i to nie tej najważniejszej.

Czy taka osoba jest lojalna? Myślę, że nie. I nawet jeśli te relacje czasem jakoś się toczą dalej, to jednak w głowie zostaje ta rysa: „Nie było cię, kiedy cię potrzebowałam” i pojawia się dystans i chęć odpuszczenia. Prawdziwa przyjaźń to lojalność a jeśli tej lojalności brakuje, to zostaje znajomość, kumpelstwo, wspólnota interesów, ale nie to, co kiedyś nazywałbym przyjaźnią.

Przyjaźń wymaga zaangażowania a że z biegiem lat coraz mniej nam się chce, to i znajomości zaczynamy traktować jak dawną parę spodni, niby jeszcze je mamy, ale czy nosimy? No raczej nie.

Osobiście wciąż wierzę, że prawdziwe relacje buduje się twarzą w twarz, a nie klawiaturą. To spotkania, wspólne chwile, codzienność budują przyjaźń. Słynne „przyjaźnie” na FB się nie liczą, klikanie, lajkowanie, serduszka, czasem wiadomość na święta, ale co z tego? Ileż można wspominać te same historie sprzed 15 lat? To odgrzewany kotlet, a przecież wiadomo, że najlepszy jest świeży. Kręgi dalszej zażyłości i tak się kręcimy po tych orbitach coraz dalej od siebie.

Nie można w kółko wychodzić z inicjatywą, pukać do drzwi, które ktoś dla ciebie zamknął i czasem trzeba po prostu odpuścić, bo jeżeli tej drugiej osobie nie zależy, to może to znak, żeby i tobie przestało. A jeśli nie walczy, to masz jasność – zainwestowałaś w niewłaściwego człowieka.

Po latach różnych rozczarowań nauczyłam się być konsekwentny. Jak ktoś zawodzi – odpuszczam. Już się nie szarpię, nie udaję, że wszystko jest ok, wolę mieć mniej ludzi wokół, ale takich, na których mogę liczyć naprawdę. Nie chcę żyć relacjami, które istnieją tylko we wspomnieniach.

W chwilach takich jak ta, patrząc w lustro i robiąc rachunek sumienia myślę, że pewnie nie jestem idealnym przyjacielem, widząc, jak inni odpuszczają, sam odpuszczam i pewnie to nie zawsze jest fair. Ale wiem jedno – moje przyjaźnie potrzebują przeglądu technicznego, rocznego przeglądu, może coś się jeszcze nadaje do naprawy, a reszta do kasacji, bo przyjaźń, która żyje tylko wspomnieniami, to już nie jest przyjaźń.

Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że prawdziwymi przyjaciółmi są dla mnie najbliżsi, z rodziny, to oni przywozili mi gorącą zupę, kiedy nie miałam siły wyjść spod koca, to oni jechali przez pół miasta, żeby sprawdzić czy nie umarłem, pomóc przy przeprowadzce, to oni pili ze mną szampana, gdy miałam powody do świętowania. I o takie relacje warto dbać. O całą resztę warto się zastanowić.

Otagowano | Możliwość komentowania Z wiekiem człowiek chyba coraz mniej potrzebuje przyjaciół… została wyłączona

20 lat później

Człowiek, by jakoś przejść przez życie i nie dać się doszczętnie poharatać przez innych, musi nieustannie podpierać się aforyzmami i mądrościami – krótkimi zdaniami, które mają mu pomóc przetrwać każde napotkane świństwo i podłość. Przeczyta taką sentencję, podniesie głowę z ulgą, bo utożsamia się z jej szlachetniejszą stroną. Wierzy, że skoro myśli jak „ci dobrzy”, to jakoś to wszystko się ułoży, ale to nieprawda.

W rzeczywistości jest obdarty ze skóry, krwawi – nie metaforycznie, lecz naprawdę. Bo prawdziwe życie często sprzyja tym, którzy krzywdzą. To im świat kładzie się pod nogi – tym, którzy żyją z hańbą za pan brat, dla których cnota i uczciwość to słabość, coś godnego pogardy. I choć aforyzmy pomagają przetrwać, są jak plaster na głęboką ranę – nie leczą, tylko dają złudzenie.

…najlepszego!

