Siedzę sobie przy biurku w pracy i czytam, bo za 3 miesiące mam być w Kabulu….
Niestety wczoraj Talibowie ogłosili, że nie przyjmują już wiz z ambasad, które nadal wspierają stary reżim. Do tej pory panował niełatwy rozejm, ale teraz to się zmieniło.
W obecnej sytuacji jedynymi ambasadami, które wydają ważne wizy są: Haga, Madryt, Dubaj i Islamabad.
Jeśli składasz wniosek w Madrycie lub Hadze, będziesz musiał osobiście udać się do Ambasady. W tej chwili nie wiemy, jaki jest czas ich przetwarzania.
Wizy w Dubaju i Islamabadzie wydawane są tego samego dnia. Szczególnie polecamy Dubaj. Wielu naszych klientów w drodze do Kabulu złożyło tutaj wniosek, przybywając do Z.E.A. dzień wcześniej. Można tego dokonać osobiście lub poprzez kontakt z agencji, której przedstawiciel przyjedzie do twojego hotelu w Dubaju, odbierze dokumenty i dostarczy wizę jeszcze tego samego dnia.
Przez wysokie temperatury nie mam zupełnie weny do pisania, ostatnimi tygodniami głównie grillują mi się myśli. Każdego poranka z ochotą wstaję do pracy, jadę do biura choć przepisowo nie muszę pojawiać się częściej niż 2 razy w tygodniu. W biurze temperatura nie przekracza 19 stopni, kiedy wybieram pracę z domu klimatyzator pracuje nieustannie. Decyzja o zamontowaniu klimatyzacji w mieszkaniu okazała się zbawienna, ile razy odwiedzam znajomych w ich domach łapie się za głowę, że są wstanie funkcjonować w rozpalonych do żaru pomieszczeniach. Tegoroczne lato jest prawdziwie zabójcze pod względem temperatur.
Kilka tygodniu temu zdecydowałem się na remont kuchni. Po wielu perypetiach w końcu udało mi się znaleźć fachowca, który podjął się tego zadania. Nie było problemu z podpisaniem umowy, przedpłatą na konto, wystawieniem rachunku. Termin ustaliśmy na lipiec. Pan zadzwonił do mnie dzień przed urodzinami, rano pojechałem do starego mieszkania wręczyłem ekipie pęk kluczy, umówiłem się na za 2 dni po odbiór jak w „kuchennych rewolucjach”. Ekipa przyjechała wcześnie rano, pół godziny przed czasem. Pulchny pan wszedł i na dzień dobry usłyszałem: – Tu nie ma windy? – No nie ma. – O żesz ku…a, ja prdl. Przez chwilę myślałem, że gościu zabije mnie wzrokiem, poprzeklinał pod nosem i szybko oznajmił mi, że „rewolucja” może potrwać dłużej niż ustalone 2 dni, na co tylko pokiwałem głową. Szczerze, ochotę miałem jedynie zostawić im klucze i jak najszybciej zniknąć z pola widzenia co też niezwłocznie uczyniłem.
Kilka dni przed urodzinami zaproponowałem ekipie z pracy, żeby nieformalnie spontanicznie spotkać się gdzieś po pracy, wyskoczyć na drinka czy piwo, padło aby był to nasyp. Pomysł wszyscy podchwycili, wieczorem pojawiło się multum osób, było milo. Zaskoczyli mnie, bo dostałem tort, kartkę i prezent, ktoś zadbał o papierowe talerzyki, sztućce, było sto lat i nawet dmuchane balony. Niespodziewanie bawiłem się przednio kończąc o północy, w strugach deszczu, w ulubionym barze z garstką niedobitków. Nazajutrz pojawiłem się w biurze, pod koniec pracy z duszą na ramieniu zadzwoniłem do ekipy remontującej, pan oznajmił mi, że mam przyjeżdżać bo skończyli.
Efekt? Szczęka mi opadła. Wszystko pięknie, ładnie, czysto bez problemów i niedociągnięć. Byłem lżejszy o kilkanaście tysięcy złotych, ale widok rekompensował wydatek.
Z okazji urodzin i w ferworze dobrego samopoczucia postanowiłem sprawić sobie prezent. Zapisałem się na wyprawę w kwietniu przyszłego roku: Tadżykistan – Uzbekistan – Kirgistan – Turkmenistan – Kazachstan.
Moja serdeczna znajoma z Niemiec, która podobnie jak ja obchodzi urodziny 10. lipca prowadzi fundacje. Jej mama od lat mieszka w Kenii, Mickey razem z mężem regularnie ją tam odwiedzają, na zasadzie wolontariatu wspierają lokalną szkołę, którą wspomagają różnego rodzaju zbiórkami. W tym roku zbierają na wyposażenia dla szkoły, ławki, krzesła, materiały dydaktyczne. Odezwałem się przy okazji składania sobie życzeń i zdecydowałem bezinteresownie wspomóc jej inicjatywę.
Od strony sentymentalnej. W dniu urodzin, w ciągu dnia kilkakrotnie wyciągałem z kieszeni telefon i patrzyłem. Kilka połączeń, wiadomości za każdym razem serce biło mi mocniej. Na małym ekranie dostrzegałem imiona i nazwiska osób, które usiłowały się do mnie dobić. Nie pojawił się numer na który czekałem najbardziej. Nie wyświetlił się nawet żaden „numer nieznany”, pod którym mógłby być M.
Ostatnio dużo mówi się u nas w pracy o sztucznej inteligencji oraz aplikacjach syntezatorach mowy, które potrafią zmieniać akcent. Ci którzy mieli jakąkolwiek styczność z usługodawcą świadczącym usługi call center w Indiach wiedzą jaka potrafi być to droga przez mękę. Język często niezrozumiały, twardy akcent i gulgająca wymowa. Moje doświadczenie z Hindusami wygląda tak, że jak wystąpił jakiś problem techniczny z moim komputerem to kontaktowałam się właśnie z Indiami i miałam duży problem w porozumiewaniu się z nimi. Oni mają taki akcent, że połowy z tego co mówią to nie rozumiem, dlatego zawsze lepiej jest napisać im maila.
No nie jestem w stanie zdzierżyć tego angielskiego, irytuje mnie gdy muszę się bardziej skupić na angielskim niż na tym co mi chcą przekazać, ale jest odłam tego akcentu, który ciężko ogarnąć umysłem i czasami mam wątpliwości czy nadal mówią po angielsku czy nie.
Miałem sporo wszelkiej maści spotkań z Hindusami i często ich angielski miał taki akcent, że za cholerę nie potrafiłem zrozumieć co mówią. Często pomaga mi proszenie aby mówili trochę wolniej albo parafrazuję upewniając się że rozumiem ich wypowiedź. W pewnym sensie jestem chamski. Kiedy wiem, że mam rozmawiać z Hindusem, za każdym razem jestem mocno zaskoczony kiedy rozumiem bez problemów co on mówi. I mam tak do dziś.
Tak, jestem uprzedzony, że jak widzę czy słyszę Indianina to od razu wyłączam, bo już wiem że szkoda mojego czasu. Dziwnie rozumieją opisywane problemy, ja o jednym, oni niby o tym samym, ale jednak obok i ich rozwiązania są na zasadzie wysrywu czyli obchodzenia problemu, co jednak nie jest rozwiązaniem, którego szukam.
Nowe syntezatory AI potrafią przekształcić glos na dowolny język i akcent, co mogłoby poprawić funkcjonowanie i postrzeganie firm hostingowych z hinduskim supportem.
A teraz anegdotka sprzed kilku tygodni.
Dostaje maila, w tytule „MIL expired”, do wiadomości dziesiątki osób, wszyscy członkowie projektu. Byłem na spotkaniu nie miałem możliwości przeczytania jego treści, ale przez cały czas rozkminiałem w głowie co oznacza akronim MIL, który utracił ważność. W pracy posługujemy się wieloma akronimami, żeby ułatwić sobie prace i oszczędzić czas pisząc maile, ale z takim skrótem jak dotąd się nie spotkałem.
W wolnej chwili przeczytałem maila. Pan zgłaszał że, nie będzie go w pracy, bo mu… teściowa zmarła (MIL = mother-in-law).
Tutaj żaden syntezator czy sama sztuczna inteligencja by nie pomogła.
Właśnie mija pierwsza połowa roku i zaczyna sezon tropikalnych upałów. Podczas gdy na zewnątrz termometr pokazuje nierzadko +33 stopnie, w mieszkaniu temperatura oscyluje wokół 16. Montaż klimatyzacji to najlepiej zagospodarowane pieniądze w tym roku, nie wiem czy dałbym radę znowu gotować się w czterech ścianach a tegoroczny sezon letni zapowiada się na bardzo długi. Choć mam możliwość pracy zdalnej prawie codziennie pojawiam się w biurze, zaczynam wcześnie, ale od 16 coraz częściej spoglądam na zegarek i mam potrzebę trzasnąć klapa od komputera i gdzieś się ewakuować. Zawodowo znowu dołek, nie próbuję już nawet szukać innej pracy, bo za kilkanaście tygodni zaczynam serię comiesięcznych urlopów związanych z zaplanowanymi wyjazdami i nikt przy zdrowych zmysłach mnie by teraz nie przyjął, a bezpłatny urlop po prostu mi się nie kalkuluje. Inna bajka, że to czym zajmuję się obecnie jest uwstecznianiem się, poza tym Indianie działają mi na nerwy.
Chciałbym tylko, żeby zaplanowany na lipiec remont kuchni doszedł do skutku, potem będę się zastanawiał co dalej z mieszkaniem: trzymać i próbować wynająć czy sprzedać i zapomnieć. Czasami przeglądam oferty większych mieszkań i w myślach snuję ambitne plany co by było gdybym sprzedał tamto i przeprowadził się do nowego, większego lokum. Bardzo polubiłem dzielnice w której aktualnie mieszkam, tyle że budują tutaj blok przy bloku a mieszkania, które mi się podobają kosztują od miliona w górę. A ja wciąż chcę móc podróżować i jeździec tam gdzie chcę i kiedy tylko mi się zachce a taki luksus kosztuje. Dręczony starym jak świat dylematem jak zjeść ciastko i mieć ciastko, dochodzę do wniosku, że najlepiej byłoby mieć dwa ciastka.
Wracając w piątek w nocy przez miasto, z zakrapianej imprezy w ulubionym barze, czyniąc aktualnie wymagane 10tys. dziennych kroków naszła mnie refleksja, że jestem szczęśliwy będąc w Polsce – mieszkając w Szwajcarii czułem dyskomfort, bo nie byłem u siebie, wiele mnie tam zawsze drażniło i nie widziałem szansy na poprawę. Gdyby nie M. nigdy nie zostałbym tam tak długo.
Większość emigrantów powracających z zagranicy na rodzime łono przechodzi różnego rodzaju fazy adaptacyjne. Sam pamiętam, jak przed powrotem wyszukiwałem artykuły w internecie na temat „popowrotnego szoku kulturowego”, bo każdy przeżywa je po swojemu i każdy emigrant ma swoją prywatną dramę.
Wracające zza granicy, obawiałem się trudności dostosowania się do odmiennej sytuacji. Wciąż niezmiennie lubię mitologizować przeszłość, dawne życie, zapominając jak wygląda wtedy rzeczywistość. Radość z powrotu, entuzjazm i wiara w to, że osiągną nowy sukces, zderzyła mnie z problemem bezrobocia, złego samopoczucia, stopniowego zmiany nastawienia, czymś co perspektywy czasu nazwałabym depresją.
Co najbardziej obecnie leczy rozdarte serce, które z od czasu do czasu czuje większą tęsknotę za starym, emigracyjnym życiem, a niechęć do tego nowego? Ludzie. Spotkania z przyjaciółmi, dzielenie się swoimi problemami i szukanie kompanów, którzy przeżyli coś podobnego i najlepiej mnie zrozumieją.
Dzis wciąż nie widzę Szwajcarii w swojej codzienności. Słysząc ten język zżymam się.
Siedzę w domu, przez okno w salonie widzę jak wyrasta mi kolejny blok, wciśnięty pomiędzy i tak betonową dżunglę. Zastanawiam się czy wkleić sobie folię a’la weneckie lustro, czy narażać sąsiadów na widok siebie i tego co dzieje się u mnie w mieszkaniu.
Praca nie ma końca. Obecnie wszystko kreci się wokół niej. Wstaje bardzo wcześnie rano, na 7.30 jestem w biurze i rzadko wychodzę przed 17. Zdarza mi się pracować w weekendy i święta narodowe, ale na to akurat nie narzekam, bo za to „poświecenie” dostaję dodatkowe dni wolne. W czwartek poszedłem do biura, byłem totalnie sam, pan z ochrony co parę godzin przychodził upewnić się czy wciąż jestem w budynku. Byłem sam, nikt mi nie przeszkadzał, nie dekoncentrował, nie dzwonił telefon, nie było zaplanowanych spotkań ani telekonferencji. Pracowałem uczciwie 8 godzin i zrobiłem wszystko co zaplanowałem tego dnia.
Od poniedziałku brałem udział w 3 dniowym szkoleniu, wyrwałem się z rutyny pisania maili, za to szybko musiałem przestawić się na tryb uczenia się. Siedziałem w domu, brałem udział w warsztatach online, słuchałem wykładu, w przerwach gotowałem sobie przemyślne obiady. W środę na koniec kursu podszedłem do egzaminu i go zdałem, odhaczając kolejną rzecz do zrobienia w tym miesiącu.
Zmobilizowałem się w temacie planowanego remontu kuchni. Wyszukałem ekipy remontowe, rozmawiałem z czterema, jeden pan od początku wydał mi się najbardziej konkretny i w piątek podpisałem z jego firmą umowę. Nie w głowie mi jeżdżenie, demontowanie starych mebli, kucie kafli, utylizacja starego sprzętu – wręczyłem panu tylko klucz do mieszkania i oczekuję „kuchennych rewolucji”.
Weekend spędziłem u kuzynki w Głogowie. Pełen relaks, bez spiny, wczesnego wstawania i przymusu robienia czegokolwiek. W niedzielę otworzyłem z koleżanką sezon w osiedlowym beach barze.
Prawie codziennie idąc i wracając z pracy przechodzę przez park, to tak w ramach 10 tys. dziennych kroków. Dobrze mi się myśli w zielonej przestrzeni.
„Krótka aktualizacja, w obecnym stanie sytuacja w Afganistanie wydaje się stabilna, Talibowie pracują nad nowymi protokołami bezpieczeństwa we wszystkich obiektach turystycznych. W nadchodzących miesiącach w dalszym ciągu będziemy monitorować sytuację.
W międzyczasie, jako dodatkowy środek ostrożności, usuniemy z naszej strony wszystkie wyprzedane daty i trasy wyjazdów. Nie panikuj, jeśli zauważysz, że twojej wycieczki nie ma już na liście – oznacza to tylko, że wszystkie miejsca zostały wyprzedane i nie musimy już reklamować tego wyjazdu.”
Z biletami do Dubaju i Kabulu będę czekał do października, póki nie dostanę zaproszenia i wizy.. Każdy wniosek wizowy rozpatrywany jest indywidualnie i może zaistnieć konieczność przedstawienia dodatkowych dokumentów lub przybycia na wywiad wizowy. Plus jest taki, że po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku wizowego sekcja konsularna poinformuje mnie o konieczności uiszczenia opłaty. Nie należy wnosić opłaty wizowej przed otrzymaniem decyzji w sprawie wizy. Minus – osoby ubiegające się o wizę po raz pierwszy są zobowiązane do osobistego złożenia dokumentów. Czekają mnie więc wycieczki do konsulatu w Warszawie i papierologia, nie mniejsza niż gdy leciałem do Libii.
Dziś był najgorszy w tym roku dzień, oswajałem się z tą myślą od początku roku i snułem scenariusze jak będę chciał go spędzić. Myślałem żeby gdzieś pojechać, daleko i bezpiecznie, aby czas mijał mi na innych sprawach, miałem ochotę go przespać ale szybko porzuciłem ten pomysł, chciałem pójść do Campo na odświętny obiad sam ze sobą ale i ten pomysł wydał mi się głupi, bo co niby miałbym świętować, mogłem pójść na rower przejechać 100 km zmęczyć się na tyle by nie pamiętać. Wstałem rano, poćwiczyłem trochę, zrobiłem sobie kawy, ogarnąłem taras zaciekle szorując kafle na połysk, zrobiłem pranie, wystawiłem zestaw wypoczynkowy, umyłem podłogi w całym mieszkaniu, poodkurzałem, na obiad zrobiłem sobie carpaccio z ośmiornicy, upiekłem łososia i zapiekane szparagi, otworzyłem butelkę białego wina, wieczorem miał być Papa Bar ale skończyło się na puszce piwa. Zwykła codzienność bez fajerwerków, na koniec dopadło mnie zmęczenie. Przed pójściem spać pooglądałem stare zdjęcia, popłakałem sobie trochę i zasnąłem. To był zwyczajny dzień.
Możliwość komentowania Najgorszy w tym roku dzień została wyłączona
“Jestem pewien, że wielu z Was wie, że w zeszłym tygodniu w Bamiyan miał miejsce atak ISIS, w wyniku którego zginęło 3 turystów.
W obecnym stanie rzeczy uważamy, że jest to odosobniony atak, ale na razie jest jeszcze bardzo wcześnie i jest za wcześnie, aby mieć pewność. Będziemy uważnie monitorować sytuację w nadchodzących tygodniach i miesiącach i zbierać jak najwięcej informacji. Jeśli pojawią się jakiekolwiek oznaki, że nie jest to jednorazowy przypadek i że istnieje ukierunkowana kampania, odwołamy nasze wycieczki do czasu ustabilizowania się sytuacji.
W nadchodzących miesiącach będziemy informować o wszelkich zmianach.”
…jest Skopje, choć od rana padał deszcz i nie chciało mi się nigdzie wychodzić, przekonałem się o tym, kiedy w końcu wyszedłem na krótki spacer. Nie żałowałem w ogóle. Z czasem zrobiło się cieplej, przestało mżyć i w ogóle zrobiło się jakby przyjemniej.
Strat bazar w Skopje to jedno z najbardziej autentycznych miejsc na Bałkanach. Kamienne chodniki, małe sklepiki i niezwykle gościnni sprzedawcy to rzeczy, których można się spodziewać, odwiedzając tę kalejdoskopową część stolicy Macedonii. Na orientalny klimat składają się nie tylko architektoniczny wyraz wąskich uliczek, ale także zapachy, dźwięki, historie i gusta. Podobają mi się miasta, w których panuje pozorny rozgardiasz, skrywający bardzo jasną dla mieszkańców sieć powiązań i zależności. Skopje po prostu mnie zaskoczyło. Kiedy te wszystkie ogromne kształty zaczęły się powoli materializować po przejściu deszczowych chmur, nie mogłem oderwać oczu. Nie wiedziałem trochę czy się śmiać się czy płakać. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, gdy doszedłem nad brzeg Wardaru, były nowe, stylizowane na greckie budowle: muzea, kolejne budynki administracji, hotele. Wszystko bardziej lub mniej nieudolnie ozdobione kolumnami, tympanonami i pseudoantycznymi rzeźbami. Tej dziwnej „pomnikozy” nie da się odzobaczyć. Istny pomnikowy szał, kolejne wersje Aleksandra Wielkiego, symbolu państwa i kość niezgody między Macedonią i Grecją w różnych postaciach: na koniu, na placu Makedonia, Aleksander jako dziecko, z matką, ojcem, jako wojownik, myśliciel, jego matka w ciąży. Do tego Filip II także powielony w kilku miejscach. Wszystkie pomniki wodzów w stylistyce antycznej. Prawdziwe nagromadzenie pomników jest jednak wzdłuż rzeki i na mostach przerzuconych przez Wardar. Rzędami stoją tu wojownicy i filozofowie, jedni w pozach wojowniczych, inni kontemplujący rzeczywistość. Pod względem architektury, to nie Włochy ani Francja i trafia się czasem na budowle, przy których architekt chyba płakał jak projektował, ale skala kiczu jak dla mnie zdecydowanie mniejsza niż się spodziewałam. Miasto ewidentnie jest przaśne, eklektyczne, bywa brzydkie, betonowe, a czasami klimatyczne. Łączy elementy do siebie niepasujące, jest stare i nowe, to wszystko zaskakuje. Jest miksem wszystkiego i to jest niesamowity urok stolicy Macedonii
Most Kamienny w Skopje – łączy on dzielnicę bazarową z nową częścią miasta. Pochodzi z czasów osmańskich i jest symbolem Skopje. Mierzy 21 metrów i jest bogato zdobiony. Na ulicach często można spotkać pełno bezdomnych wałęsających się czworonogów, które nie wyglądają na wygłodzone, ale zaczepiają przechodniów.
Skopje jest bardzo ładne ciekawe, ma swoją atmosferę, fajnie jest zgubić się w tych uliczkach, którym daleko jeszcze do komercji.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.