Rossmann

Wybrałem się na lunch z jedną z moich ulubionych koleżanek z pracy – bardzo ładna, bardzo kobieca, elegancka, zawsze uśmiechnięta, bystra, z energią i charakterem, a przy tym naprawdę miła osoba, z którą po prostu dobrze się spędza czas. Po jedzeniu zaproponowałem, że pójdę z nią do Rossmanna, bo chciała kupić parę drobiazgów.

I tak, stojąc przy kasie, otoczeni typowym popołudniowym zgiełkiem miejskiej galerii centrum, dla żartu poważnym głosem rzuciłem:
– Wiesz co, tutaj też nie mają extra małych prezerwatyw…
Ona bez mrugnięcia okiem odpowiedziała:
– No cóż, może kupimy gdzieś indziej.

Kurtyna.

Spojrzenia innych klientów – bezcenne. I zdecydowanie bezcenne było też to nasze poczucie humoru wśród regałów z chemią gospodarczą i kosmetykami.

Opublikowano praca | 1 komentarz

Ostatnia prosta

Pisane z perspektywy czasu. Trochę nostalgii, trochę zmęczenia, ale przede wszystkim – mnóstwo wspomnień.

W piątek wieczorem, przy kolacji w klimatycznej kazachskiej restauracji, czuć było w powietrzu, że to nasze ostatnie wspólne wyjście. Rozmowy krążyły wokół smakowitych tradycyjnych lokalnych potraw, ale niepostrzeżenie zaczęły też schodzić na przyszłość, kto kiedy, gdzie, z kim znowu się spotka. Czy ja przylecę do Londynu, czy może ktoś wpadnie do Polski. A może najlepiej będzie zgrać się podróżniczo – bo tak najłatwiej. Wtedy właśnie wpadł mi do głowy pomysł: zamiast Konga – Bhutan i Bangladesz.

W hotelowym lobby zebraliśmy się razem, by wręczyć napiwek dla naszego przewodnika A., który towarzyszył nam przez wszystkie dni tej wyprawy, przez pięć krajów i kolejne stany ducha. Koleżanka zadbała o oprawę, ChatGPT stworzył wiersz, a na koniec zapozowaliśmy do wspólnego zdjęcia w stylu glamour meets Vogue. Zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Nie wszyscy poszli od razu spać. Ja nie. Z grupą nowo poznanych znajomych i przewodnikiem wpadliśmy jeszcze na jedno piwo i pożegnalne szoty do pobliskiego baru. Do pokoju wróciłem o trzeciej nad ranem, zaledwie na trzy godziny przed tym, jak taksówka miała zabrać mnie na lotnisko.

W środku nocy hotel Otrar żegnał mnie cicho i ciemno. Kierowca wysadził mnie w sekcji odlotów krajowych, o czym zorientowałem się dopiero przy tablicy, która nie pokazywała żadnego znanego lotu. Skręciłem w lewo, w słabo oznakowany korytarz i niemal magicznie znalazłem się w części międzynarodowej.

Zaraz po kontroli paszportowej natknąłem się na S., której lot do Frankfurtu opóźnił się o trzy godziny z powodu uszkodzonych toalet. Ostatecznie samolot odleciał tylko z częścią pasażerów, a ona i reszta zostali przebukowani.

Mój samolot nie miał opóźnienia, ale czas dłużył się niemiłosiernie. Musiałem chodzić w kółko po terminalu, bo zasnąłbym na siedząco. Mimo biletu w klasie biznes nie wpuszczono mnie do lounge’u, bo Turkish Airlines nie miał umowy z tym lotniskiem.

W Stambule od razu wiadomo, gdzie się jest – po ilości przeszczepionych głów.

W oczekiwaniu na lot do Warszawy, już w lounge’u, czytałem i patrzyłem na wszystkich ludzi. Uwielbiam tę atmosferę dużych lotnisk – bezładny przepływ osób ze wszystkich stron świata, ładni, brzydcy, starzy, młodzi, ubrani jak z pokazów i pachnący jak z dworca.

Obok mnie przy stoliku siedział jakiś facet w sportowym stroju. Nie znałem go, ale musiał być kimś znanym – co chwilę ktoś podchodził, zagadywał, prosił o zdjęcie. Patrzyliśmy na siebie od czasu do czasu. Może pomyślał, że go nie poznałem, a może było mu przykro, że niczego nie chciałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ałmaty – ostatnia prosta naszej przygody

W drodze do Ałmaty co chwilę robiliśmy przystanki. Góry wyglądały tak niesamowicie, że nie dało się przejechać obojętnie – każde wzgórze, każdy zakręt trasy oferował nowy, epicki widok na majestatyczne góry, aparat szedł w ruch, każdy łapał ostatnie ujęcia tej panoramy. Trochę wyglądało to jak pożegnanie z Azją Środkową – powoli docierało do nas, że nasza wyprawa dobiega końca.

Przekroczyliśmy granicę z Kazachstanem – ostatnią na naszej trasie. Trochę symbolicznie wyszło, że to ja byłem ostatni, który przeszedł przez okienko straży granicznej. Przedtem musiałem się trochę nagimnastykować, co robiłem w Afganistanie, ale ostatecznie paszport zyskał kolejną wjazdową pieczątkę.

Do Ałmaty wjeżdżaliśmy już z trochę mieszaną energią – z jednej strony zmęczenie i świadomość, że to finisz, z drugiej chęć, żeby jeszcze coś zobaczyć, coś przeżyć. Po drodze odwiedziliśmy parę znanych punktów, zanim dotarliśmy do hotelu. Sam hotel powiedzmy, że miał swoją duszę pamiętającą czasy sowieckie, ale było czysto i w super lokalizacji. Najważniejsze, że wieczorem można było jeszcze wyskoczyć na miasto.

Ałmaty to wciąż najważniejsze miasto Kazachstanu – nawet jeśli już nie stolica. Miasto tętni życiem. Są wielkie radzieckie budynki, zielone parki z ławeczkami idealnymi do odpoczynku, kawiarnie, puby, świetnie zaopatrzone sklepy, no i sporo ciekawych miejsc tuż za rogiem. To było takie idealne pożegnanie z regionem – jeszcze trochę miejskiego zgiełku, jeszcze kilka zdjęć, jeszcze jeden spacer.

Z grupą ruszyliśmy na Zielony Rynek. Po tylu odwiedzonych stolicach byłych republik radzieckich niektóre miejsca w Ałmaty wydawały się aż dziwnie znajome. Między blokami o klasycznych radzieckich kształtach pojawiały się piękne detale inspirowane kulturą Kazachów oraz fasady z ornamentami.

Półki pełne dobrze znanych produktów – żółty ser, kapusta kiszona, kefir – taka mała chwila swojskości. Nagle wszystko wydawało się bliższe, znajome. Półki wyglądały jak mały fragment domu, który jakimś cudem zaplątał się tu, na końcu świata.

Sam bazar był świetnie zorganizowany – wszystko podzielone tematycznie: suszone owoce, kiszonki, sery, mięso. I jeszcze podział etniczny – każda grupa narodowa mistrzem w swoim fachu. Kolorowo, aromatycznie, gwarno – idealne miejsce, żeby jeszcze na koniec zanurzyć się w tej kulturze wszystkimi zmysłami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Biszkek

Na odkrywanie stolicy Kirgistanu miałem półtora dnia – w sam raz, żeby złapać klimat tego nietypowego miasta. Poranek zaczął się powoli. Po lekkim śniadaniu wróciłem jeszcze na chwilę do pokoju, gdzie wciągnął mnie film, poza tym aura na zewnątrz nie była szczególnie zachęcająca. Dotychczasowe dni były raczej upalne, a w Kirgistanie pogoda zaskoczyła nagłym chłodem, który skutecznie ostudził jakikolwiek zapał do spacerów. Było w tym’ też trochę mojej winy, bo nie zapakowałem ze sobą zbyt wielu ciepłych ubrań.

Biszkek, delikatnie ujmując, nie stara się oczarować na siłę – to miasto, które pokazuje prawdziwe oblicze regionu. Jeśli ktoś interesuje się historią i architekturą z czasów Związku Radzieckiego, będzie miał tu co oglądać. Pomniki Lenina, Marksa, Engelsa czy Dzierżyńskiego nadal stoją w centrum, a ulice, choć trochę chaotyczne, mają w sobie coś charakterystycznego. To miasto, gdzie kierowcy jeżdżą według własnych zasad, a pieszy musi być czujny nawet przy zielonym świetle – dodaje to wszystkim przemarszom nuty przygody!

Nazwa miasta pochodzi od tradycyjnej drewnianej łyżki używanej do mieszania lokalnego napoju z fermentowanego mleka. To miejsce może nie ma wielu zabytków, ale oferuje coś cenniejszego – żywą historię i fascynujący kontrast między postsowiecką przeszłością a współczesnością. Wielkopłytowe bloki z odpadającym tynkiem i kolorowe dresy z błyszczącymi lampasami tworzą krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym miastem.

Gdy głód dał mi o sobie znać zafundowałem sobie sushi, za które – ku mojemu zdziwieniu – można było zapłacić kartą. Biszkek zaskoczył mnie, gdy najmniej się tego spodziewałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Toktoguł – Biszkek

Droga z Toktogułu do Biszkeku okazała się prawdziwym testem cierpliwości – ale jak to w podróży, nawet nieoczekiwane zwroty akcji potrafią dodać przygodzie smaku. Plan był ambitny: ruszyć wcześnie rano i dotrzeć do Biszkeku przed wieczorem. Rzeczywiście, wystartowaliśmy punktualnie, ale już po kilkunastu minutach przygoda zaczęła się na dobre – zatrzymała nas lokalna policja, prosząc o… powrót do miejsca, z którego wyjechaliśmy.

Nasz przewodnik z wdziękiem tłumaczył, że to przez „zbyt duży bus”, choć wszyscy przeczuwaliśmy, że sprawa mogła być nieco bardziej zawiła – może jakieś dokumenty kierowców się nie zgadzały, może chodziło o techniczny stan pojazdu. Nieważne. Ważne, że przez prawie trzy godziny czekaliśmy na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej, gdzie do woli mogliśmy łapać oddech, rozprostować nogi i… czekać licząc mijane nas samochody.

Gdy wreszcie wyruszyliśmy w drogę nowymi samochodami, podróż przez góry okazała się dość wymagająca. W aucie było dość ciasno, więc z drzemki nic nie wyszło, a górskie chłody skutecznie dodawały klimatu – dosłownie. Widoki, choć z początku zachwycające, po kilku godzinach jazdy nieco się zlewały, ale i tak zapisały się w pamięci jako część tej nietypowej trasy.

Po dotarciu do Duszanbe odebrałem klucz do pokoju i poczułem, że czas na chwilę ciszy i regeneracji. Zrezygnowałem z kolacji i wieczornego spaceru z grupą, wybierając spokojny wieczór sam na sam z własnymi myślami. Czasem nawet podczas największych wyjazdów warto złapać chwilę oddechu – żeby nazajutrz wyruszyć dalej z nową energią.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Toktoguł

W Toktoguł nie zatrzymaliśmy się w hotelu, po prostu ich tam nie ma. Zamiast tego czekało na nas coś znacznie bardziej klimatycznego: nocleg w prywatnym domu, gdzie właścicielka z sercem otwierała drzwi dla podróżnych, oferując wygodne pokoje gościnne.

Sam dom był przestronny i naprawdę przyjemny – pokoje czyste, zadbane, każdy z własną łazienką. Materace trochę skrzypiały, bo nadal owinięte były w fabryczną folię, której właściciel z jakiegoś powodu nie chciał zdejmować, ale to tylko dodawało całości lokalnego kolorytu. Za to cała miejscówka miała świetny klimat – przed każdym z pokoi znajdowało się ogromne patio, a pod moimi drzwiami czekała ławka i stolik, które wieczorem stały się centrum naszego wyjazdowego życia towarzyskiego.

Kolacje i śniadania jedliśmy razem z całą grupą w domu gospodarzy, w atmosferze przypominającej rodzinne spotkanie – jak u cioci na imieninach, gdzie każdy czuje się mile widziany, a rozmowy przy stole płyną same.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Osz – Toktoguł

Przekroczenie granicy tadżycko-kirgiskiej było niczym scena z filmu przygodowego – coś, co na długo zapadnie nam wszystkim w pamięć. Autokar zatrzymał się jeszcze na ponad kilometr przed granicą, bo drogę zablokowały równo zaparkowane ogromne tiry. Nawet pas środkowy był zastawiony, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko wyjąć bagaże i ruszyć pieszo w kierunku punktu granicznego.

Z plecakami i torbami lawirowaliśmy między potężnymi ciężarówkami, koparkami i gigantycznymi oponami – prawdziwy slalom wśród stalowych kolosów! Na granicy Tadżycy przyjrzeli się naszej grupie dość dokładnie, ale wszystko przebiegło spokojnie. Po kirgiskiej stronie poszło już błyskawicznie – kilka pieczątek i gotowe.

Dwa dni podróży przez spektakularne krajobrazy – z Osz, przez Tagtoguł, aż do Biszkeku. Nasz hotel w Osz może i był skromny, z nieco zbyt kompaktowymi pokojami w minimalistycznym stylu, a prysznic z krótkim wężem bardziej nadawał się do szybkiego odświeżenia kolan niż pełnej kąpieli – ale miało to swój urok.

Moja koleżanka z Australii trafiła na prawdziwy cud techniki – grzejnik w kabinie prysznicowej! Brzmiało to jak coś z komedii Barei i trochę się zastanawiała, czy przypadkiem nie wyleci w powietrze podczas prysznica. Ale ktoś inny spojrzał na to z zupełnie innej strony – skoro możesz robić pranie pod prysznicem, to nie musisz nawet wychodzić z kabiny, żeby rozwiesić rzeczy do wyschnięcia. Wszystko w jednym miejscu – oszczędność czasu i miejsca.

Za to wieczorem czekała nas miła niespodzianka – kolacja w świetnej restauracji przy ulicy Lenina. I tam… najlepsza soljanka, jaką jadłem w życiu – pełna smaku, rozgrzewająca i idealna po intensywnym dniu. Kirgijczycy zaproponowali nam lokalną wódkę na spróbowanie, dobrą, mocno schłodzoną i abstynencję znowu szlag trafił.

Nazajutrz rano w planie mieliśmy trochę pozwiedzać, ale lokalny przewodnik stwierdził z uśmiechem, że w Osz nie ma nic specjalnego do zobaczenia. Czy miał rację – tego się już pewnie nie dowiem. Może rzeczywiście bardziej zależało mu, żeby jak najwcześniej wyruszyć dalej w drogę do stolicy.

A krajobrazy? Po prostu bajka. Chociaż na początku pogoda nas nie rozpieszczała, to później wyszło słońce, a widoki – góry, doliny, jeziora – zapierały dech w piersiach. To była podróż, choć potwornie długa zdecydowanie miała swój klimat.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Chodżent

Chyba nikt z nas nie spodziewał się, że Chodżent okaże się tak interesującym miejscem do zwiedzania. Nasz hotel miał specyficzny klimat – trochę jak z dawnych lat – ale ja trafiłem wyjątkowo dobrze, bo dostałem przestronny apartament z osobną sypialnią.

Rano wyruszyliśmy na odkrywanie miasta, które jest drugim co do wielkości w Tadżykistanie. Jednym z punktów był tętniący życiem Bazar Panjszamb. Ten kolorowy rynek to prawdziwa uczta dla zmysłów – aromaty przypraw, świeże owoce i warzywa, rowery, opony, ptaki, lokalne wyroby, podróbki znanych marek i tkaniny przyciągały uwagę z każdej strony. Idealne miejsce, żeby spróbować czegoś nowego, porozmawiać z mieszkańcami i poczuć rytm codziennego życia w Tadżykistanie. Z ciekawości spróbowałem lokalnych truskawek, które przypomniały mi smak dzieciństwa.

Jedną z rzeczy, które naprawdę rzucają się tu w oczy, są złote uśmiechy. Złote zęby to nie tylko element estetyki, ale też kulturowy symbol – widzieliśmy je u sprzedawców, taksówkarzy, a nawet policjantów. W różnych krajach regionu, od Turkmenistanu po Kirgistan, złote uśmiechy stają się niemal znakiem rozpoznawczym – u młodych i starszych, kobiet i mężczyzn. Choć moda ta wywodzi się jeszcze z czasów sowieckich, w niektórych miejscach ma się całkiem dobrze do dziś.

Po kolacji nie chciało mi się jeszcze spać i jak się okazało, nie byłem sam. Dostałem wiadomość od znajomych, że wybierają się do sklepu, więc dołączyłem. Skończyło się na sympatycznym wieczorze w pokoju naszego przewodnika – rozmowa, śmiech, trochę lokalnej wódki. Obiecałem sobie, że to ostatni taki wieczór ale w podróży trudno odmówić dobrej atmosferze.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Duszanbe – Chodżent

Podążając śladami dawnych kupców Jedwabnego Szlaku, dzisiejsi podróżnicy ruszają do Tadżykistanu, by przeżyć prawdziwą górską przygodę przez krainę, którą nie bez powodu nazywa się „Dachem Świata”. Czekają tam potężne pasma górskie, surowe pustynie i wąwozy, które zapierają dech w piersiach.

Choć Tadżykistan to jeden z najbardziej odległych zakątków globu, życie tętni tu nawet w miejscach, gdzie kończy się asfalt, a zasięg to tylko wspomnienie. Pośród gór i pustkowi spotkać można kirgiskich nomadów, którzy od pokoleń prowadzą proste, samowystarczalne życie w jurtach, z dala od cywilizacji. Dotrzeć do nich nie jest łatwo – trzeba zmierzyć się z mrozem i wysokością – ale na końcu tej drogi czeka coś, czego nie da się kupić: ciepłe powitanie i herbatka w środku niczego.

Tadżykistan to młode państwo – niepodległe od 1991 roku – ale jego historia sięga znacznie dalej, przez czasy carskie, radzieckie i jeszcze głębiej w przeszłość. Dzisiejsza mozaika narodowości to efekt stalinowskiego miksowania ludów – Tadżycy, Uzbecy, Kirgizi, Rosjanie – wszyscy tworzą barwną, choć nie zawsze łatwą codzienność.

Krajobrazy? Kosmiczne. Dosłownie. Na zachodzie góry opadają w doliny tak strome, że wydaje się, jakby wioski ledwo trzymały się skał. Każdy skrawek ziemi jest tu cenny – obsadzony ziemniakami, kapustą, pszenicą. Na wschodzie – inna bajka. Wysokogórska pustynia jak z księżyca. Marco Polo pisał, że nawet ptaki nie chcą tam latać. I coś w tym jest.

Tadżykistan nie jest miejscem do „zaliczenia” – to kraj, który się odkrywa krok po kroku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Duszanbe

Po pysznym, hotelowym śniadaniu wróciłem do pokoju z nieodpartą chęcią spędzenia tego dnia na własnych warunkach. Duszanbe mieliśmy w planach przez dwa dni – idealna okazja, żeby na chwilę zwolnić tempo i zafundować sobie dzień w wersji solo: trochę czytania, trochę zwiedzania, relaks w hotelowym basenie i zwyczajne samotne bycie ze sobą.

Choć marzyłem o samotnym śniadaniu, dobre wychowanie wygrało – dołączyłem do rodziców L. i w sumie dobrze się stało, bo jej mama mówi po angielsku w taki pięknie brytyjski sposób, że każde „how splendid” brzmiało jak poezja. Dzięki temu nawet moje samolubne plany przestały wydawać się takie egoistyczne.

Część grupy poszła na zwiedzanie, ja zaś wybrałem zwiedzanie miasta na własną rękę. Ale zanim wyszedłem, wróciłem jeszcze za potrzebą do pokoju – i właśnie wtedy zdarzyło się coś… nietypowego.

Siedzę tam sobie spokojnie, aż tu nagle – wszystko zaczyna się ruszać. Podłoga faluje, ściany się chwieją, czuję, że zaraz cały hotel runie. Przez chwilę byłem przekonany, że w pobliżu zawalił się budynek! Ale nie – to było trzęsienie ziemi. Serio. Pomyślałem sobie: „Tego jeszcze nie miałem – trzęsienie ziemi w Tadżykistanie, i to dosłownie na tronie”.

Na szczęście nic się nie stało. Po chwili telefon zawibrował – wiadomość na naszej grupie:
“Ooh earthquake. Shit. Wow! Let’s hope that’s the end of it. 6.4. Didn’t even notice…”

No cóż, niektórym umknęło, ale ja poczułem każdą sekundę. I choć może nie brzmi to jak przygoda z katalogu biura podróży – dla mnie był to jeden z tych momentów, które zapamiętam na długo. Takie, które przypomina, że podróże to nie tylko widoki, ale i niespodzianki. Czasem nawet dosłownie… trzęsące ziemią.

Tadżykistan – najmniej zamożny spośród pięciu byłych republik ZSRR w Azji Środkowej – budził we mnie mieszane oczekiwania. Jadąc do Duszanbe, wyobrażałem sobie szarawą, trochę przytłaczającą postradziecką metropolię z niską, zwartą zabudową i blokowiskami pamiętającymi lepsze czasy.

Zderzenie z rzeczywistością, które kompletnie mnie zaskoczyło. Duszanbe okazało się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Miasto tętniło życiem i energią zmian. Widać było, że trwa tam prawdziwy boom inwestycyjny – nowoczesne sklepy, elektryczne taksówki, luksusowe samochody, a apartamentowce wyrastające jak grzyby po deszczu przypominały, że Tadżykistan śmiało patrzy w przyszłość.

To, co zobaczyłem, mogłoby spokojnie konkurować z Taszkentem – uznawanym za najbardziej rozwiniętą stolicę regionu. Duszanbe zaskoczyło mnie pozytywnie i pokazało, że Azja Środkowa potrafi naprawdę zaskakiwać – i to bardzo na plus.

Złote pałace, fontanny, zielone parki i największa herbaciarnia świata to tylko część atrakcji. Jest też najwyższy maszt flagowy świata.

I choć zdarzają się absurdy – jak gin z Fantą zamiast toniku, brak ice tea w Long Island ice tea (więc dostajesz „short island”), czy królujące wszędzie marki Versacce i Guccki na ulicach – właśnie to wszystko tworzy jego niepowtarzalny klimat.

W Azji Środkowej nazwy stolic potrafią zaskakiwać swoją prostotą i oryginalnością. Weźmy na przykład Astanę – nazwa oznacza po prostu „stolica”. A Duszanbe? To z kolei… „poniedziałek”! W przeszłości właśnie w pierwszy dzień tygodnia odbywały się tu tradycyjne targi, które przyciągały kupców i mieszkańców z okolicznych regionów.

Duszanbe nie jest miastem, które przyciąga turystów zabytkami czy spektakularnym dziedzictwem Jedwabnego Szlaku. To raczej głośna, dynamiczna stolica, w której widać wyraźne zderzenie dwóch światów – postsowieckiej przeszłości i lokalnego, środkowoazjatyckiego charakteru. Choć nie ma tu wielu znanych atrakcji, samo miasto daje pewien wgląd w to, jak dziś wygląda codzienność w tej części regionu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz