Berno – dzień 21

Ten tydzień był o niebo lepszy od dwóch pierwszych. W pracy zacząłem sobie wreszcie radzić, potrafię samodzielnie coś zrobić, powoli łączę elementy całej tej układanki. Poza tym mam już w mieszkaniu internet, odebrałem kartę stałego pobytu, kupiłem nowy gadżet w postaci telefonu komórkowego (bo reoming mnie wykańczał) – elegancki, ultra płaski, multimedialny, z dużym wyświetlaczem, na którym pokazuje zdjęcie miasta z kraju, w którym się akurat znajdujesz i jest ono nawet dopasowywane do pory dnia lub nocy.

Jestem już po kilku wieczorach interaktywnych na skypie z przyjaciółmi, choć jesteśmy daleko to za sprawą techniki mogliśmy się słyszeć i patrzeć na siebie i było tak jakby żadne z nas nigdzie nie wyjeżdżało, zwyczajnie piliśmy wino, paliliśmy papierosy i gadaliśmy..

W piątek skończyliśmy przed 16.00 bo na 5. piętrze odbywała się impreza z cyklu dni Belgii. Po mimo nawału pracy poszliśmy wszyscy, a że serwowano tam różne gatunki piwa to nie było szans żeby potem wrócić do biurek. Wszyscy Brytyjczycy w biurze rozmawiali tylko o jednym: premierze Harryego Pottera który właśnie wchodził do kin i ekscytowali się jego premierą dumnie dzierżąc zakupione wcześniej bilety…Razem z Rosą poszliśmy jeszcze na jednego do cafe przy hotelu Bellevue, potem przegoniłem ją przez całą Starówkę żeby zdążyć przed oberwaniem chmury, ale i tak zmokłem i do domu wracałem jak uczestnik konkursu mokrego podkoszulka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzien 15

Staram sam siebie przekonać, że lepiej nie trwać za wszelką cenę w samotności. Dzień, tydzień pobyć samemu ale potem lepiej wyjść do ludzi, nie tkwić za wszelką cenę w samotności. Nie nastawiam się, że wszyscy będą mi oddani i zawsze znajdą odpowiednie słowa bo to niemożliwe.
Razem z Rosa i Pamela poszliśmy w czwartek na koncert zespołu Probabilistic Casuality, w którym gra nasz kolega z biura. W środę Dirk niespodziewanie wręczył mi zaproszenie i postanowiłem zrobić z niego użytek. Po mimo zmęczenia po całym długim dniu ślęczenia nad laptopem, prosto po pracy poszedłem do galerii Ono i nie żałowałem tej decyzji.
Później leżąc w łóżku w domu próbowałem popatrzeć obiektywnie na nową sytuację, w której się znalazłem. Pracuję w zawodzie, w Szwajcarii, mam interesującą pracę w międzynarodowym koncernie, wynajmuję ładne, umeblowane mieszkanie w dobrej dzielnicy, niczego nie muszę sobie tutaj odmawiać. Nawet jeśli miałoby się to wkrótce skończyć to i tak tylko zyskam, bo mam dom, do którego mogę wrócić i pracę, którą w Polsce prędzej czy później znajdę.
Kilkakrotnie na głos powtarzałem sobie że jestem szczęściarzem…

Szefowa nie czepiała się mnie już później. Może jej przeszło, może zajęta była czymś innym. W tym tygodniu od środy jest na konferencji controllershipu więc jest szansa że w biurze też będzie luźniej.

Zaczynam na nowo organizować swoje życie, po dwóch tygodniach wreszcie rozpakowałem torby i puste wsadziłem do szafy, postanowiłem tutaj zostać i spróbować. Zrobiłem wreszcie pranie, a w Coopie zaopatrzyłem się w najpotrzebniejszą chemię, dodatkowe wieszaki, jedzenie na cały najbliższy tydzień, na skrzynce pocztowej przykleiłem swoje nazwisko. Wciąż trochę dziwi mnie szwajcarskie podejście do segregowania śmieci. W piątek ktoś zostawił mi szpulę sznurka do wiązania makulatury. Nie wiem czy była to Ursula czy może któryś z sąsiadów pomyślał za mnie. W przewodniku który od niej dostałem naliczyłem 40 różnych rodzajów odpadów podzielonych alfabetycznie i sposobów na ich pozbycie się.

Rodzice odpoczywają na południu Hiszpanii, matka odwiedzi mnie w sierpniu a we wrześniu brat, w październiku polecę do Polski a potem zaraz na święta. Zaczynam na nowo planować i dobrze mi z tym, to dobry znak bo znowu mam swoje cele. Jeśli kiedyś poczuję że nie daje rady spakuje walizkę i pojadę gdzieś daleko, spełnić swoje marzenie zobaczenia jakiegoś odległego zakątka świata.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Berno – dzień 10

Wczorajszy dzień zapamiętam na długo. Przyszedłem do biura wcześnie rano naładowany pozytywnymi myślami i z nastawieniem, że to czego uczono mnie przez cały poprzedni tydzień zdołałem dobrze przyswoić i nawet poczułem przypływ satysfakcji ze swojej pracy.
Deb od rana tłumaczyła mi metryki i tabele, których przygotowywanie miałem w przyszłości po niej przejąć. Po kilku godzinach intensywnego wysiłku intelektualnego poczułem jak ubywa mi entuzjazmu i siły by moc słuchać tego wszystkiego dalej. Czułem się przesycony nowymi informacjami, w skroni zaczęło pulsować mi zmęczenie a Deb wtedy rzuciła mi hasło żebym dokończył po niej to, co zaczęła a sama udała się na spotkanie. Próbowałem zmobilizować resztki sil, ale reagowałem i myślałem coraz wolniej. Było grubo po 17 kiedy zacząłem zbierać swoje rzeczy szykując się do ewakuacji, chciałem spokojnie wrócić do tych spraw nazajutrz. Wtedy nagle pojawiła się ona, na glos skomentowała moje braki i to ze nie spełniam jej oczekiwań. Obrzuciła mnie spojrzeniem wyrażającym głębokie niezadowolenie, usłyszałem parę innych dosadnych uwag pod swoim adresem i moich kompetencji. Kiedy po chwili zadzwoniła do mnie matka w moim glosie wciąż słychać było ton zrezygnowania. Z trudem przychodziło mi żeby ukryć przed nią swoje emocje.
Nie zdziwiłbym się gdyby po pierwszym miesiącu nie przedłużyli ze mną kontraktu. Coraz bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, że znoszę to przede wszystkim dla pieniędzy, zdobycia międzynarodowego doświadczenia i dopiero na samym końcu dla satysfakcji, która nie wiem, kiedy się pojawi…Pewnie dopiero wtedy, gdy wrócę do Polski a na razie muszę zagryzać wargi i brnąć do przodu.
Po pracy wyciągnąłem do pubu Rose żeby przy niej odreagować. Pomogło.

Na interview przyleciała z Wrocławia K. Jest zadowolona z jego przebiegu, ekscytuje się perspektywą pracy tutaj, nie bardzo chciała uwierzyć w to, co jej opowiadałem.

Dziś są moje urodziny.
W ciągu dnia kilkakrotnie wyciągałem z kieszeni telefon i wyłączam natychmiast. Kilka połączeń, za każdym razem serce bilo mi mocniej. Na małym ekranie dostrzegałem imiona i nazwiska osób, które usiłowały się do mnie dobić, nie zamierzam jednak oddzwaniać w najbliższym czasie. Nie pojawił się żaden „numer nieznany”. To mógłby być on…ale żaden „numer nieznany” się nie wyświetlił.

Zatrzymałem się dziś na chwile żeby spojrzeć na panoramę Berna.
Już dawno nie czułem się taki samotny. To przez urodziny. Samotność jako uczucie od kilku lat rzadko dociera do mnie w szalonym pędzie codzienności. Samotnym jest się tylko wtedy, gdy ma się na to czas. A ja nie mam czasu. Tak skrzętnie organizuje sobie życie, żeby nie mieć czasu. Projekty, wyjazdy, kursy, szkolenia, praca, spotkania, wizyty i rewizyty. Nie w mojej biografii nie ma przerw na rozmyślanie o samotności, rozczulania i takie słabości jak wtedy na tym moście. Na tym szarym, ruchliwym mostku, zmęczony i skazany na bezczynność, nie mogłem zając się niczym innym by zapomnieć, samotność pojawiła się jak atak alergii. To że byłem tutaj i miałem tę niezaplanowaną przerwę to była raczej pomyłka. Zwyczajna, bezsensowna, banalna, pomyłka. Jak błąd w druku.

Nie mam nikogo. Nikogo ważnego. Mam tylko projekty, konferencje, terminy, pieniądze i czasem uznanie. Kto w ogóle pamięta, że mam dziś urodziny? Dla kogo to ma znaczenie? Kto to zauważy? Czy jest ktoś, kto pomyślał dziś o mnie?

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 4

W pracy czuje się wciąż obco i mam wrażenie że błądzę po omacku. Wychodzą różnice i problemy w komunikacji. Czasami nie rozumiem czego ode mnie chcą albo co mam zrobić więc pytam, pytam i pytam. Niby wiem potem co, ale przytłacza mnie ilość rzeczy do zapamiętania. Na spotkaniu zespołu Deb przydzieliła mnie do zespołu który ma rozwiązać problem kart korporacyjnych i VATu a ja dalej nie kumam czaczy. Siedzę z poważna miną a w środku zastanawiam się o co k..a chodzi. Ja tego nie umiem, nie potrafię, nie znam się…
Boje się że wywalą mnie jak tylko się zorientują że nie spełniam ich wymagań i pokładanych we mnie nadziei, że po prostu się pomylili.
Dostałem zaproszenie na summer party na które nie miałem czasu pójść bo wolałem robić w tym czasie swoje a potem wrócić do domu by spokojnie przejrzeć jeszcze raz wszystkie materiały i notatki…
Rosa przekonała mnie żeby jednak pójść bo nie wpada nie pojawić się na pierwszej integracyjnej imprezie. Dziwne jest to że w zespole ludzie pracują po 2-3 m-ce lub krócej a niewielu z nich ponad 2 lata. Jeśli utrzyma się taka rotacja to za kilka miesięcy jeśli dotrwam będę jednym z najdłużej pracujących członków zespołu…
Na imprezie pojawiali się bossowie ze USA, ich gadki o planach rozwoju firmy, strategii i naszym zaangażowaniu przyprawiły mnie o niesmak. Typowa korporacyjna gadka – papka…
Za to dziewczyny pozwoliły mi się zrelaksować bo pierwszy raz śmiałem się przy nich do łez.
Nareen która bez skrępowania przyznała się że finanse to nie to czym chciałaby się zajmować w życiu zjednała mnie sobie. Rosa, Vasilka, Katja, w cudowny sposób sprawiły że oderwałem się na chwilę od złych myśli i czarnowidztwa.
Dziś pierwszy raz dostałem maila w którym raz ze wiedziałem o co chodzi a dwa umiałem na niego odpowiedzieć bez niczyjej pomocy. Udało mi się usatysfakcjonować swoją pierwszą klientkę

Nie mam wciąż Internetu, mam ochotę odesłać ten pieprzony modem tam skąd przyszedł.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 3

Nie było jeszcze dnia żebym się nie zastanawiał nad tym czy podjąłem słuszną decyzję. Zwykle co godzinę żałuję ze zdecydowałem się na podjecie pracy za granicą. Przy każdym potknięciu pojawia się u mnie zwątpienie że sobie nie poradzę, że może powinienem postarać się jakoś to wszystko odkręcić.
Po powrocie z pracy poszedłem kupić sobie butelkę wina i paczkę papierosów bo musiałem zapalić. I wtedy znów przyszły łzy, których nie zdołałem powstrzymać.
Płakać trzeba w spokoju, tylko wtedy ma się z tego radość.

Pojechałem złożyć papiery o pozwolenie na stały pobyt. Kadry wysłały mnie do Koniz, bez problemu znalazłem ulicę tylko że nie ten numer. Błądziłem godzinę zanim tam w ogóle dotarłem, najpierw wokół rozkopanego do granic przyzwoitości dworca, potem żeby znaleźć właściwy numer. Na powitanie dostałem lek na wypadek wybuchu jądrowego, darmowy 7dniowy bilet na wszystkie strefy miasta i worek na śmieci. Cóż za zorganizowany za naród.

Usilnie starałem się znaleźć oddział Credit Suisse ale coś opornie mi to szło. Ciągle tylko wpadałem na oddziały UBS, pomyślałem, że może to jakiś znak więc właśnie tam założyłem sobie konto. To wszystko prawda co mówi się o szwajcarskich bankach, wychodząc stamtąd naprawdę czułem się dopieszczony. Nigdy nie myślałem że będę mógł mieć tutaj złotą kartę kredytową. To jaką dostałbym w Polsce? Platynową? Zwyciężył rozsądek, bo do czego mi taka złota karta?
Pracownik banku uświadomił mi że “dużo” zarabiam. Nie wiem co to znaczy „dużo”, czy „dużo” to na tyle dużo że wystarczająco, czy może powinienem wciąż chcieć więcej. A co można kupić za dużo pieniędzy? W D&G się nie ubieram, auta sportowego ani limuzyny nie posiadam, na wczasach nie byłem od kilku lat, bo nie było kiedy ani z kim. Może „dużo” jest wtedy kiedy nie trzeba pracować? Tyle, że mi akurat moja praca sprawia frajdę.
Piękne modelki, poncz w plastikowej wazie z IKEA, dużo dobrych alkoholi, towarzystwo raczej snobistyczne a w środku ja, brylujący ze swoją arogancją, jak ja lubię taki lans i splendor

W biurze regularnie robię z siebie idiotę, mam problemy ze zrozumieniem najprostszych rzeczy i nie wiem dlaczego. Widzę jak Deb otwiera szeroko oczy kiedy zadaję jej te same pytania na które odpowiadała mi chwilę wcześniej. Dziś pomyliłem corporate credit card z business card. Co za obciach.
W mieszkaniu wciąż nie mam dostępu do internetu, mam modem ale płata instalacyjna którą wysłał cablecom jest jakaś trefna.
Chciałbym żeby to wszystko się już skończyło. żeby te przeciwności losu przestały mnie nękać, by było stabilnie, nudno, powtarzalnie… Siada mi psychika
W niedzielę przylatuje K. Chce żebym odebrał ją z lotniska. Jeśli dostanie pracę u mnie w firmie będzie mi trochę raźniej.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzień 2

Mieszkanie wygląda lepiej niż na zdjęciach. Za oknem mam widok na prawdziwe szwajcarskie krowy które ktoś wypasa na zboczu Gurten, mam piękny duży balkon z typową dla Szwajcarii markizą, stół, komplet wypoczynkowy, sypialnię ze sporym i bardzo wygodnym łóżkiem oraz dużymi oknami. Wkurwiłem się tylko że tak mało mam wszędzie kontaktów i ze żaden nie pasuje do wtyczki od laptopa. Coś będę musiał na to zaradzić…
Do pracy wybrałem się pieszo, po pierwsze pół Berna jest rozkopane z powodu remontów ulic i trakcji tramwajowej, po drugie chciałem wybadać ile mi to zajmie czasu. Było nawet ciepło, lekko mżyło, początkowo wiedziałem gdzie jestem ale po kwadransie czułem, że się zgubiłem. Byłem gdzieś nad Aarą, ale miałem problem żeby znaleźć most, który pozwoliłby przejść na drugą stronę rzeki. Bezskutecznie. Dopiero po dłuższej chwili go dostrzegłem, ale przebiegał wysoko nad moją głową, więc musicalem iść dalej, krążyć, wspinać się. Zrobiłem jedno wielkie koło. Na moście próbowałem przejść na stronę gdzie nie było chodnika dla pieszych, musiałem znowu się cofać. Do biura dotarłem punkt 9, bez minuty spóźnienia tylko że cała moja wyprawa zajęła mi ponad godzinę no i zmokłem jak kura.
Najpierw sesja fotograficzna do nowej przepustki, potem wymiana uprzejmości z całym działem, wszyscy życzyli mi powodzenia, uśmiechali się, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie byli ani bardzo starzy ani specjalnie zamknięci w sobie. O 10 wybraliśmy się na małą uroczystość z okazji święta narodowego Kanady – serwowano naleśniki, syrop klonowy ale najpierw trzeba było śpiewać hymn…
Szwajcarzy wydaja się nie przemęczać pracą…
Ledwo zasiadłem do swojego nowego biurka i zacząłem przeglądać maile, które mnożyły się jakby w ekspresowym tempie i lawinowo zalewały mi skrzynkę. Debbie sprawdzała czy mam dostępy do wszystkich aplikacji i czy w ogóle wszystko działa jak trzeba. W południe wybraliśmy się na lunch – oprócz mnie byli też Rosa i Andre. Rosa – pół Hiszpanka pół Brytyjka, lekko zaczęła mnie irytować wszystkimi swoimi pytaniami, głośnym śmiechem i dziwną pretensjonalnością której nie potrafię inaczej jeszcze nazwać.
W biurze spędziłem czas do 18.30 i znowu gnany żyłką podróżnika zapragnąłem wracać pieszo. Wiem już gdzie znajdują się ambasady Maroka i Bułgarii oraz że blisko mojego domu swoją placówkę mają USA, nad której bezpieczeństwem czuwa parunastu żołnierzy, a wszystkie ulice wokół są pozamykane dla ruchu samochodowego.
Niby wiedziałem gdzie jestem i dokąd chciałem dojść lecz i tym razem nadrobiłem parę ładnych kilometrów zanim dotarłem pod właściwy adres.
W domu (mieszkaniu?) dostałem doła, takie prawdziwego, chciało mi się wyć że na własne życzenie zafundowałem sobie taką huśtawkę nastrojów. Pierwszy raz od kilkunastu miesięcy płakałem z dziwnego poczucia bezsilności…
Przez cały wieczór żałowałem swojej decyzji, chciałbym móc odwrócić wtedy czas i być znowu w domu.
Mam nadzieję że nie zwariuję tutaj i że to wszystko jest tylko przejściowe.

 

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Berno – dzien 1

To musiało się tak skończyć. Pakowanie się na bliżej nieokreślona okres pobyty za granica musiał zakończyć się spakowanym do ostatniej przestrzeni bagażem. Podczas odprawy biletowej wykryli moja nadwagę i kazali mi płacić. Nie było przebacz, na nic zdawało się tłumaczenie ze mam bilet w jedną stronę – musiałem zapłacić ponad 400zl kary. Mój brat skwitował ta jednym zdaniem. Płacisz bo wyglądasz na takiego co go stać…
Na lotnisku wpadłem na koleżankę, która w tym samym czasie leciała do Rzymu – dzięki niej czas oczekiwania na wejście do samolotu tak szybko mi minął.
W Monachium powoli szedłem w kierunku wyjścia na następną przesiadkę i jakoś dziwnie było mi wesoło. To zapach lotniska tak na mnie podział…
Moja przygoda zaczęła się niefortunnie, ciekawe na ile mnie ona zmieni i na ile zmieni się mój sposób postrzegania wszystkiego wokół.
W Zurychu padało, pogoda mnie zaskoczyła bo miało być prawie 30 stopni. Z dwoma wielkimi torbami dobiłem się do kasy biletowej by kupić bilet na pociąg do Berna.
Trudno przychodzi rozkoszowanie się podróżowaniem mając przy sobie tak olbrzymi i nieporęczny balast. W pociągu jakaś nieznośna panienka kilka razy fuknęła wyraźnie pod moim adresem, że moje bagaże stoją w przejściu i jej przeszkadzają. Wstawała i wierciła się między swoim siedzeniem a korytarzem jakby chciała zrobić mi na złość.
Z Ursula – moją agentką która znalazła mi mieszkanie (jak to fajnie brzmi: moja agentka od nieruchomości) spotkam się na stacji. Sama zawiezie mnie do mojego nowego mieszkania.
Od dziś zacznę się uczyć że mój dom jest tam gdzie ja jestem…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Życie jak poemat

Dobrze jest jeżeli w życiu widzisz głębszy sens, jeżeli robisz coś ze wszystkich sił byś dobrze żył.
Dlatego poddaj się pragnieniu, które w Twoim sercu jest, pokusie odkrywanej raz po raz, na jakiś czas.

Nasze życie pędzi jak poemat, trzeba tylko znaleźć dobry temat trzeba się odnaleźć w każdej chwili, trzeba być.
Tyle jeszcze drogi jest przed nami z tym, że trasę wyznaczymy sami po co dalej w miejscu tkwić trzeba żyć.

O ile łatwiej jest jeżeli wiesz co dalej robić chcesz, jeżeli w swoim sercu serce masz, to jest Twój czas.
I wtedy będzie tak, jak jakby się nigdy miał nie skończyć świat, jakby się nigdy miał nie skończyć dzień, bo masz swój cel.

Nasze życie będzie jak poemat, trzeba tylko znaleźć dobry temat, trzeba się odnaleźć w każdej chwili, trzeba być.
Tyle jeszcze drogi jest przed nami z tym, że trasę wyznaczymy sami, po co dalej w miejscu tkwić – trzeba żyć.
Nie rezygnujmy ze swych marzeń kto to wie, co jeszcze czas pokaże, kto to może wiedzieć co się stanie choćby dziś.
Nasze życie będzie jak poemat trzeba tylko znaleźć dobry temat, trzeba się odnaleźć w nim aby być.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz

stres

Dziwny niepokój mnie ogarnął.
W nocy nie mogłem spac, obudziłem sie o 3 i do rana surfowałem po sieci. Konsewkwencją bezsenności była ogólna nietomność na śniadaniu u rodziców. Sen zmógł mnie nagle, gdy zasiadłem przed telewizorem a matka robiła mi kawę.
Wróciłem do domu zrobić najpotrzebniejsze zakupy, umówiłem się z M na kawe w La Scali, w tzw międzyczasie odebrałem parę telefonów od znajomych, którzy chcieli jeszcze sie pożegnać albo złozyć zaległe imieninowe życzenia. T. zaskoczył mnie informacja, ze wybiera sie do centrali swojej firmy w Vevey i że sie spotkamy.

Tato zaprosił cała nasza rodzine na uroczysty obiad na mieście, po którym przestałem chodzić a zacząłem sie toczyć…

Nim zacząłem sie pakować, próbowałem sie zdrzemnąć ale bezskutecznie, niby czuję sie zmeczony ale sen nie przychodzi. Posciel pachnie M, który jest juz wspomnieniem.

Jak to dobrze, że skończył się już
Ten podły dzień, co mi Cię zabrał
Ciężko było tak po prostu przyjść
I usłyszeć, że dla Ciebie umarłem
A teraz zamknij oczy swe
Dotknij tak jak tylko mnieNie bój się, to tylko sen
W sen nie trzeba wierzyć
Zobacz – teraz jestem tu
Cały z Tobą, cały Twój
Dobrze, pójdę już, lecz gdzie – nie wiem
Choć noc, choć mrok – dla nas wszystko już jasne
Więc jak mam spać, kiedy wiem, że nie zaśniesz

Wiem, że trudno jest uwierzyć
Jak łatwo się stać tylko wspomnieniem
Ty nie przyszłaś też, zbyt ciężko jest
Usłyszeć, że dla mnie Cię nie ma

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

ostatni raz nim zniknę

Od tygodnia nic nie robie tylko się z kimś żegnam: spotkania z ludźmi z byłej pracy, sprawdzenie list obecności w Kogucie, Mleczarni, Planet, Akropolis, ostatni spacer po Ostrowie, drink w ulubionym hotelowym barze, ostatnie śniadanie z rodziną. Byłem zmuszony wspomóc sie terminarzem, żeby wszystko poukładać.
Kochankowie tez się mobilizują, żeby wpaść na ostatni raz nim zniknę – gdyby każdy tydzień miałby tak wyglądać padłbym z wycieńczenia. Pozytywne jest to, że nie potrzebuję seksu przez następne 2 tygodnie…

Jeszcze tylko 2 dni.

Opublikowano Brak kategorii | Dodaj komentarz