2 Komentarze

Powrót z wysp, czyli wszystko wszędzie i naraz

Matko, ile ja wracałem z tych Azorów, Portugalia niby blisko, ale z dwiema przesiadkami miałem wrażenie, że ta podróż nie ma końca, 20 godzin mi zeszło. Najgorsze było nie samo latanie, ale te przerwy między lotami – dłuższe niż same przeloty, najpierw Lizbona, potem Frankfurt. Niby lotniska międzynarodowe, cywilizacja, ale ledwo zdążyłem coś zjeść. W zasadzie jakbym nie zjadł tam czegoś na szybko, to po powrocie umarłbym z głodu, bo w lodówce w domu pustka jakby po wojnie.

Jedyny plus w tej sytuacji był taki, że się wyspałem w samolocie, zadziałało to że byłem kompletnie wyczerpany. Wróciłem do domu grubo po pierwszej w nocy, ale mimo to włączyłem jeszcze pranie, rozpakowałem walizkę i dopiero wtedy padłem na łóżko.

A na koniec oczywiście, popełniłem błąd – sprawdziłem maile. Nie wiem, co mnie podkusiło, bo po powrocie z Azorów, ostatnie, co powinienem robić, to zaglądać do służbowej skrzynki. Ale zajrzałem i teraz już wiem, co czeka mnie w pracy. Trochę się przeraziłem, ale też jakoś dziwnie mnie to nie ruszyło.

Rano, wbrew rozsądkowi czy lenistwu, wskoczyłem na rower. Warto było trochę przewietrzyć głowę, rozruszać nogi po tylu godzinach siedzenia. Zrobiłem pętlę wokół Wrocławia, wróciłem, a o trzynastej już byłem w restauracji na rodzinnym obiedzie. To też było bardzo przyjemne, bo w miarę ciepło, normalnie, domowo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na chwilę przed powrotem

Azory, choć jeszcze niedawno były niemal zapomnianym zakątkiem Europy, dziś przestają być tajemnicą. Coraz lepsze połączenia lotnicze z Portugalią — do której należą administracyjnie — oraz z resztą Europy, przyciągają na wyspy coraz więcej turystów szukających kontaktu z naturą i autentycznymi miejscami.

To jednak nie oznacza, że rosnąca liczba odwiedzających odbiera wyspom ich urok. Wprost przeciwnie — ich naturalne piękno, zmienność krajobrazu i klimat, który pozwala wręcz zanurzyć się w naturze, sprawiają, że wielu podróżników wraca tu raz po raz. Te wyspy mają w sobie coś, co na długo pozostaje w pamięci.

Każdego dnia zachwycaliśmy się tutejszymi widokami i obiecywaliśmy sobie, że kiedyś tu wrócimy. Może razem, może osobno — ale wrócimy, bo to miejsce zwyczajnie nas ujęło. Sao Miguel to nie Madera, ale ma w sobie coś wyjątkowego. Mam szczerą nadzieję, że wyspa jak najdłużej zachowa swój autentyczny charakter, zanim całkowicie pochłonie ją masowa turystyka.

Na zakończenie pobytu zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Michel — miejsce to cieszy się sporą popularnością, dlatego zrobiliśmy rezerwację z wyprzedzeniem. Jak się szybko okazało, była to słuszna decyzja, bo podczas kolacji widzieliśmy wielu gości, którzy próbowali dostać stolik bez rezerwacji, ale niestety musieli odejść z kwitkiem. Jedzenie okazało się warte całego zamieszania — świeże owoce morza, pyszne desery i naprawdę udane zwieńczenie naszego wyjazdu. Podsumowując: te wyspy mają w sobie prawdziwy urok. Oby udało im się zachować ten spokój i autentyczność jak najdłużej, zanim zadepczą je tłumy turystów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Sielanka

Jeśli czegoś brakuje na Sao Miguel, to piaszczystych plaż. W Ponta Delgada można korzystać z betonowej pływalni w porcie, za symboliczną opłatą 1,50 euro. Nie brzmi to może zbyt luksusowo, ale kąpiel w chłodnej, oceanicznej wodzie czasami ma swój urok. W innych częściach wyspy widzieliśmy dzikie, wulkaniczne plaże z czarnym piaskiem, pozbawione wszelkich udogodnień typu leżaki czy parasole. Było to raczej miejsce dla tych, którzy naprawdę cenią naturę w surowej formie. Nam nie zależało na plażowaniu — temperatura sprzyjała raczej zwiedzaniu niż leniwemu opalaniu.

