Kulinarna przygoda z owocami morza – warsztaty weekendowe

Zainspirowany pomysłem koleżanki tj. pani dyrektor, postanowiłem wziąć udział w warsztatach kulinarnych w swoim rodzinnym mieście. Koleżanka zaintrygowała mnie, twierdząc że to świetny sposób na ciekawe spędzenie jednego dnia weekendu – z dobrą kuchnią, nowymi umiejętnościami i w dobrym towarzystwie. Propozycja dotyczyła warsztatów poświęconych owocom morza, co od razu mnie zainteresowało, bo to temat niełatwy, ale wyjątkowo smaczny i intrygujący.

Zajęcia odbywały się w niezwykłym miejscu, w odrestaurowanym, industrialnym budynku, który kiedyś pełnił funkcję miejskiej pralni. Stylowe ceglane surowe wnętrze, kameralna atmosfera i bardzo sprawna organizacja zrobiły duże wrażenie już od pierwszych minut. Uczestników było niewielu, gotowaliśmy w parach, a całość rozpoczęła się degustacją rozmaitych przystawek i kieliszkiem wina, co od razu zbudowało luźną, swobodną atmosferę.

Pierwszym daniem, które przygotowaliśmy, było ceviche czyli klasyk kuchni Ameryki Południowej, który miałem okazję sprobować w Chile i Peru, ale nigdy wcześniej nie przyrządzałem go samodzielnie. Okazało się, że jego przygotowanie jest prostsze, niż się wydaje a przy dobrej organizacji i odpowiednich składnikach, ceviche staje się świetną propozycją na szybkie, a jednocześnie efektowne danie, co skrupulatnie i szybko zanotowałem w pamięci.

Następnie przyszła kolej na ośmiornicę – dla wielu temat nieco onieśmielający, ale dzięki ex partnerowi kucharzowi z Włoch oraz doświadczonemu prowadzącemu szybko rozwialiśmy wątpliwości. Dowiedzieliśmy się m.in. jak czyścić ośmiornicę, jak dobierać przyprawy, na co zwracać uwagę przy jej zakupie i jak rozpoznać, czy produkt jest naprawdę dobrej jakości. Taka wiedza, której trudno szukać w internecie a przekazana z humorem i bardzo praktycznym niemalże łopatologiczny podejściem.

Na koniec frykasy – małże. Choć jadłem je wcześniej wiele razy, dopiero tu zrozumiałem, jak ważna jest świadomość przy ich przygotowywaniu od rozpoznania świeżości po techniki obróbki i ich serwowania. Warsztaty trwały cztery godziny, ale czas minął błyskawicznie wypełniony śmiechem, wymianą doświadczeń i mnóstwem praktycznej wiedzy.

Po zakończeniu każdy z uczestników otrzymał dyplom i pamiątkowe zdjęcie. A co najważniejsze wyszedłem z poczuciem, że naprawdę nauczyłem się czegoś wartościowego. Już w kolejnych dniach udało mi się odtworzyć część dań samodzielnie w domu – ośmiornicę i małże przygotowane na bazie wiedzy z warsztatów były nie tylko wybitnie smaczne, ale dały niesamowitą satysfakcję.

W trakcie spotkania pojawił się również pomysł udziału w kolejnych warsztatach – tym razem tematem będą „wyrafinowane śniadania dla osoby, która została na noc”. Zyski z tych zajęć zostaną przeznaczone na Kampanię Przeciwko Homofobii, co dodatkowo wzmocniło moje zaangażowanie. Osobiście mogę wspierać dzieci sieroty, bezdomnych, osoby z niepełnosprawnością, bezdomne zwierzęta, albinosów, kółko Nadal trzeba siusiać pod prysznicem, czy Spadające niedźwiedzie, Kolacje bez wieloryba, także Alicję, dziewczynę z owłosionym garbem czy Ekomakabrę.

Zdecydowanie przekonałem się do tego typu doświadczenia – bo gotowanie może być nie tylko obowiązkiem, ale też swoistą przygodą, pretekstem do poznawania nieznanych smaków i ludzi, a czasem przybrać formę małego weekendowego resetu.

