Ostatni dzień zajęć przyjąłem z nieukrywaną ulgą, że to już wreszcie koniec. Maria Grazia nieźle przeczołgała nas przez te dwa tygodnie, zorganizowała prawdziwą powtórkę materiału tak że gdy wychodziłem ze szkoły mózg mi parował, a w ostatni piątek ucieszyłem się, że w poniedziałek mam już fajrant.
Przeziębienie trochę ustąpiło, ale w domu wciąż jest chłodno. Może dlatego Anders jakby łatwiej dał wyciągnąć się na ostatni obiad do naszej ulubionej knajpki, później miałem jeszcze całe popołudnie dla siebie, na załatwienie ostatnich spraw i zakupy przed wyjazdem.
Babcia dała nam niezły popis, kiedy rano przy śniadaniu niespodziewanie położyła przed nami szczotkę do czyszczenia muszli klozetowej. Centralnie, między talerzami z jedzeniem a filiżankami kawy jakby stawiała cukierniczkę, wprawiając nas obu w osłupienie. Przez chwilę mnie zamurowało, oczekiwałem na ciąg dalszy choć z trudem przychodziło mi wyobrażenie sobie co musiałoby się takiego wydarzyć, żebym zaserwował komuś tak niecodzienny widok. Okazało się, że babcia potrzebowała porady gdzie naszym zdaniem mogłaby dokupić taką szczotkę, bo stara się jej już zużyła…
Wróciłem do Wrocławia i na nowo rzuciłem się w wir znajomych, wizyt i rewizyt oraz nieustających zakupów do nowego mieszkania. Pojawiłem się w nowym biurze, żeby podpisać umowę o pracę, zrobiłem badania, które potwierdziły, że niestety do pracy się nadaję, wpadłem na dawno niewidzianego znajomego, który niespodziewanie przyuważył mnie na ulicy a na widok którego wróciły kosmate wspomnienia. Inne znajome twarze spotkałem też w biurze, ale póki co nie wiem jeszcze czy to dobrze czy źle.

Relacja ze szczotką klozetową w tle była zaskakująca!
Pozdrawiam