Droga z Toktogułu do Biszkeku okazała się prawdziwym testem cierpliwości – ale jak to w podróży, nawet nieoczekiwane zwroty akcji potrafią dodać przygodzie smaku. Plan był ambitny: ruszyć wcześnie rano i dotrzeć do Biszkeku przed wieczorem. Rzeczywiście, wystartowaliśmy punktualnie, ale już po kilkunastu minutach przygoda zaczęła się na dobre – zatrzymała nas lokalna policja, prosząc o… powrót do miejsca, z którego wyjechaliśmy.
Nasz przewodnik z wdziękiem tłumaczył, że to przez „zbyt duży bus”, choć wszyscy przeczuwaliśmy, że sprawa mogła być nieco bardziej zawiła – może jakieś dokumenty kierowców się nie zgadzały, może chodziło o techniczny stan pojazdu. Nieważne. Ważne, że przez prawie trzy godziny czekaliśmy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej, gdzie do woli mogliśmy łapać oddech, rozprostować nogi i… czekać licząc mijane nas samochody.
Gdy wreszcie wyruszyliśmy w drogę nowymi samochodami, podróż przez góry okazała się dość wymagająca. W aucie było dość ciasno, więc z drzemki nic nie wyszło, a górskie chłody skutecznie dodawały klimatu – dosłownie. Widoki, choć z początku zachwycające, po kilku godzinach jazdy nieco się zlewały, ale i tak zapisały się w pamięci jako część tej nietypowej trasy.
Po dotarciu do Duszanbe odebrałem klucz do pokoju i poczułem, że czas na chwilę ciszy i regeneracji. Zrezygnowałem z kolacji i wieczornego spaceru z grupą, wybierając spokojny wieczór sam na sam z własnymi myślami. Czasem nawet podczas największych wyjazdów warto złapać chwilę oddechu – żeby nazajutrz wyruszyć dalej z nową energią.
W Toktoguł nie zatrzymaliśmy się w hotelu, po prostu ich tam nie ma. Zamiast tego czekało na nas coś znacznie bardziej klimatycznego: nocleg w prywatnym domu, gdzie właścicielka z sercem otwierała drzwi dla podróżnych, oferując wygodne pokoje gościnne.
Sam dom był przestronny i naprawdę przyjemny – pokoje czyste, zadbane, każdy z własną łazienką. Materace trochę skrzypiały, bo nadal owinięte były w fabryczną folię, której właściciel z jakiegoś powodu nie chciał zdejmować, ale to tylko dodawało całości lokalnego kolorytu. Za to cała miejscówka miała świetny klimat – przed każdym z pokoi znajdowało się ogromne patio, a pod moimi drzwiami czekała ławka i stolik, które wieczorem stały się centrum naszego wyjazdowego życia towarzyskiego.
Kolacje i śniadania jedliśmy razem z całą grupą w domu gospodarzy, w atmosferze przypominającej rodzinne spotkanie – jak u cioci na imieninach, gdzie każdy czuje się mile widziany, a rozmowy przy stole płyną same.
Przekroczenie granicy tadżycko-kirgiskiej było niczym scena z filmu przygodowego – coś, co na długo zapadnie nam wszystkim w pamięć. Autokar zatrzymał się jeszcze na ponad kilometr przed granicą, bo drogę zablokowały równo zaparkowane ogromne tiry. Nawet pas środkowy był zastawiony, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko wyjąć bagaże i ruszyć pieszo w kierunku punktu granicznego.
Z plecakami i torbami lawirowaliśmy między potężnymi ciężarówkami, koparkami i gigantycznymi oponami – prawdziwy slalom wśród stalowych kolosów! Na granicy Tadżycy przyjrzeli się naszej grupie dość dokładnie, ale wszystko przebiegło spokojnie. Po kirgiskiej stronie poszło już błyskawicznie – kilka pieczątek i gotowe.
Dwa dni podróży przez spektakularne krajobrazy – z Osz, przez Tagtoguł, aż do Biszkeku. Nasz hotel w Osz może i był skromny, z nieco zbyt kompaktowymi pokojami w minimalistycznym stylu, a prysznic z krótkim wężem bardziej nadawał się do szybkiego odświeżenia kolan niż pełnej kąpieli – ale miało to swój urok.
Moja koleżanka z Australii trafiła na prawdziwy cud techniki – grzejnik w kabinie prysznicowej! Brzmiało to jak coś z komedii Barei i trochę się zastanawiała, czy przypadkiem nie wyleci w powietrze podczas prysznica. Ale ktoś inny spojrzał na to z zupełnie innej strony – skoro możesz robić pranie pod prysznicem, to nie musisz nawet wychodzić z kabiny, żeby rozwiesić rzeczy do wyschnięcia. Wszystko w jednym miejscu – oszczędność czasu i miejsca.
Za to wieczorem czekała nas miła niespodzianka – kolacja w świetnej restauracji przy ulicy Lenina. I tam… najlepsza soljanka, jaką jadłem w życiu – pełna smaku, rozgrzewająca i idealna po intensywnym dniu. Kirgijczycy zaproponowali nam lokalną wódkę na spróbowanie, dobrą, mocno schłodzoną i abstynencję znowu szlag trafił.
Nazajutrz rano w planie mieliśmy trochę pozwiedzać, ale lokalny przewodnik stwierdził z uśmiechem, że w Osz nie ma nic specjalnego do zobaczenia. Czy miał rację – tego się już pewnie nie dowiem. Może rzeczywiście bardziej zależało mu, żeby jak najwcześniej wyruszyć dalej w drogę do stolicy.
A krajobrazy? Po prostu bajka. Chociaż na początku pogoda nas nie rozpieszczała, to później wyszło słońce, a widoki – góry, doliny, jeziora – zapierały dech w piersiach. To była podróż, choć potwornie długa zdecydowanie miała swój klimat.
Chyba nikt z nas nie spodziewał się, że Chodżent okaże się tak interesującym miejscem do zwiedzania. Nasz hotel miał specyficzny klimat – trochę jak z dawnych lat – ale ja trafiłem wyjątkowo dobrze, bo dostałem przestronny apartament z osobną sypialnią.
Rano wyruszyliśmy na odkrywanie miasta, które jest drugim co do wielkości w Tadżykistanie. Jednym z punktów był tętniący życiem Bazar Panjszamb. Ten kolorowy rynek to prawdziwa uczta dla zmysłów – aromaty przypraw, świeże owoce i warzywa, rowery, opony, ptaki, lokalne wyroby, podróbki znanych marek i tkaniny przyciągały uwagę z każdej strony. Idealne miejsce, żeby spróbować czegoś nowego, porozmawiać z mieszkańcami i poczuć rytm codziennego życia w Tadżykistanie. Z ciekawości spróbowałem lokalnych truskawek, które przypomniały mi smak dzieciństwa.
Jedną z rzeczy, które naprawdę rzucają się tu w oczy, są złote uśmiechy. Złote zęby to nie tylko element estetyki, ale też kulturowy symbol – widzieliśmy je u sprzedawców, taksówkarzy, a nawet policjantów. W różnych krajach regionu, od Turkmenistanu po Kirgistan, złote uśmiechy stają się niemal znakiem rozpoznawczym – u młodych i starszych, kobiet i mężczyzn. Choć moda ta wywodzi się jeszcze z czasów sowieckich, w niektórych miejscach ma się całkiem dobrze do dziś.
Po kolacji nie chciało mi się jeszcze spać i jak się okazało, nie byłem sam. Dostałem wiadomość od znajomych, że wybierają się do sklepu, więc dołączyłem. Skończyło się na sympatycznym wieczorze w pokoju naszego przewodnika – rozmowa, śmiech, trochę lokalnej wódki. Obiecałem sobie, że to ostatni taki wieczór ale w podróży trudno odmówić dobrej atmosferze.
Podążając śladami dawnych kupców Jedwabnego Szlaku, dzisiejsi podróżnicy ruszają do Tadżykistanu, by przeżyć prawdziwą górską przygodę przez krainę, którą nie bez powodu nazywa się „Dachem Świata”. Czekają tam potężne pasma górskie, surowe pustynie i wąwozy, które zapierają dech w piersiach.
Choć Tadżykistan to jeden z najbardziej odległych zakątków globu, życie tętni tu nawet w miejscach, gdzie kończy się asfalt, a zasięg to tylko wspomnienie. Pośród gór i pustkowi spotkać można kirgiskich nomadów, którzy od pokoleń prowadzą proste, samowystarczalne życie w jurtach, z dala od cywilizacji. Dotrzeć do nich nie jest łatwo – trzeba zmierzyć się z mrozem i wysokością – ale na końcu tej drogi czeka coś, czego nie da się kupić: ciepłe powitanie i herbatka w środku niczego.
Tadżykistan to młode państwo – niepodległe od 1991 roku – ale jego historia sięga znacznie dalej, przez czasy carskie, radzieckie i jeszcze głębiej w przeszłość. Dzisiejsza mozaika narodowości to efekt stalinowskiego miksowania ludów – Tadżycy, Uzbecy, Kirgizi, Rosjanie – wszyscy tworzą barwną, choć nie zawsze łatwą codzienność.
Krajobrazy? Kosmiczne. Dosłownie. Na zachodzie góry opadają w doliny tak strome, że wydaje się, jakby wioski ledwo trzymały się skał. Każdy skrawek ziemi jest tu cenny – obsadzony ziemniakami, kapustą, pszenicą. Na wschodzie – inna bajka. Wysokogórska pustynia jak z księżyca. Marco Polo pisał, że nawet ptaki nie chcą tam latać. I coś w tym jest.
Tadżykistan nie jest miejscem do „zaliczenia” – to kraj, który się odkrywa krok po kroku.
Po pysznym, hotelowym śniadaniu wróciłem do pokoju z nieodpartą chęcią spędzenia tego dnia na własnych warunkach. Duszanbe mieliśmy w planach przez dwa dni – idealna okazja, żeby na chwilę zwolnić tempo i zafundować sobie dzień w wersji solo: trochę czytania, trochę zwiedzania, relaks w hotelowym basenie i zwyczajne samotne bycie ze sobą.
Choć marzyłem o samotnym śniadaniu, dobre wychowanie wygrało – dołączyłem do rodziców L. i w sumie dobrze się stało, bo jej mama mówi po angielsku w taki pięknie brytyjski sposób, że każde „how splendid” brzmiało jak poezja. Dzięki temu nawet moje samolubne plany przestały wydawać się takie egoistyczne.
Część grupy poszła na zwiedzanie, ja zaś wybrałem zwiedzanie miasta na własną rękę. Ale zanim wyszedłem, wróciłem jeszcze za potrzebą do pokoju – i właśnie wtedy zdarzyło się coś… nietypowego.
Siedzę tam sobie spokojnie, aż tu nagle – wszystko zaczyna się ruszać. Podłoga faluje, ściany się chwieją, czuję, że zaraz cały hotel runie. Przez chwilę byłem przekonany, że w pobliżu zawalił się budynek! Ale nie – to było trzęsienie ziemi. Serio. Pomyślałem sobie: „Tego jeszcze nie miałem – trzęsienie ziemi w Tadżykistanie, i to dosłownie na tronie”.
Na szczęście nic się nie stało. Po chwili telefon zawibrował – wiadomość na naszej grupie: “Ooh earthquake. Shit. Wow! Let’s hope that’s the end of it. 6.4. Didn’t even notice…”
No cóż, niektórym umknęło, ale ja poczułem każdą sekundę. I choć może nie brzmi to jak przygoda z katalogu biura podróży – dla mnie był to jeden z tych momentów, które zapamiętam na długo. Takie, które przypomina, że podróże to nie tylko widoki, ale i niespodzianki. Czasem nawet dosłownie… trzęsące ziemią.
Tadżykistan – najmniej zamożny spośród pięciu byłych republik ZSRR w Azji Środkowej – budził we mnie mieszane oczekiwania. Jadąc do Duszanbe, wyobrażałem sobie szarawą, trochę przytłaczającą postradziecką metropolię z niską, zwartą zabudową i blokowiskami pamiętającymi lepsze czasy.
Zderzenie z rzeczywistością, które kompletnie mnie zaskoczyło. Duszanbe okazało się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Miasto tętniło życiem i energią zmian. Widać było, że trwa tam prawdziwy boom inwestycyjny – nowoczesne sklepy, elektryczne taksówki, luksusowe samochody, a apartamentowce wyrastające jak grzyby po deszczu przypominały, że Tadżykistan śmiało patrzy w przyszłość.
To, co zobaczyłem, mogłoby spokojnie konkurować z Taszkentem – uznawanym za najbardziej rozwiniętą stolicę regionu. Duszanbe zaskoczyło mnie pozytywnie i pokazało, że Azja Środkowa potrafi naprawdę zaskakiwać – i to bardzo na plus.
Złote pałace, fontanny, zielone parki i największa herbaciarnia świata to tylko część atrakcji. Jest też najwyższy maszt flagowy świata.
I choć zdarzają się absurdy – jak gin z Fantą zamiast toniku, brak ice tea w Long Island ice tea (więc dostajesz „short island”), czy królujące wszędzie marki Versacce i Guccki na ulicach – właśnie to wszystko tworzy jego niepowtarzalny klimat.
W Azji Środkowej nazwy stolic potrafią zaskakiwać swoją prostotą i oryginalnością. Weźmy na przykład Astanę – nazwa oznacza po prostu „stolica”. A Duszanbe? To z kolei… „poniedziałek”! W przeszłości właśnie w pierwszy dzień tygodnia odbywały się tu tradycyjne targi, które przyciągały kupców i mieszkańców z okolicznych regionów.
Duszanbe nie jest miastem, które przyciąga turystów zabytkami czy spektakularnym dziedzictwem Jedwabnego Szlaku. To raczej głośna, dynamiczna stolica, w której widać wyraźne zderzenie dwóch światów – postsowieckiej przeszłości i lokalnego, środkowoazjatyckiego charakteru. Choć nie ma tu wielu znanych atrakcji, samo miasto daje pewien wgląd w to, jak dziś wygląda codzienność w tej części regionu.
Drogi do granicy z Tadżykistanem z pewnością nie zapomnę. Siedziałem wyprostowany jak struna, skupiony jak pilot przed lądowaniem, bojąc się że przy byle ruchu ruchu oszaleje mi błędnik. Żołądek miałem pusty, a przy każdym głębszym oddechu czułem, jakby pępek dotykał mi kręgosłupa. Głowa dawała o sobie znać, a jedyne, o czym marzyłem, to łyk zimnej coca coli, ale postanowiłem grać ostrożnie i nie ryzykować z żadnymi napojami czy tabletkami przeciwbólowymi. Na śniadanie nie byłem wstanie nic zjeść, spakowałem sobie tylko dwie kromki suchego chleba na drogę. Szczerze mówiąc, patrzenie na nie bardziej przypominało wyzwanie niż potencjalny posiłek. Wiedziałem jednak, że przy końcu dnia głód się upomni, więc wolałem mieć coś pod ręką. Wpakowaliśmy się jakoś całą grupą do autokaru, mało przy tym rozmawiając, bo każdy czuł że ten dzień będzie wymagał od nas dużego wysiłku. Pomyślałem sobie wtedyże byly to takie chwile, które w momencie przeżywania są koszmarem, ale po czasie stają się anegdotami z charakterem. Trochę jakby człowiek przechodził przez piekło w drodze do oazy.
Granicę przekroczyłem trochę jak bohater po bitwie – półprzytomny, zmęczony, ale z paszportem bogatszym w coraz to nowsze pieczątki. Przemieszczaliśmy się od bramy do bramy, od okienka do okienka, w słońcu którego tego dnia dawało z siebie wszystko. Dojechaliśmy do Pandżakentu – podobno było tam jakieś muzeum i starożytne ruiny, ale nie pamiętałem bo wybrałem podróż w świat snów, a przewodnik postanowił mnie nie budzić, tym bardziej że go o to wcześniej poprosiłem. Marzyłem tylko o tym, żeby dotrzeć do Duszanbe, odebrać klucze do pokoju, zamknąć za sobą drzwi i z przyjemnością rzucić się na łóżko.
Od ponad 20 lat Samarkanda, perła Jedwabnego Szlaku i serce Uzbekistanu była moim miastem do odwiedzenia. Dziś w końcu udało mi się je zobaczyć na żywo! I miasto naprawdę robi wrażenie. Położone na styku kultur Wschodu i Zachodu, urzeka architekturą, historią i tym niepowtarzalnym klimatem turkusowych mozaik, które zdobią ściany madras. Nic rozczarowałem się, czytając wcześniej że Samarkanda uchodzi za najważniejsze i najpiękniejsze miasto całej Azji Środkowej – jej blask potrafi onieśmielić nawet najbardziej doświadczonych podróżników.
Plac Registan – serce miasta – jest jak scena teatralna, na której historia rozgrywa się na tle trzech monumentalnych madras. Ich ceramiczne fasady lśnią w słońcu i tworzą perfekcyjną symetrię, która zachwyca z każdej perspektywy. Nazwa placu oznacza „pustynię” w języku perskim, ale życie tu aż kipi. Nie musieliśmy nawet tutaj specjalnie jechać, bo z hotelu mieliśmy raptem kilka minut drogi pieszo.
Dla wielu Uzbekistan to nadal biała plama na mapie. Ale właśnie to czyni ten kraj tak fascynującym dla tych, którzy lubią zbaczać z utartych szlaków. Historia przemawia tu z każdego muru – od Aleksandra Wielkiego po Czyngis-chana, wielcy zdobywcy świata zostawili tu swój ślad.
Oczywiście, Uzbekistan ma swoje cienie – jak każdy kraj. Ale mimo trudnej polityki czy biurokracji, ludzie tu nadrabiają wszystko niesamowitą gościnnością, otwartością i szczerym uśmiechem. Sprawdziło się tylko jedno o czym wspominała mi koleżanka z pracy, odwiedzając ten kraj w zeszłym roku. Uzbecy wyczuli turystykę jako niezłe źródło dochodu więc zdzierstwo, zawyżanie cen i negocjowanie cen spotyka się na każdym kroku.
Samarkanda to jedno z trzech legendarnych miast Wielkiej Trójki Uzbekistanu – obok Chiwy, zamrożonej w czasie perły architektury, oraz Buchary, „Filara Religii”, z jej wspaniałymi meczetami i medresami.
Tego dnia zjedliśmy wspólny lunch w bardzo ładnej restauracji zorganizowanej przez naszego lokalnego przewodnika – był lokalny plov, warzywa, deser. Wszystko jak trzeba. Ale popołudniu grupa zaczęła się nam wykruszać… dwie osoby wróciły wcześniej do hotelu, kilka kolejnych ominęło kolację. Nagle połowa ekipy zaczęła się źle czuć – nawet nasz przewodnik zaniemógł i musiał się wycofać z wieczornego programu.
Kiedy jednej z osób wezwano lekarza, pomyślałem: czas na plan B. Zorganizowałem dla wszystkich chętnych po szklance zimnej wódki – w końcu trzeba jakoś pomóc organizmowi walczyć! W restauracji zostało nas już tylko ośmioro. Gdy jedna osoba poczuła się gorzej – wsadziliśmy ją w taksówkę i odesłaliśmy do hotelu. Na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie – pół-żartem, pół-serio mówiłem, że będę stawiać krzyżyki przy tych, którzy padną jako następni.
Po kolacji wybraliśmy się jeszcze na pokaz świateł i dźwięku na Placu Registan – naprawdę magiczne doświadczenie. Tłumy ludzi. Po powrocie do hotelu, na wszelki wypadek – jeszcze po kieliszku „profilaktycznie”.
No i… zaczęło się. O 23:00 dopadły mnie dreszcze, gorączka i klasyczne objawy zatrucia. Noc spędziłem bardziej walcząc niż śpiąc.
Rano miałem nadzieję, że może zostaniemy dzień dłużej, ale o 8:30 wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w stronę granicy z Tadżykistanem. W autokarze – wyraźny podział: połowa coś zwiedza, druga połowa walczy o przetrwanie. Ja byłem w tej drugiej ekipie – i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy wcześniej „umieranie” nie miało w sobie tyle przygody.
Dotarliśmy do Samarkandy! Z Buchary jechaliśmy prawie cztery godziny, ale zanim ruszyliśmy, zrobiliśmy jeszcze przystanek na lunch we włoskiej knajpce – mały smak Europy pośrodku Azji Środkowej.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że… czas na kolację! Ja jednak odpuściłem – po całym dniu podróży nie miałem apetytu i marzyłem tylko o tym, żeby po prostu się rozpakować i chwilę odsapnąć. Ze mną wróciły do hotelu jeszcze trzy osoby – najwyraźniej nie tylko ja nie miałem ochoty się objadać na noc.
Pokój okazał się bardzo przyjemny, a ponieważ zostajemy w Samarkandzie na dwie noce, od razu się rozgościłem. Zamiast drinka w hotelowym barze z chłopakami… postawiłem na wieczór z pralką! Jak się okazało – nie tylko ja. Cała ekipa wpadła na ten sam pomysł, więc wkrótce nasza grupowa konwersacja zamieniła się w galerię zdjęć suszącego się prania. Wieczór totalnie nietypowy, ale mega zabawny!
I choć dzień był spokojny, to był dla mnie wyjątkowy – właśnie spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń: dotarłem do Samarkandy. Miejsce, które do tej pory znałem tylko z książek i opowieści, teraz mam na wyciągnięcie ręki.
Po leniwym poranku w Chiwie, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami – ponad 6 godzin jazdy autobusem, prawie 430 kilometrów przez spalony słońcem uzbecki krajobraz. Komfortowy autobus, piękne widoki, zgrana grupa i dobry humor sprawiły, że podróż zamieniła się w kolejną przygodę.
Gdzieś w środku pustkowia zatrzymaliśmy się na postój w miejscu wyjątkowym. Niby nic wielkiego – zwykła toaleta i jedyna stacja benzynowa na wiele kilometrów. A jednak… ten postój będziemy wspominać latami. Blaszany barak, trochę jak z filmu drogi – w środku umywalki, kabiny i suszarki. Wszystko niby jak trzeba, dopóki nie zorientujesz się, że ścianki działowe sięgają zaledwie do pasa, a pod drzwiami zieją szerokie szpary. Delikatnie mówiąc – prywatność została gdzieś przy wjeździe.
Miejsce okazało się nie tyle schronieniem, co przestrzenią towarzyską. Panowie szybko zamienili całą sytuację w kabaret, rozmawialiśmy przez ścianki patrząc sobie w oczy. Śmiechom i żartom nie było końca. Panie – nieco mniej entuzjastyczne – część wybrała „plan B”, ruszyła szukać prywatności w krzaki za barakiem. Bo czasem podróż to nie tylko krajobrazy i zabytki, ale też nieoczekiwane absurdalne testy na poczucie humoru.
Po tej pustynnej przygodzie dotarliśmy do Buchary – jednego z najpiękniejszych miast Jedwabnego Szlaku. Był to powrót do dobrze znanej legendy, bo zamieszkaliśmy w butikowym hotelu Minzifa, ukrytym w labiryncie wąskich uliczek starego miasta. Tradycyjny wystrój, oryginalne dekoracje, zaciszny dziedziniec i ciepła atmosfera – od razu czuliśmy, że trafiliśmy w dobre miejsce.
Trafiłem na przestronny pokoj, zdobiony historycznymi detalami. Moja koleżanka miała mniej szczęścia – trafiła jej się malutka „klitka” z pojedynczym łóżkiem jak dla nastolatka. Ponieważ byla dużo dużo większa ode mnie nie zastanawiałem się długo – zamieniliśmy się pokojami. W końcu to tylko jedna noc, a komfort i jej uśmiech wart był wszystkiego.
Wieczorem ruszyliśmy na spacer po starówce, spacerowaliśmy po rozświetlonej Bucharze, zakończony kolacją na dachu restauracji z widokiem na bajkowe minarety i kopuły, w powietrzy unosił się zapach przypraw. Czas się jakby się zatrzymał.
Buchara zachwyca od pierwszego spojrzenia. To miasto, gdzie historia nie jest opowieścią z książki, bo jakby unosi się w powietrzu, jest żywą tkanką codziennego życia. Medresy, meczety, bazary – mozaiki, które można fotografować godzinami. Fotografowalem z zadarta glowa, prubujac uchwycić każdy kafelek, kazda kopule.
Ale pod tą warstwą estetycznego piękna czai się też bardziej surowa rzeczywistość. Buchara to miasto kontrastów – pełne uroku, ale i wyzwań. Ceny dla turystów bywają absurdalne, a niektórzy sprzedawcy potrafią być natarczywi. Bywało, że żądano opłaty za wejście do zabytku, który okazywał się pustym pomieszczeniem z kilkoma bibelotami i sklepem z magnesami.
Mimo to – Buchara żyje i tętni życiem. I to nie tylko dla turystów. Młode pary robiły sobie sesje ślubne pod mozaikowymi ścianami, dzieci bawiły się w uliczkach, a kawiarenki pełne były rodzin popijających herbatę. Spacerując z aparatem w ręku, nie raz zostałam pozdrowiona przez lokalnych mieszkańców. Ten kontakt z codziennym, prawdziwym Uzbekistanem był równie cenny, jak najpiękniejsza mozaika.
W Bucharze przenikają się dwa światy – lokalny i turystyczny. Czasem żyją równolegle, nie stykając się ze sobą, a czasem splatają się w nieoczekiwanych momentach. To miejsce, gdzie za rogiem odrestaurowanego meczetu możesz trafić na stary zakład fryzjerski w piwnicy medresy, a zaraz potem – na drogą restaurację z kartą w trzech językach.
I może właśnie za to polubiłem Bucharę. Za jej nieidealność, za jej różnorodność. Za to, że potrafiła zachwycić i zirytować jednocześnie. Ale przede wszystkim – za to, że zostanie w mojej pamięci na długo.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.