3 Komentarze

Piątek piąteczek piątunio

Po co poszedłem do biura po takiej podróży – sam nie wiem. Może z poczucia obowiązku, może z wewnętrznej potrzeby, a może po prostu dlatego, że i tak miałem dentystę w centrum i musiałem się ruszyć z domu. Wrocławskie biuro przywitało mnie jak zwykle – hałasem, chaosem i niespodzianką.

Ledwo usiadłem, zawył alarm przeciwpożarowy. Cały budynek musieliśmy opuścić natychmiast, potem 30 minut stania pod chmurką, po czym wróciliśmy na górę. O 11 miałem interview z kandydatem – zdążyłem powiedzieć „cześć” i znowu alarm. Tym razem wyło jeszcze głośniej, bardziej rozpaczliwie. Przeprosiłem kandydata i zostawiłem go z koleżanką, która lepiej to przewidziała i prowadziła rozmowę zdalnie z domu.

Znowu ewakuacja, tym razem grubsza i dłuższa bo przyjechała straż pożarna i policja. Z nudów więc poszedłem kupić sobie lunch. Gdy wróciłem budynek był nadal zamknięty, ludzie snuli się w kółko, ktoś żartował, ktoś się wkurzał.

Dla żartu zapytałem, czy „ten ktoś już skoczył i czy wiemy, kiedy wrócimy do pracy” i tak oto, zupełnie niechcący, zostałem autorem nowej firmowej plotki. Wychodząc, słyszałem już gorące dyskusje czy to był błąd techniczny, czy faktycznie ktoś próbował skoczyć z dachu.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Londyn – ostatni dzień, czyli za późno, aby wcześniej wrócić

Z kumplem doszliśmy do jednego, bardzo gorzkiego wniosku: gdybyśmy wcześniej wiedzieli, jak będą wyglądać nasze spotkania w Londynie, spokojnie mogliśmy wrócić do Wrocławia już wczoraj. Ale bilety już opłacone, hotel zabukowany, więc zostaliśmy, bo przecież nic tak nie cieszy jak bezproduktywny dzień w biurze. Czwartek przywitał nas klasyczną, pocztówkową londyńską pogodą – depresją w płynie. Do pracy szliśmy w strugach deszczu. W biurze – pustki: zero znajomych twarzy, żadnych spotkań, żadnej kawy z ludźmi, tylko ja, moje tymczasowe biurko, zaległe maile i widok na Tower Bridge. Plan był prosty: byleby wytrzymać do południa i ruszyć na Heathrow.

Mój kolega nigdy nie leciał biznesem, a że mam słabość do niespodzianek i lubię sprawiać ludziom przyjemność, wykonałem szybki telefon. J. myślał, że żartuję, dopóki nie dostał karty pokładowej z magicznym napisem Business Class. Minę miał jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bezcenne.

Bez żalu pożegnaliśmy się z biurem, pociągiem dojechaliśmy do T2, szybki check-in, sama kontrola trwała moment i wreszcie – lotniskowy salonik. Kolega rzucił się na jedzenie jakby po tygodniu postu, a drinki lały się jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt stulecia.

Lot do Warszawy był spokojny, komfortowy, byliśmy w dobrych humorach i dobrze najedzeni. Dodatkowym bonusem była podróż z pewną znaną prezenterką TVN – co kolega skwitował wielkim „wow” i czym żył jeszcze do przesiadki. Na szczęście do Warszawy dolecieliśmy punktualnie i zdążyliśmy na ostatni odcinek podróży. Kolejne 40 minut lotu i w końcu w domu, do łóżka dotarłem tuż przed drugą w nocy. Budzik ustawiłem na 7:30. Bo przecież na 9:00 miałem być w biurze.

To był lekko absurdalny tydzień. Nie wiem, po co leciałem do Londynu. Wiem tylko, że miałem okazję przypomnieć sobie, jak bardzo cenię przewidywalność, konkret i spokój.

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

I jeszcze jedno – wspomnienie z biura

Z całego londyńskiego biura najbardziej zapamiętam… obrotowe drzwi. Serio. Działały perfekcyjnie – szybkie, płynne, bez zacięć. Jakby wiedziały, że mają robić jedno i tylko jedno: obracać się. Gdybym mógł, przeniósłbym je do naszego biura. Nie wiem, czy poprawiłyby produktywność, ale przynajmniej każdy poranek zaczynałby się od czegoś, co naprawdę działa.

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Środa – dzień znikających spotkań i jeszcze szybciej znikającej szefowej

Następny dzień zaczął się jak każdy inny: kawa, kalendarz pełen spotkań, plan działania. Szybko jednak okazało się, że nic nie pójdzie zgodnie z planem. Część spotkań się posypała, inne skrócono, a nasza szefowa po godzinie 11 po prostu… zniknęła. Bez słowa. Jakby wcisnęła „leave meeting” w rzeczywistości i teleportowała się gdzieś do innego wymiaru. Nie pojawiła się już do końca naszego pobytu.

Tematy, które przygotowaliśmy z nią na spotkania, zostały elegancko zamiecione pod dywan. Zamiast tego dział sprzedaży zaserwował nam patetyczne wystąpienie pełne „wizji”, „strategii” i innych pięknych słów, które nie znaczą wiele, ale brzmią dumnie. Potem przyszła kolej na Product team – ci poszli jeszcze szerzej, właściwie zaprojektowali nam nowy rok pracy.

Siedziałem na tych spotkaniach i walczyłem z mimiką. Czasem się udawało, czasem czułem, że oczy same mi się przewracają. Korpo bełkot działa na mnie coraz gorzej.

Co do mojej szefowej – przestałem próbować zrozumieć, o co jej chodzi. Albo jest zmęczona, albo wszyscy ją tam ignorują. W obu przypadkach wniosek ten sam – jestem ostatnim ogniwem w tym łańcuchu pokarmowym. Pracownik z „kolonii”, który przyjechał odwiedzić suwerena i dowiedzieć się, że nic od niego nie zależy, ale wszystko się na niego zwali.

Wieczorem pojechaliśmy na kolację do Battersea Power Station – modny kompleks z restauracjami, sklepami, barami, idealny na odreagowanie długiego dnia. Było zimne piwo, rozmowy i trochę śmiechu – tak jak trzeba.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

Londyn, dzień pierwszy i półtora

Po całym dniu na nogach, z pobudką o trzeciej nad ranem i głową ledwo trzymającą się na karku, ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, było piwo w pubie z kolegami z Londynu. Ale wiadomo – odmówić nie wypada. Obiecałem sobie jedno piwo, krótkie pitu pitu i szybki powrót do hotelu.

No cóż. Poszło trochę inaczej.

Zaczęło się sztywno – jak to zwykle bywa, kiedy ludzie z komunikatora nagle mają twarze, ręce i nogi. Ale z każdą kolejną minutą i łykiem robiło się lżej. Złapałem kontakt z ludźmi, z którymi od miesięcy pracuję zdalnie, i poczułem się trochę, jakbym trafił do firmowego przedszkola. Młodzi, pełni zapału, niedoświadczeni Australijczycy, którzy po krótkim epizodzie zawodowym na antypodach ruszyli na podbój Londynu – pewnie bardziej z potrzeby zmiany niż kariery. Przez chwilę pomyślałem: „co ja tu robię?”, ale wtedy przypomniałem sobie, że pierwsze piwo już za mną, a drugie właśnie się kończy. Uprzedzenia poszły więc precz.

Po spotkaniu poszliśmy z kumplem na pizzę – pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia. Smakowała jak obietnica lepszego jutra.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Londyn delegacyjnie — nieśpieszna opowieść zza biurka z widokiem na Tower

Spać położyłem się zdecydowanie za późno, a do tego nawet nie miałem do końca spakowanej walizki. Kiedy o 3:00 nad ranem zadzwonił budzik, czułem się jak zombie wyciągnięty z podrzędnego serialu klasy B. Półprzytomnie wrzucałem rzeczy do torby – głównie ciuchy i standardowy zestaw pt. „delegacja”: laptop, ładowarki, adaptery, paszport, powerbank, zapas nerwów.

Zamówiona wcześniej taksówka już czekała, gdy punktualnie gotowy zszedłem na dół. Lotnisko jak zwykle pełne ludzi uciekających tam, gdzie słońce świeci częściej niż w Polsce. Z kolegą spotkałem się dopiero przy boardingu – akurat, kiedy już wsiadaliśmy do samolotu.

Lecieliśmy najpierw do Wrocławia, potem do Londynu – cały lot przespałem jak dziecko. Nie wiem, jak to możliwe, ale w tej jednej sprawie organizm zadziałał wzorowo.

Mimo że mój wniosek ETA do UK został zaakceptowany, z tyłu głowy mialem taki lekki stresik: Może akurat mnie się przyczepią? Ale nie, wszystko przebiegło gładko. Paszport, uśmiech, „Welcome to the UK”.

Od ostatniej wizyty minęło ponad 7 lat. Trochę dziwnie, trochę znajomo – dobrze było znowu poczuć londyńskie tempo i zapach metra. Dojechaliśmy z lotniska do London Bridge Station w niecałą godzinę. Hotel tuż obok, bardzo wygodny, bez udziwnień – idealny na służbowy wypad. Ogarnąłem się szybko i ruszyliśmy do biura, akurat w porze lunchu.

Widok z okna – sztos. Biurko, komputer, kawa w kubku, a za szybą Tower i słynny londyński most. Taki tam przeciętny dzień w pracy.

Spotkania – powiedzmy, że bardziej towarzyskie niż merytoryczne. Dużo uśmiechów, przedstawiania się, uprzejmości i small talków. Taki networking bez konkretów – więcej formy niż treści. W końcu udało się usiąść i skupić na właściwej robocie. Trzeba było się spiąć, bo czasu nie zostało wiele, a zadania się same nie zrobią.

Co do szefowej… Nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Kobieta z Indii, w średnim wieku, wyglądała na osobę, której nikt tu szczególnie nie słucha, mówiąc wprost popychadło – raczej ktoś, na kogo zrzuca się wszystkie problemy, sprawy niewygodne i użeranie się z ludźmi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dylemat przywileju

W mojej obecnej pracy świat kręci się wokół dzieci – dosłownie. Na rozpoczęcie roku szkolnego – finansowa niespodzianka, na Mikołaja – paczka zastrzyk gotówkowy. Wakacje – dofinansowanie wczasów pod gruszą. Dzień Dziecka? Oczywiście – prezent i kolejny przelew. A na Święta – ekstra bony i dodatki, które potrafią naprawdę miło zaskoczyć. I nie mówimy tu o drobniakach – za każdym razem to zwykle kilkaset złotych ekstra. Ale jest jeden haczyk – to wszystko tylko dla rodziców.

Zgodnie z kodeksem pracy, rodzicom przysługują też dodatkowe dni urlopu, zwolenienie lekarskie – na opiekę nad dzieckiem. Kilkanaście dni w roku. A ja? Nie mam dzieci. Rodzicem nie jestem. Więc z tych wszystkich dobroci – nici. Co więcej, dokładam się do nich, nie dostając w zamian ani grosza.

Pewnego dnia, przy kawie, koleżanka szefowa HR w jednej z tych dużych, globalnych firm rzuciła żartem:
– Wiesz, zawsze możesz „zadeklarować się” jako rodzic, to nie jest tytuł, który ktoś może ci odebrać. Możesz być samotnym rodzicem, papierowym rodzicem, rodzicem w cieni, aktualnym partnerem czyjegoś ojca. Dopóki nie bierzesz dni na opiekę, nikt ci tego nie sprawdzi.

3 Komentarze

Dzień dziecka nie tylko dla dzieci

Dzień Dziecka to naprawdę genialny wynalazek. Niby święto dla najmłodszych, ale jak się dobrze zastanowić, to każdy z nas nosi w sobie to wewnętrzne, szalone, ciekawe świata dziecko. Zapominamy o tym, że życie bez dziecięcej radości, bez śmiania się z głupot, bez marzeń i ciągłego „a dlaczego i po co?” byłoby po proste nudne i nie do wytrzymania.

Więc może to dobry dzień, żeby sobie przypomnieć, że warto to dziecko w sobie pielęgnować. Chyba można być dorosłym, odpowiedzialnym, mieć kalendarz pełen spotkań i rachunki do zapłacenia, a jednocześnie cieszyć się z dmuchawców, lodów, drewnianego mamuta ślizgawki albo skakać przez kałuże bez powodu.

Dziś rano, punkt ósma, zadzwonił do mnie brat:
– Weźmiesz bratanicę do parku?
Odruchowo, półprzytomny, jeszcze przed poranną kawą z iPadem przed nosem, odpowiedziałem:
– Nie dam rady, mam prezentacje do skończenia.

Odłożyłem telefon… i coś mnie tknęło. Oddzwoniłem.
– Dobra, jadę.
Bo wiadomo – dziecko, park, słońce, rodzina. Tego się nie odkłada na potem.

Ciekawe tylko, co jutro powiedzą mi w pracy, jak usłyszą, że prezentacja nie powstała, bo musiałem iść pohuśtać się w parku. Ale co tam – wewnętrzne dziecko triumfuje.

3 Komentarze

Czasem największą wyprawą jest spokojny dzień z własnymi myślami i odrobiną nicnierobienia.

Dzisiaj planowałem po pierwsze – porządnie się wyspać, potem ogarnąć mieszkanie, zrobić zakupy i najważniejsze przywieźć sobie rower – przez kilka najbliższych dni nie będzie jak a mamy już prawie czerwiec. Obudziłem się wcześnie w myślach przeleciał mi ambitny plan… ale sama myśl o jeździe na drugi koniec miasta trochę mnie zniechęciła. Przysnąłem jeszcze na chwilę, a potem obudziłem się o ósmej z lekkim wyrzutem sumienia, że znowu sobota może przecieknąć mi przez palce.

Ale zebrałem się w sobie, zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i pojechałem po ten rower. A skoro już go miałem, postanowiłem trochę się przejechać – zrobiłem rundkę po mieście, złapałem trochę świeżego powietrza, a jak wróciłem to poszedłem na zakupy. Byłem w lekkim szoku, że to wszystko udało mi się załatwić przed jedenastą! 

Nie żebym był z siebie szczególnie dumny, ale naprawdę obawiałem się, że cały dzień przeminie mi na… niczym. Czasem podziwiam znajomych, którzy mają dzieci – wracają z pracy zmęczeni, a tu jeszcze odbiór z przedszkola, zajęcia dodatkowe, lekcje, kolacja, jakaś zabawa… Wyrzucam sobie że czasem nie znajduję czasu dla siebie, a co dopiero dla drugiej osoby.

Niby się znam, wiem że potrafię się dobrze zorganizować, ale są takie weekendy, kiedy czas po prostu ucieka mi niepostrzeżenie. I sam nie wiem, od czego to zależy. Może to ta iluzja bezkresnej wolności – im więcej mam czasu, tym bardziej się rozciąga, a każda rzecz zajmuje trzy razy dłużej niż zwykle. Zdarza się nawet, że cały dzień mija mi w łóżku, ale wtedy właśnie organizm mówi, że czasem trzeba odpuścić.

W południe wpadł kumpel na chwilę, a potem przygotowywałem sobie pyszny obiad – tagliatelle ze szparagami. Gotowanie idzie mi ostatnio naprawdę nieźle.

Wieczorem nie miałem ochoty nigdzie wychodzić. Impreza? Beach Bar? Nie tym razem. Czasem dobrze jest po prostu zostać w domu, złapać oddech i przypomnieć sobie, że nie wszystko musi kręcić się wokół barów i miejskiego zgiełku. 

Co prawda nie popracowałem dziś wcale, ale taki właśnie miał być ten dzień – spokojny, z odrobiną ruchu, dobrym jedzeniem i bez spiny. Jutro będę próbował zmobilizować się do pracy.

Opublikowano Brak kategorii | 3 Komentarze