Pół nocy nie spałem, koszmary miałem z szefem w roli głównej, facet mnie prześladuje i dręczy, to chyba ciąg dalszy wypalenia zawodowego. Rano nie zjadłem na śniadanie nic prócz suchej bulki, bo mieliśmy popłynąć promem na wyspę Praslin. No i żeby kołysało to mało powiedzieć, fale były kilkumetrowe, rzucało nami raz na prawo raz na lewo, w portki nie robiłem, ale momentami żołądek podchodził mi pod gardło. Pierwsi o papierowe torebki poprosili Azjaci, bo niektórzy siedzieli tyłem do kierunku jazdy, ale jak zobaczyłem starą brzydką Chinkę rzygająca chyba buraczkami zemdliło i mnie. M. chciał przynieść mi torebkę, ale biedaczysko nie zdążył, bo sam musiał skorzystać. Nic tak ludzi nie zbliża jak wspólne haftowanie, biedny M. oblał się cały zimnym potem, ale robił to w iście glamour sposób, do brzegu było jeszcze 25 km no i tak sobie płynęliśmy wypełniając torebki zawartością naszych żołądków i raz po raz wydając odgłosy spluwania i bekania. Ktoś patrząc na nas z boku mógłby pomyśleć, że nachlaliśmy się może czegoś wczoraj bo rzucało nami jak kotem po tyfusie.
Surviving a sea sick together wasn’t the stuff of great romance but it was a stuff of lasting love.
