Razem z M. napaliliśmy się na shopping w Abu Dhabi, licząc po cichu, że wybór sklepów będzie co najmniej taki jak w Kuala czy Dubaju. Lotnisko zachwyca swoja bryłą i ciekawą architekturą, ale pod względem atrakcji dla zakupoholików wypada blado. Zaopatrzeni w kilka butelek wina i rumu i mając wciąż 2 godziny do odlotu rozsiedliśmy się na kilka godzin w wygodnym loungu. Była 4. rano, M. sączył soczek i kawę a ja prosecco w końcu przecież bylem na wakacjach.
W Etihad Premium Lounge spotkaliśmy lokalny koloryt. Pojawił się nagle, lekko misiowaty, w ciemnych okularach, z bujną czarną czupryną, ubrany od stop do głów w markowe ciuchy od Gucci i Prady z walizką od Luis Vuitton. Jego ruchy i manieryczny foch zdradzały że mamy do czynienia z gwiazdą Abu Dhabi. Nie mam gdzie usiąść? Dlaczego wszystko jest pozajmowane? W innym loungu? Każesz mi teraz iść gdzie indziej? Awanturował się strzelając miny niczym diwa pokazując swoją prawdziwą naturę. No i ten jego zjawiskowy chód: je-stem pię-kny se-xy, so-no bel-lo snel-lo fro-ccio con sexy cu-lo.
Nie wiem jak to zrobiłem, ale pękł mi guzik w pasie, przez co ciągle opadały mi spodnie. Paska nie miałem, agrafki też nie więc, co kilka kroków musiałem stawać i podciągać portki ryzykując że niekontrolowanie zjadą mi do kolan. Wchodząc po schodach na pokład samolotu trzymałem jedną rękę kurczowo w kieszeni podtrzymując je co by się nie wywalić i nie wyrżnąć gębą w schody. M. miał ze mnie ubaw kiedy musiał pomóc mi włożyć torbę do luku nad głową, próbowałem samodzielnie, jedną ręką, drugą nonszalancko trzymając w kieszeni, moja akrobacja zdziwiła nawet panie z obsługi.