Urok Azorów tkwi w ich niemal dziewiczym charakterze oraz w fakcie, że wciąż pozostają częściowo nieodkryte, głównie ze względu na swoje odosobnienie i oddalenie od głównych szlaków turystycznych.

Archipelag o wulkanicznym pochodzeniu zachwyca krajobrazem usianym głębokimi kraterami, które dziś wypełniają lśniące jeziora, otoczone bujną, niemal tropikalną roślinnością. Na wyspach można odnaleźć gorące źródła siarkowe, gejzery i liczne miejsca, w których natura odsłania swoje najbardziej pierwotne oblicze. Dla każdego, kto ceni przyrodę w jej nieujarzmionej formie, odkrywanie Azorów to prawdziwa przyjemność i źródło nieustannego zachwytu.

W kontraście do tej dzikiej, nieco baśniowej natury, rozciągają się tu pola uprawne i malownicze, niewielkie osady z bielonymi domami, które zdają się wyrastać wprost z zielonych wzgórz. Widać tu łagodnie opadające zbocza porośnięte winnicami i sadami, nad którymi niestrudzenie pracują pokolenia mieszkańców wysp. Ich życie, proste i zakorzenione w ziemi, współgra z rytmem natury, który wyznacza codzienność Azorów.

Linia brzegowa wysp bywa surowa, nieco dzika — nie znajdziemy tu długich, złotych plaż znanych z kontynentu. Zamiast tego czekają na odwiedzających urokliwe zatoczki i skaliste wybrzeża, gdzie można pływać, opalać się lub po prostu wsłuchiwać w szum fal rozbijających się o wulkaniczne skały. Sporty wodne cieszą się tu dużą popularnością — szczególnie nurkowanie, żeglarstwo oraz obserwacja wielorybów i delfinów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Zwiedzanie na luzaku

Turyści na Azory podróżują głównie wiosną, kiedy to wyspa dosłownie rozkwita. Mieni się wówczas barwami hortensji. To właśnie one stały się prawdziwym symbolem wysp, ale podobnie jak wiele innych gatunków roślin zostały tam przywiezione z lądu. Popularne jest też lato, bo wtedy statystycznie pada najmniej.

Niespodzianką może być także spacer przez las zakończony polem pełnym krów. Niektórzy żartują nawet, że krów na Azorach jest więcej niż ludzi, ale to nie prawda.

Wyspa Sao Miguel usłana jest niesamowitymi punktami widokowymi. Widać na nich ciągnące się pokryte zielenią góry, które spotykają się z oceanem. O skalisty brzeg w wietrzne dni rozbijają się potężne fale. To prawdziwy spektakl natury, który chyba nigdy się nie nudzi. Trudniej jest, kiedy te same fale bujają łodzią, którą wraz z innymi turystami ruszasz na poszukiwanie wielorybów.

Takie ukształtowanie terenu w połączeniu z bardzo wilgotnym i deszczowym klimatem sprawia, że wyspa pełna jest wodospadów. Jedne są bardziej malownicze, inne mniej. Nie da się jednak ukryć, że wędrówka między nimi stanowi wyjątkową rozrywkę. Dodatkowo na trasie najczęściej jesteście sami.

Na lunch zatrzymaliśmy się w niewielkiej, lokalnej knajpce. Atmosfera była tam iście autentyczna — właścicielem okazał się krępy mężczyzna, typu jak spada z łóżka to z obu stron naraz, który z nie do końca jasnych powodów krążył od stolika do stolika, od baru do kuchni, choć raczej nie obsługiwał gości. Jego niezdarne ruchy doprowadzały mnie do szewskiej pasji bo siedziałem tyłem do baru a pan raz po raz uderzał mnie swoim zwalistym zadem po głowie. Na szczęście wszystko rekompensowała radosna atmosfera, no i niezmiennie obecna przy każdym posiłku butelka wina, która poprawiała humor od pierwszej lampki.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz