Panjakent – Duszanbe

Drogi do granicy z Tadżykistanem z pewnością nie zapomnę, siedziałem wyprostowany jak struna, skupiony, bojąc się że przy byle ruchu ruchu oszaleje mi błędnik. Żołądek miałem pusty, a przy każdym głębszym oddechu czułem, jakby pępek dotykał mi kręgosłupa. Głowa dawała o sobie znać, a jedyne, o czym marzyłem, to łyk zimnej coca coli, ale postanowiłem grać ostrożnie i nie ryzykować z żadnymi napojami czy tabletkami przeciwbólowymi. Na śniadanie nie byłem wstanie nic zjeść, spakowałem sobie tylko dwie kromki suchego chleba na drogę. Szczerze mówiąc, patrzenie na nie bardziej przypominało wyzwanie niż potencjalny posiłek. Wiedziałem jednak, że przy końcu dnia głód się upomni, więc wolałem mieć coś pod ręką. Wpakowaliśmy się jakoś całą grupą do autokaru, mało przy tym  rozmawiając, bo każdy czuł że ten dzień będzie wymagał od nas dużego wysiłku. Pomyślałem sobie wtedy że byly to takie chwile, które w momencie przeżywania są koszmarem, ale po czasie stają się anegdotami.

Granicę przekroczyłem półprzytomny, zmęczony, ale z paszportem bogatszym w coraz to nowsze pieczątki. Przemieszczaliśmy się od bramy do bramy, od okienka do okienka, w słońcu którego tego dnia dawało z siebie wszystko. Dojechaliśmy do Pandżakentu – podobno było tam jakieś muzeum i starożytne ruiny, ale nie pamiętałem bo przespałem a przewodnik postanowił mnie nie budzić, tym bardziej że go o to wcześniej poprosiłem. Marzyłem tylko o tym, żeby dotrzeć do Duszanbe, odebrać klucze do pokoju, zamknąć za sobą drzwi i z przyjemnością rzucić się na łóżko.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Samarakanda

Od ponad 20 lat Samarkanda, perła Jedwabnego Szlaku i serce Uzbekistanu była moim miastem do odwiedzenia. Dziś w końcu udało mi się je zobaczyć na żywo! I miasto naprawdę robi wrażenie. Położone na styku kultur Wschodu i Zachodu, urzeka architekturą, historią i tym niepowtarzalnym klimatem turkusowych mozaik, które zdobią ściany madras. Nic rozczarowałem się, czytając wcześniej że Samarkanda uchodzi za najważniejsze i najpiękniejsze miasto całej Azji Środkowej – jej blask potrafi onieśmielić nawet najbardziej doświadczonych podróżników.

Plac Registan – serce miasta – jest jak scena teatralna, na której historia rozgrywa się na tle trzech monumentalnych madras. Ich ceramiczne fasady lśnią w słońcu i tworzą perfekcyjną symetrię, która zachwyca z każdej perspektywy. Nazwa placu oznacza „pustynię” w języku perskim, ale życie tu aż kipi. Nie musieliśmy nawet tutaj specjalnie jechać, bo z hotelu mieliśmy raptem kilka minut drogi pieszo.

Dla wielu Uzbekistan to nadal biała plama na mapie. Ale właśnie to czyni ten kraj tak fascynującym dla tych, którzy lubią zbaczać z utartych szlaków. Historia przemawia tu z każdego muru – od Aleksandra Wielkiego po Czyngis-chana, wielcy zdobywcy świata zostawili tu swój ślad.

Oczywiście, Uzbekistan ma swoje cienie – jak każdy kraj. Ale mimo trudnej polityki czy biurokracji, ludzie tu nadrabiają wszystko niesamowitą gościnnością, otwartością i szczerym uśmiechem. Sprawdziło się tylko jedno o czym wspominała mi koleżanka z pracy, odwiedzając ten kraj w zeszłym roku. Uzbecy wyczuli turystykę jako niezłe źródło dochodu więc zdzierstwo, zawyżanie cen i negocjowanie cen spotyka się na każdym kroku.

Samarkanda to jedno z trzech legendarnych miast Wielkiej Trójki Uzbekistanu – obok Chiwy, zamrożonej w czasie perły architektury, oraz Buchary, „Filara Religii”, z jej wspaniałymi meczetami i medresami. 

Tego dnia zjedliśmy wspólny lunch w bardzo ładnej restauracji zorganizowanej przez naszego lokalnego przewodnika – był lokalny plov, warzywa, deser. Wszystko jak trzeba. Ale popołudniu grupa zaczęła się nam wykruszać… dwie osoby wróciły wcześniej do hotelu, kilka kolejnych ominęło kolację. Nagle połowa ekipy zaczęła się źle czuć – nawet nasz przewodnik zaniemógł i musiał się wycofać z wieczornego programu.

Kiedy jednej z osób wezwano lekarza, pomyślałem: czas na plan B. Zorganizowałem dla wszystkich chętnych po szklance zimnej wódki – w końcu trzeba jakoś pomóc organizmowi walczyć! W restauracji zostało nas już tylko ośmioro. Gdy jedna osoba poczuła się gorzej – wsadziliśmy ją w taksówkę i odesłaliśmy do hotelu. Na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie – pół-żartem, pół-serio mówiłem, że będę stawiać krzyżyki przy tych, którzy padną jako następni.

Po kolacji wybraliśmy się jeszcze na pokaz świateł i dźwięku na Placu Registan – naprawdę magiczne doświadczenie. Tłumy ludzi. Po powrocie do hotelu, na wszelki wypadek – jeszcze po kieliszku „profilaktycznie”.

No i… zaczęło się. O 23:00 dopadły mnie dreszcze, gorączka i klasyczne objawy zatrucia. Noc spędziłem bardziej walcząc niż śpiąc. 

Rano miałem nadzieję, że może zostaniemy dzień dłużej, ale o 8:30 wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w stronę granicy z Tadżykistanem. W autokarze – wyraźny podział: połowa coś zwiedza, druga połowa walczy o przetrwanie. Ja byłem w tej drugiej ekipie – i mogę śmiało powiedzieć, że nigdy wcześniej „umieranie” nie miało w sobie tyle przygody.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bukhara – Samarakanda

Dotarliśmy do Samarkandy! Z Buchary jechaliśmy prawie cztery godziny, ale zanim ruszyliśmy, zrobiliśmy jeszcze przystanek na lunch we włoskiej knajpce – mały smak Europy pośrodku Azji Środkowej.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że… czas na kolację! Ja jednak odpuściłem – po całym dniu podróży nie miałem apetytu i marzyłem tylko o tym, żeby po prostu się rozpakować i chwilę odsapnąć. Ze mną wróciły do hotelu jeszcze trzy osoby – najwyraźniej nie tylko ja nie miałem ochoty się objadać na noc.

Pokój okazał się bardzo przyjemny, a ponieważ zostajemy w Samarkandzie na dwie noce, od razu się rozgościłem. Zamiast drinka w hotelowym barze z chłopakami… postawiłem na wieczór z pralką! Jak się okazało – nie tylko ja. Cała ekipa wpadła na ten sam pomysł, więc wkrótce nasza grupowa konwersacja zamieniła się w galerię zdjęć suszącego się prania. Wieczór totalnie nietypowy, ale mega zabawny!

I choć dzień był spokojny, to był dla mnie wyjątkowy – właśnie spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń: dotarłem do Samarkandy. Miejsce, które do tej pory znałem tylko z książek i opowieści, teraz mam na wyciągnięcie ręki.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Z Chiwy do Buchary: przez pustkę, baraki i bajkowe mozaiki

Po leniwym poranku w Chiwie, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami – ponad 6 godzin jazdy autobusem, prawie 430 kilometrów przez spalony słońcem uzbecki krajobraz. Komfortowy autobus, piękne widoki, zgrana grupa i dobry humor sprawiły, że podróż zamieniła się w kolejną przygodę.

Gdzieś w środku pustkowia zatrzymaliśmy się na postój w miejscu wyjątkowym. Niby nic wielkiego – zwykła toaleta i jedyna stacja benzynowa na wiele kilometrów. A jednak… ten postój będziemy wspominać latami. Blaszany barak, trochę jak z filmu drogi – w środku umywalki, kabiny i suszarki. Wszystko niby jak trzeba, dopóki nie zorientujesz się, że ścianki działowe sięgają zaledwie do pasa, a pod drzwiami zieją szerokie szpary. Delikatnie mówiąc – prywatność została gdzieś przy wjeździe.

Miejsce okazało się nie tyle schronieniem, co przestrzenią towarzyską. Panowie szybko zamienili całą sytuację w kabaret, rozmawialiśmy przez ścianki patrząc sobie w oczy. Śmiechom i żartom nie było końca. Panie – nieco mniej entuzjastyczne – część wybrała „plan B”, ruszyła szukać prywatności w krzaki za barakiem. Bo czasem podróż to nie tylko krajobrazy i zabytki, ale też nieoczekiwane absurdalne testy na poczucie humoru.

Po tej pustynnej przygodzie dotarliśmy do Buchary – jednego z najpiękniejszych miast Jedwabnego Szlaku. Był to powrót do dobrze znanej legendy, bo zamieszkaliśmy w butikowym hotelu Minzifa, ukrytym w labiryncie wąskich uliczek starego miasta. Tradycyjny wystrój, oryginalne dekoracje, zaciszny dziedziniec i ciepła atmosfera – od razu czuliśmy, że trafiliśmy w dobre miejsce.

Trafiłem na przestronny pokoj, zdobiony historycznymi detalami. Moja koleżanka miała mniej szczęścia – trafiła jej się malutka „klitka” z pojedynczym łóżkiem jak dla nastolatka. Ponieważ byla dużo dużo większa ode mnie nie zastanawiałem się długo – zamieniliśmy się pokojami. W końcu to tylko jedna noc, a komfort i jej uśmiech wart był wszystkiego.

Wieczorem ruszyliśmy na spacer po starówce, spacerowaliśmy po rozświetlonej Bucharze, zakończony kolacją na dachu restauracji z widokiem na bajkowe minarety i kopuły, w powietrzy unosił się zapach przypraw. Czas się jakby się zatrzymał.

Buchara zachwyca od pierwszego spojrzenia. To miasto, gdzie historia nie jest opowieścią z książki, bo jakby unosi się w powietrzu, jest żywą tkanką codziennego życia. Medresy, meczety, bazary – mozaiki, które można fotografować godzinami. Fotografowalem z zadarta glowa, prubujac uchwycić każdy kafelek, kazda kopule.

Ale pod tą warstwą estetycznego piękna czai się też bardziej surowa rzeczywistość. Buchara to miasto kontrastów – pełne uroku, ale i wyzwań. Ceny dla turystów bywają absurdalne, a niektórzy sprzedawcy potrafią być natarczywi. Bywało, że żądano opłaty za wejście do zabytku, który okazywał się pustym pomieszczeniem z kilkoma bibelotami i sklepem z magnesami.

Mimo to – Buchara żyje i tętni życiem. I to nie tylko dla turystów. Młode pary robiły sobie sesje ślubne pod mozaikowymi ścianami, dzieci bawiły się w uliczkach, a kawiarenki pełne były rodzin popijających herbatę. Spacerując z aparatem w ręku, nie raz zostałam pozdrowiona przez lokalnych mieszkańców. Ten kontakt z codziennym, prawdziwym Uzbekistanem był równie cenny, jak najpiękniejsza mozaika.

W Bucharze przenikają się dwa światy – lokalny i turystyczny. Czasem żyją równolegle, nie stykając się ze sobą, a czasem splatają się w nieoczekiwanych momentach. To miejsce, gdzie za rogiem odrestaurowanego meczetu możesz trafić na stary zakład fryzjerski w piwnicy medresy, a zaraz potem – na drogą restaurację z kartą w trzech językach.

I może właśnie za to polubiłem Bucharę. Za jej nieidealność, za jej różnorodność. Za to, że potrafiła zachwycić i zirytować jednocześnie. Ale przede wszystkim – za to, że zostanie w mojej pamięci na długo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Chiwa  – czyli co za rozkosz

Chiwa to prawdziwa perełka! Już od pierwszych chwil po przyjeździe poczuliśmy, że trafiliśmy w miejsce wyjątkowe – ledwo rzuciliśmy bagaże w hotelu (położonym tuż przy południowym wejściu do cytadeli), a już pędziliśmy na spotkanie z zamierzchłą historią. Dobrze, że trafiliśmy tu teraz w kwietniu – latem temperatura potrafi sięgnąć nawet 50 stopni. Dzień zaczęliśmy od pysznego lunchu w lokalnej restauracji, gdzie czekały na nas aromatyczne dania kuchni uzbeckiej i lokalne orzeźwiające zimne piwo – w sam raz, bo słońce nie miało litości.

Widok Chiwy zachwyca od pierwszego spojrzenia – wysokie, ceglane mury twierdzy skrywają niesamowicie dobrze zachowany świat dawnego imperium. Niegdyś jeden z głównych punktów Jedwabnego Szlaku, Chiwa była zarówno bezpieczną przystanią dla zmęczonych podróżników, jak i miejscem owianym legendą – pełnym tajemnic i historii, które dziś można odkrywać bez końca. Wszystko, co najcenniejsze w Chiwie, mieści się wewnątrz jej serca – cytadeli Itchan Kala. To jak muzeum pod gołym niebem – ponad 60 zabytków: meczety, pałace, muzea, warsztaty i sklepy. Już przy wejściu witają cię uliczne stoiska – barwne czapki z owczej skóry, kobiety sprzedające tradycyjne płaszcze i rzemieślnicy pochylający się nad misternymi dziełami sztuki. Wszystko tętni życiem, kolorami i zapachem przeszłości.

Chiwa, wraz z Bucharą i Samarkandą, tworzy magiczny trójkąt Jedwabnego Szlaku. Ale tylko tu można się poczuć, jakby czas się zatrzymał. Spacerując po Itchan Kala, czułem się jak odkrywca – za każdym rogiem czekało coś nowego: pałac ozdobiony turkusowymi kafelkami, meczet wsparty na dziesiątkach drewnianych kolumn, czy uroczy warsztat, w którym ktoś właśnie tkał dywan albo formował gliniane naczynie. Nie sposób się tu zgubić, choć warto próbować – ciasne uliczki raz po raz prowadzą do uroczych placów, a każdy zakręt to zaproszenie do przygody. I choć Itchan Kala ma aż 26 hektarów, spaceruje się po niej z lekkością. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć widoków był Kalta Minor – niedokończony minaret, wyglądający jak turkusowa wieża z bajki, błyszcząca w słońcu jak klejnot.

Wieczór to była moja ulubiona pora w Chiwie. Słońce powoli chowało się za horyzont, zalewając miasto złotym światłem. I był to spektakl. Nie tylko widok na stare mury, ale też cała panorama pustyni w ciepłych barwach różu, pomarańczy i bursztynu.

Gdy większość turystów zniknęła, Chiwa zaczęła oddychać inaczej. Wróciłem wtedy sam na uliczki starego miasta, by wsłuchać się w jego rytm. Wokół dzieci bawiły się w chowanego, lokalne rodziny spacerowały powoli, ciesząc się chłodniejszym powietrzem, a ja chłonąłem atmosferę jak zaczarowany. Minarety, kopuły, mozaiki z ręcznie malowanych kafli – wszystko w turkusach i piaskowych odcieniach. Wtedy zrozumiałem: jestem naprawdę na Jedwabnym Szlaku. W miejscu, które przetrwało wieki i które dziś nadal opowiada swoje historie. Chiwa to nie tylko zabytek – to podróż w czasie, do świata dawnych karawan, opowieści i niezwykłych spotkań. I trudno nie zakochać się w niej od pierwszego kroku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Daszoguz – Khiva

Rano zszedłem jeszcze na śniadanie – bardzo skromne, ale coś tam było: trochę chleba, jajko, ser i warzywa w wersji minimalistycznej – ogórek i pomidor bez większych emocji. Kawa rozpuszczalna, więc nawet nie spojrzałem – zostawiłem sobie miejsce na przygodę, nie na kofeinę.

Wczorajsza kolacja w hotelu również nie była kulinarnym odkryciem, ale cóż – w Daszoguz nie uświadczysz taksówek, a komunikacja miejska działa na zasadzie “może będzie, może nie”, więc zostaliśmy przy opcji najłatwiejszej: jedzenie hotelowe.

Przed opuszczeniem miasta zahaczyliśmy jeszcze o lokalny bazar – miejsce pełne barw, zapachów i uśmiechów. Miałem tam okazję odkurzyć mój rosyjski – po angielsku raczej niczego się tu nie załatwi, ale na szczęście gesty, uśmiech i trochę dawno nieużywanych słów wystarczyły. Panie ze złotymi zębami kiwając głowami w takt rozmowy, obdarzały nas szczerymi, szerokimi uśmiechami – widoki bezcenne.

Do granicy z Uzbekistanem dotarliśmy szybko. Czekała na nas tam swoista przygoda biurokratyczna – wypakowanie bagaży, przejście przez kilka bram, formularz wyjazdowy po turkmeńsku, kontrola paszportowa i w końcu – upragniona pieczątka wyjazdowa. Potem chwila oczekiwania na legendarny już radziecki busik, który miał nas miał przewieźć przez pas ziemi niczyjej – wehikuł czasu na kółkach, który dzielnie dowiózł nas do bram Uzbekistanu.

Po drugiej stronie wszystko poszło sprawnie – szybka kontrola, bez zaglądania do bagaży. Wsiadłem do autokaru, który czekał na nas po uzbeckiej stronie, z ulgą, uśmiechem i ekscytacją na dalszy ciąg podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Derwaza – Daszoguz

Tego wieczoru zasnęło mi się błyskawicznie – zapomniałem o prysznicu i wieczornej toalecie, zresztą w tej jurcie i tak nie było na to warunków. Prosto urządzone wnętrze miało swój urok, ale prawda jest taka, że po butelce lokalnej wódki za 30 manatów nie zwracałem zbytniej uwagi na detale.

Noc była chłodna – mnie co prawda tylko trochę zmroziło, ale reszta ekipy szczękała zębami z zimna. Rano bez zbędnego ceremoniału ruszyłem na śniadanie – zęby i prysznic musiały poczekać, bo przed nami był kolejny odcinek pustynnej przygody. Zabraliśmy plecaki do samochodów i obraliśmy kierunek na Dashoguz.

To był już kolejny dzień całkowitego odłączenia od internetu – i powiem szczerze, ten cyfrowy detoks zdziałał cuda.

Trasa do Dashoguz lokalnymi drogami była jeszcze bardziej hardkorowa niż poprzednia – mimo że poruszaliśmy się terenówkami, podskakiwaliśmy jak piłeczki, a samochody tańczyły na dziurach i koleinach. Te ostatnie to ponoć efekt ekstremalnych temperatur i ciężkich transportów, które regularnie przemierzają ten teren. Cudem nikt nie dostał choroby lokomocyjnej – choć ja kilka razy przywaliłem głową w sufit.

Na lunch zatrzymaliśmy się przy przydrożnym barze – lekkie pielmieni weszły we mnie idealnie, bo przed nami wciąż było jeszcze sporo kilometrów.

Po drodze odwiedziliśmy Kunya Urgench – stanowisko archeologiczne pod patronatem UNESCO. Ale warto było – to miejsce, położone na Jedwabnym Szlaku, kiedyś tętniło życiem jako ważny przystanek dla karawan z Mongolii, Chin i znad Wołgi. Było centrum wiedzy i kultury w Azji Środkowej – dziś pozostały po nim ruiny, które wciąż robią wrażenie.

Zapomniałem posmarować twarzy kremem i słońce szybko mi o tym przypomniało.

Przed 18:00 dotarliśmy w końcu do Dashoguz – trzeciego największego miasta Turkmenistanu, tuż przy granicy z Uzbekistanem. I choć sama droga była wyzwaniem, świadomość, że dziś śpię w hotelu i mogę wziąć prysznic, działała jak nagroda za wytrwałość.

Hotel z zewnątrz wyglądał imponująco – monumentalny budynek robił wrażenie. Niestety, tylko z zewnątrz. W środku rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania: nie dało się wymienić pieniędzy, bar był zamknięty, restauracja miała tylko kilka dań z karty, internetu brak, basen bez wody, a numery pokoi nijak miały się do pięter. Za to same pokoje wyglądały jak królewskie apartamenty – gdyby nie to, że potrzebowały porządnego sprzątania.

Ale nie szkodzi – i tak najważniejsze było to, że w końcu mogłem zmyć z siebie pustynny kurz i dwa dni pełne wrażeń.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – Derwaza

Spałem krótko, bo w moim pokoju zaczął unosić się zapach papierosów – wygląda na to, że wentylacja postanowiła zabrać mnie na małą wycieczkę po aromatach sąsiednich pokoi. Ale to tylko dodało „uroku” temu miejscu – każdy hotel ma swoją historię, prawda?

Nasza podróż przez pustynię to była prawdziwą przygodą! Droga pełna niespodzianek i wybojów – jak rollercoaster w sercu pustyni. Po drodze minęliśmy jeden śmiertelny wypadek, niektórym członkom naszej ekipy mocne wrażenia dały się we znaki, w jednym aucie komuś zrobiło się niedobrze, w trzecim pękła opona. Ale to wszystko tylko podkręcało atmosferę tej wyprawy.

Śmieją się ze mnie, że mam supermoc – potrafię zasnąć absolutnie wszędzie: stojąc, siedząc, na prostych odcinkach i na wyboistych trasach przypominających tor przeszkód. Może i śmieszne, ale w takich warunkach to naprawdę dar od losu.

Cała nasza ekipa nie może się nadziwić, że tutaj – w kraju muzułmańskim – litr wódki kosztuje mniej niż 2 dolary. Świat potrafi zaskakiwać na każdym kroku!

Droga wiodła przez sypki piasek, który dodawał naszej trasie dzikiego charakteru. Pod koniec dnia dotarliśmy do niezwykłego miejsca – maleńkiej osady Derwaza, zaledwie kilka jurt pośrodku niczego… ale za to z jednym z najbardziej fascynujących widoków w całym kraju.

Na horyzoncie zaczęła się tlić pomarańczowo-czerwona łuna, jakby słońce zdecydowało się zajrzeć jeszcze raz na chwilę – a kiedy podeszliśmy bliżej, naszym oczom ukazał się ogromny, ognisty krater. „Wrota Piekieł” – miejsce, które wygląda jak żywy wulkan, ale powstało w wyniku ludzkiej działalności. Podczas poszukiwań gazu ziemnego natrafiono tu na podziemne komory wypełnione cennym surowcem. Ziemia się zapadła, tworząc gigantyczny lej o średnicy 70 metrów i głębokości 40 metrów.

Aby zapobiec wydostawaniu się gazu do atmosfery, Ruskie zdecydowali się go… podpalić. Zakładano, że ogień zgaśnie po kilku dniach. Minęło jednak ponad 40 lat, a płomienie wciąż tańczą na dnie krateru, roztaczając niesamowite, niemal nierzeczywiste widowisko. Gorąco bije od niego jak z pieca, powietrze drży, a my stoimy zauroczeni – to miejsce naprawdę wygląda jak brama do innego świata.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – dzień 2

Aszchabad to miasto, które dosłownie powstało z gruzów. W latach 40. ogromne trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni ziemi jego wcześniejsze wcielenie, ale miasto się nie poddało – odrodziło się nowoczesne, pełne kontrastów i niespodzianek. 

Spacerując po Aszchabadzie, nie sposób nie zauważyć jego radzieckiej duszy – monumentalne place, Łuk Neutralności, Lenin na pomniku i szerokie aleje przypominają o czasach, które – choć minione – wciąż są obecne w miejskim krajobrazie. Ale nie brakuje tu też meczetów, kolorowych galerii i zadbanych ogrodów, które wnoszą do tej marmurowej opowieści nieco życia i barw. Wszystko zrobione z rozmachem – tu nawet skromny plac wygląda jak miejsce parady wojskowej.

Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą duszę Turkmenistanu, musisz ruszyć poza stolicę – tam, gdzie pustynia Kara-Kum spotyka się z historią. To właśnie tu znajdziesz opuszczone twierdze, dawne stolice imperiów i dziedzictwo, które przetrwało wieki – Nisa, Merv i Kunya-Urgench to miejsca, gdzie czas zdaje się płynąć inaczej. Cicho, spokojnie, niemal mistycznie – idealne do tego, by zgubić się w przeszłości.

Choć Turkmenistan przez długi czas uchodził za jedną z najbiedniejszych republik byłego ZSRR, sytuacja zmieniła się wraz z odkryciem gigantycznych złóż gazu i ropy. Te surowce zaczęły zasilać budżet, a Aszchabad z miasta pełnego blaszanych baraków przeobraził się w marmurową metropolię z pozłacanymi meczetami i szerokimi, czteropasmowymi drogami. Problem w tym, że te cuda architektury i infrastruktury służą głównie elitom – przeciętny Turkmen żyje z dala od luksusów, pasie kozy, chodzi w butach z opon i marzy co najwyżej o rowerze.

A teraz czas na nieco lokalnej legendy politycznej… Po upadku komunizmu kraj dostał władcę, który wyglądał jak wujek z zakładu karnego, ale rządził jak artysta absurdu. Saparmurat Nyýazow – znany światu jako jeden z najbardziej osobliwych dyktatorów – zakazał opery, cyrku, baletu, a także… psów w Aszchabadzie (bo, jak stwierdził, brzydko pachną). Zakazał też długich włosów i bród, i… zamknął wszystkie szpitale poza stolicą.

A żeby było jeszcze ciekawiej, napisał własną „świętą księgę” – Ruhnamę, która miała być czytana na równi z Koranem, a jej znajomość była obowiązkowa m.in. przy zdawaniu prawa jazdy. Tak, serio.

Kiedy myślisz, że już nic cię nie zaskoczy, wchodzisz na Plac Centralny i widzisz… gigantyczny betonowy monument w kształcie rakiety, na którego szczycie złoty posąg prezydenta obraca się za słońcem. Tak, cały dzień kręci się, by zawsze mieć twarz zwróconą ku światłu. Totalny kosmos – i idealny symbol tej marmurowej megalomanii, gdzie granica między rzeczywistością a surrealizmem nie istnieje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aszchabad – dzień po przylocie

Do stolicy zaczęli zjeżdżać ludzie z różnych zakątków świata, lądując na lotnisku o różnych porach i z różnych stron. Atmosfera oczekiwania unosiła się w powietrzu. 

Mój samolot wylądował późno w nocy, razem ze mną podróżowało kilka osób z mojej grupy oraz przewodnik, sympatyczny Holender o imieniu A.

Zaskoczyła mnie niesamowita pustka i cisza na lotnisku, Aszgabad jest stolicą a prócz naszej garstki podróżujących, nie było tam nikogo. Wszędzie białe marmurowe ściany, gdzieniegdzie reklamy i mnóstwo złotych elementów.

Wszyscy musieliśmy odczekać swoje w kolejce po wizę, z dokumentami nie było problemu więc wklejkę do paszportu otrzymałem szybko a objętość mojego portfela zmniejszyła się o kilka amerykańskich banknotów.

Rano szybko trafiłem na parę Amerykanów, którzy od razu wydali mi się… dziwni. Po śniadaniowej przygodzie w hotelowej restauracji, zagadnąłem ich w lobby. Odpowiedzieli tylko lakonicznym „interesting”, po czym już wiedziałem, że chyba między nami nie zaklika.

I niestety miałem rację. Wieczorem cała grupa ruszyła na kolację do lokalnej knajpki, gdzie czekały na nas regionalne specjały i swojska atmosfera. Ale oni – najpierw narzekali, że za głośno, potem że lokalni palą papierosy, i finalnie przesiedzieli cały wieczór sami, przy osobnym stoliku. Reszta z nas integrowała się w najlepsze w drewnianej przybudówce przy ogródku – śmiechy, rozmowy, poznawanie się nawzajem. W końcu mieliśmy razem spędzić dwa tygodnie!

Ciekawostka: jakieś 95% samochodów na ulicach miało kolor biały albo srebrny. Inne kolory? Nie istnieją. Czarne są zarezerwowane wyłącznie dla rządowych elit. Zastanawialiśmy się, jak właściciele rozpoznają swoje auta na parkingach. Może mają jakiś sekretny kod?

Pierwszy dzień w Aszchabadzie zostawił w głowie kilka wyraźnych obrazów – monumentalne budynki z białego marmuru, pustki na chodnikach i ludzie w jednakowych mundurach. Takie białe miasto-widmo na środku pustyni, gdzie nawet krawężniki są marmurowe, a ulice czystsze niż niejeden salon. Całość robi wrażenie – wizytówka kraju, która ma przysłonić biedę i codzienność zwykłych ludzi. Miasto pełne złotych pomników, ogromnych rządowych gmachów i rygorystycznych zasad. Palić w miejscu publicznym? Grozi za to areszt.

Aszchabad to miasto kontrastów. Z jednej strony wspaniałe kopuły, błyszczące fasady i place jak z bajki – z drugiej strony puste alejki, gdzie echo niesie się aż do horyzontu. Tłumów brak, choć mieszka tu ponad milion ludzi. Większość schowana w klimatyzowanych biurach albo lokalnych bazarach, bo przez większą część roku temperatura dobija do 50 stopni. Nam się poszczęściło – trafiliśmy na idealny moment, by spokojnie spacerować ulicami bez uczucia, że się topimy.

Zwiedzaliśmy miasto sami, w grupie – i dobrze, bo dzięki temu mogliśmy poczuć klimat miejsca. Choć nie obyło się bez przygód – kilka razy zatrzymała nas policja lub cywile, informując, że gdzieś nie możemy przebywać, stać czy robić zdjęć. Przepędzono nas z Placu Niepodległości i innych reprezentacyjnych miejsc rządowych.

Miasto jest niesamowicie zadbane – wszystko, dosłownie wszystko jest pielęgnowane z niemal obsesyjną dokładnością: podlewane, przycinane, froterowane. Przez to Aszchabad wydaje się aż nienaturalnie czysty – jakby żyło się w muzeum.

Lonely Planet opisuje Aszchabad jako połączenie Las Vegas i Pjongjangu – i coś w tym jest. Tutaj przepych łączy się z surrealizmem. Port lotniczy w kształcie sokoła, największa na świecie wieża telewizyjna w formie gwiazdy, a w luksusowym hotelu siedmiogwiazdkowym serwują… carpaccio z krokodyla. Wszystko to w towarzystwie fontann, trawników przyciętych jak od linijki i perfekcyjnie rozkwitających skwerów.

To miasto jest jak sen – dziwny, piękny, czasem trochę przerażający. Ale jedno trzeba mu oddać – zostaje w pamięci na długo. Bo choć ulice świecą pustkami, a monumentalizm przytłacza, to właśnie te kontrasty sprawiają, że nie sposób o nim zapomnieć.

Temperatury przez większość roku są nie do wytrzymania i sięgają nawet 50 stopni. To że mogliśmy chodzić na zewnątrz nie umierając z powodu upałów było spowodowane że wybraliśmy dobry moment na przyjazd. 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz